Aby dotrzeć na daleką północ Ghany z nadmorskiej stolicy Akry, trzeba przez 20 długich godzin przedzierać się przez zakorkowane drogi. Tamtego dnia upał był nie do zniesienia, temperatury na północy sięgają nawet 43°C. Z głośników autobusu rozbrzmiewała ogłuszająca muzyka afrobeats. Jedna piosenka, z refrenem, który do dziś dudni mi w uszach, leciała w kółko. Gapiłam się przez okno, godzinami nie mogąc oderwać wzroku od trotros, lokalnych minibusów mknących obok nas.
Są jak ruchome murale, eksplozje koloru dające świadectwowiary i codziennych zmagań: od haseł „God Is In Control” i „Money Stops Nonsense”, przez „Fear Woman”, aż po prowokacyjne „Try Me”. Po części środek transportu, po części uliczny teatr, pędzą z pękniętymi deskami rozdzielczymi i dudniącym basem. Ich naganiacze, zwani mates, zwisają z otwartych drzwi i rytmicznie wykrzykują nazwy miejsc, jakby prowadzili sceniczny występ. Trotros to coś więcej niż transport – to pulsująca miniatura ducha Ghany: chaotyczna, pełna wiary i nieustannie w ruchu.
Na zewnątrz ponad 40°C. W środku – może 17. Klimatyzacja działała bez zarzutu. A ja, od zawsze, nienawidzę klimatyzacji. Zwłaszcza przy częstym wsiadaniu i wysiadaniu. Byłam jednak jedyną osobą spoza Afryki Zachodniej i jedyną, której to przeszkadzało. Milczałam więc.
Pod koniec podróży wymamrotałam pod nosem: „Cholerna klimatyzacja”. I dokładnie w tym momencie coś eksplodowało. Pojawił się dym. Zapadła cisza. Klimatyzacja przestała działać. Wszyscy w autobusie spojrzeli na mnie, jakby zobaczyli… czarownicę.
W końcu jechaliśmy do Gambagi, najsłynniejszego w Ghanie „obozu czarownic”.
Najstarszy obóz czarownic
W porannej ciszy Gambagi dym z ognisk unosi się powoli, wijąc się nad okrągłymi chatami z gliny. Suchy wiatr harmattan szepcze wśród łusek prosa porozrzucanych na ziemi.
Pierwsza kobieta, którą widzę, siedzi po turecku na zakurzonej ziemi i mieli kukurydzę, uderzając kamieniem w stałym rytmie. Zużyta bransoletka na jej kostce stuka o twardą ziemię, trochę jak ciche bicie serca. Tuż obok niej inna kobieta siedzi samotnie, wpatrując się w pustkę, z opuchniętymi stopami wyciągniętymi przed siebie. Kilka innych zbiera się w małych grupach: ich głosy unoszą się i opadają jak powiew wiatru. Niektóre są niewidome, wiele z nich nosi w sobie głębokie zranienia: fizyczne lub inne. Ich dłonie są zmęczone, przepracowane, a spojrzenia pełne historii. Po kilku godzinach spędzonych w obozie mam wrażenie, że myślą i mówią tylko o przeszłości.
Gambaga, położona w północno-wschodniej Ghanie, to najstarszy i najbardziej znany z tzw. obozów czarownic: miejsc wygnania dla kobiet oskarżonych o czary. Od ponad wieku trafiają tu kobiety wyrzucone ze swoich społeczności, często po aktach przemocy lub groźbach śmierci. Obecnie w Ghanie istnieje sześć takich obozów: Nabuli, Gambaga, Kpatinga, Kukuo, Leli Dabari i Gnani.
W Gambadze mieszka dziś 86 kobiet pod nadzorem i opieką lokalnego arcykapłana, Gambarrana Naa Yahaya Wuni, który według lokalnych wierzeń ma duchową moc rozstrzygania o winie lub niewinności.
Choć obóz zapewnia względne bezpieczeństwo, warunki są surowe: kobiety śpią w prostych glinianych chatkach, pokonują długie dystanse w poszukiwaniu drewna, żyją w skrajnym ubóstwie, z ograniczonym dostępem do wody, jedzenia i opieki medycznej. Niektóre mówią, że odeszłyby stąd, gdyby tylko miały dokąd pójść. Ale miejsca, które kiedyś nazywały domem, są dziś już tylko wspomnieniem.
Za cicho. Za głośno. Za bardzo
Jak zostaje się czarownicą? Można być zbyt wygadaną albo zbyt cichą. Można być osobą z niepełnosprawnością albo po prostu mieszkać obok kogoś takiego. Może urodziłaś zbyt wiele dzieci albo nie mogłaś zajść w ciążę? Może zmarł twój mąż i stałaś się ciężarem dla rodziny, która i tak ledwo wiąże koniec z końcem? A może mąż po prostu chciał nową żonę, a ta nie chciała się nim z tobą dzielić. Może była powódź. Albo susza. Albo ktoś miał o tobie sen. Może uważano cię za zbyt uduchowioną. Albo za mało. Może odważyłaś się przemówić. Albo założyć kobiecą grupę wsparcia. A może pewnego dnia ktoś po prostu potrzebował kozła ofiarnego i akurat padło na ciebie.
Odwiedziny w obozach czarownic to rzadkość. Ale kiedy pojawia się ktoś, kto chce ich posłuchać, historie zaczynają płynąć. Jedna po drugiej.
Fati z Gnani: „Po śmierci męża mówili, że to ja go zabiłam. Stwierdzili, że jestem czarownicą”.
Mma Abiriwa z Gambagi: „Mój syn cierpi na zaburzenia psychiczne. Oskarżyli mnie o rzucenie uroku”.
Adiza z Kpatinga: „Moja synowa miała kilka poronień. Powiedzieli, że to moja wina”.
Wunagi, także z Gnani: „Przyśniłam się pewnemu mężczyźnie. Był przekonany, że to czary”.
Ama Salifu z Gambagi: „Moja młodsza siostra właśnie skończyła szkołę. Chcieli ją wydać za mąż, ale zaprotestowałam – była jeszcze dzieckiem. Wtedy nazwali mnie czarownicą”.
A potem przyszła Dinwaak. Niewidoma, powoli weszła do kręgu, nucąc pod nosem. Zamiast mówić – zaśpiewała. Śpiewała coraz głośniej. Coraz wyraźniej. Inne kobiety zaczęły klaskać do rytmu. Tłumacz wyszeptał mi do ucha, że pewnej nocy jej mąż ostrzegł ją: sąsiadka twierdzi, że to przez Dinwaak ktoś ciężko zachorował.
Rano po nią przyszli. Torturowali ją. Oślepili. Uciekła, a jedynym możliwym kierunkiem była ucieczka do obozu.
– Nie ma już znaczenia, czy jestem czarownicą czy nie – śpiewała. – Sam fakt, że tu mieszkam, sprawia, że dla świata nią jestem.
Kiedy skończyła, nie mogłam usiedzieć w miejscu. Podeszłam do niej i przytuliłam. Stałyśmy tak w ciszy, a ona płakała. Potem szepnęła, że nikt nigdy tu jej nie przytulił. Że ludzie boją się jej dotknąć. Że tęskni za przytuleniem swoich dzieci i wnuków.
A potem zaczęła się ustawiać kolejka. Cicha, pełna napięcia. Jedna po drugiej kobiety podchodziły i prosiły mnie po prostu o uścisk. Piękne, złamane, kolorowe kobiety – wszystkie spragnione czegoś tak prostego jak ludzki dotyk.
[show_post_block id=”113″]
Ukryty rozdział współczesnej Ghany
Kiedy przytulałam jedną czarownicę po drugiej, zadawałam sobie to samo ciche pytanie: jak to możliwe, że coś takiego nadal ma miejsce? Ghana jest przecież uznawana za ostoję stabilności w Afryce Zachodniej – pierwszy kraj na kontynencie, który uzyskał niepodległość, lider demokratycznych rządów, posiadający jeden z najlepszych systemów edukacyjnych w regionie. Jednak nawet tutaj, w kraju dążącym do postępu, niektóre kobiety pozostają uwięzione w wielowiekowym systemie strachu i wygnania.
Państwo oficjalnie potępia obozy. Jednak one nadal istnieją – ukryte z dala od wzroku, daleko od cywilizacji. Nie ma o nich wzmianki w krajowym programie nauczania. Nie ma lekcji historii, debat obywatelskich, podręczników opisujących, jak i dlaczego kobiety zostają skazane na dożywotnie wygnanie. To tak, jakby te miejsca – i kobiety w nich przebywające – istniały poza spojrzeniem opinii publicznej.
Na północy, gdzie znajduje się większość obozów, ubóstwo i ograniczona infrastruktura pogłębiają rozdźwięk między narodowymi ideałami a lokalną rzeczywistością.
Społeczności są ściśle ze sobą zżyte, przy czym ta bliskość ma swoje dobre i złe strony. Przynależność do wspólnoty zapewnia ochronę, a wykluczenie z niej – spowodowane wdowieństwem, starością lub izolacją – jest niebezpieczne. W głęboko patriarchalnej strukturze, gdzie miejsce kobiety jest w rodzinie męża, rozwód lub śmierć małżonka mogą sprawić, że zostanie ona pozostawiona sama sobie. Powrót do rodziny może wywołać spory o posag lub zmusić ją do pozostawienia dzieci. Tak powstały te obozy: nie był to oficjalny plan, lecz wynik wielopokoleniowej społecznej konwencji.
W przeciwieństwie do rodzin w Europie Ghana tradycyjnie opiera się na strukturze rodziny wielopokoleniowej – są dziadkowie, wujkowie, ciotki, kuzyni, a nawet bliscy przyjaciele rodziny. Dzieci są wychowywane nie tylko przez rodziców, ale przez całą społeczność. Decyzje dotyczące małżeństwa, ziemi i rozwiązywania konfliktów rzadko podejmuje sie samodzielnie. Rodziny postrzega się jako źródło tożsamości, wsparcia i ochrony: zwłaszcza dla matek i babć. Starsi powinni być otoczeni opieką, a nie wyrzucani ze wspólnoty. Jednak ta struktura załamuje się w obliczu oskarżeń o czary. Rodzina, niegdyś bezpieczna przystań, staje się miejscem potępienia. Ci, którzy kiedyś wychowali wieś, teraz muszą z niej zniknąć.
Trudno zignorować tę sprzeczność: instytucje Ghany mogą być nowoczesne, ale panika moralna wokół czarów pozostaje silna. Nie napędzają jej tylko tradycyjne wierzenia. Nowsze charyzmatyczne i zielonoświątkowe Kościoły – w przeciwieństwie do wczesnych Kościołów misyjnych, które dystansowały się od lokalnego spirytualizmu – często wzmacniają narrację o opętaniu przez demony.
Przy takim traktowaniu kobiet istniejące zabezpieczenia prawne okazują się niewystarczające. Napaść i morderstwo są wprawdzie przestępstwami, lecz nie ma krajowego prawa, które zabrania oskarżania kogoś o czary. Organizacje praw człowieka twierdzą, że kryminalizacja samego oskarżenia – a nie tylko przemocy, którą wywołuje – ma kluczowe znaczenie dla przerwania tego cyklu wykluczenia i przemocy.
Za wiarą w czarną magię często kryje się coś bardziej przyziemnego: własność, władza lub po prostu chęć łatwego pozbycia się kogoś, kto nam przeszkadza.
W kraju, gdzie nowoczesność – bo niemal każdy sprzedawca przyjmuje płatności przez Mobile Money – i, jak widzimy, tradycja idą ramię w ramię, pytanie nie brzmi już: „Jak zamknąć obozy?”, tylko: „Jak przywrócić tym kobietom miejsce w historii Ghany?”.
Oskarżenie jako wyrok
Zanim kobieta trafi do obozu – wyniszczona fizycznie i psychicznie – wiele już się wydarzyło. Oskarżenie to dopiero początek. Jak opowiadają kobiety, które tu trafiły: jeśli raz zostaniesz uznana za czarownicę, każdy, kto staje po twojej stronie – dzieci, mąż, sąsiad, który odważy się zaprotestować – również będzie podejrzany. W tej logice wina jest zaraźliwa.
W jednej z wiosek kobietę przewieziono przez rzekę i porzucono po drugiej stronie. W innych pojawia się tłum: z kijami, kamieniami, benzyną. Nie ma procesu. Nie ma rozprawy. Jest tylko oskarżenie – i kara. Te kobiety, które nie chciały odejść, dziś żyją w obozach z bliznami po złamanych kończynach i uszkodzonym wzrokiem. Ich ciała wciąż pamiętają cenę niezgody.
Te, którym uda się uciec, ruszają w drogę. Godzinami. Dniami. Gdzieś kiedyś słyszały o tych miejscach – obozach dla czarownic. Idą więc w nieznane, podążając za fragmentarycznymi wskazówkami, z nadzieją na schronienie. Kiedy docierają na miejsce, zdyszane i przerażone, czeka je jeszcze jeden rytuał. Zabija się kurczaka. Jeśli padnie na grzbiet – kobieta zostaje oczyszczona, a czasem, choć niezwykle rzadko, rodzina przyjmuje ją z powrotem. Jeśli upadnie dziobem do ziemi – uznaje się ją za winną. Obóz staje się wtedy jej nowym domem.
W dziwny sposób obóz oznacza też bezpieczeństwo. Te skupiska chat, zbudowane na obrzeżach miast, nie są więzieniami – są azylem. Schronieniem nie tylko przed śmiercią, ale także przed odrzuceniem. Kobiety są tu karmione, czasem wspierane przez organizacje pozarządowe, sporadycznie odwiedzane przez dziennikarzy. Niestety, społeczeństwo – w większości – uznało tę przemoc i wykluczenie za normę. Oskarżenia o czary traktowane są jak coś lokalnego, rutynowego. Nikt z ich powodu nie ogłasza narodowego stanu wyjątkowego. Walka o godność została oddana marginesowi: obrońcom praw człowieka, kilku reporterom i samym kobietom.
A wszystko to – wygnanie, tortury, rytuał przyjęcia do obozu – dzieje się bez cienia dowodów. W Ghanie czasem wystarczy jedno zdanie, by wymazać kobietę z życia.
Rytm wygnania
Pomimo traum, oskarżeń i smutku życie w obozie toczy się swoim spokojnym rytmem. Wczesnym rankiem kobiety zbierają się, by wspólnie gotować: na otwartym ogniu przygotowują proste posiłki, ręcznie mielą kukurydzę. Niektóre uprawiają małe poletka na suchych obrzeżach miasta, inne tworzą kręgi modlitewne lub siadają pod drzewami neem, śpiewając w językach, których nauczyły się od siebie nawzajem. Rozmowy stają się codziennym rytuałem. Czasem przerywa je śmiech. Między chatami rozbrzmiewają pieśni – fragmenty melodii z odległych regionów, splecione w jedną nową rodzinę.
Czarownice z obozów często przedstawia się wyłącznie jako ofiary. I rzeczywiście – są ofiarami strachu, przemocy i społeczeństwa, które odwróciło się do nich plecami. Ale są też ocalałymi. Organizatorkami. Uczą się, dostosowują, wspierają.
W obozach stworzyły własny system: dzielą się wiedzą, pomagają sobie emocjonalnie, praktykują siostrzeństwo. Trzy lub cztery kobiety dzielą jedną chatę – niektóre mają 30 lat, inne 80 – i z czasem stają się dla siebie niczym rodzina.
Nie ma tu szkół ani pracy, brakuje formalnych ścieżek rozwoju – a mimo to udaje im się tworzyć. Niektóre lepią gliniane naczynia, inne wyplatają kosze, jednak większość z nich najbardziej kocha uprawiać ziemię. Rolnictwo daje nie tylko jedzenie, ale i poczucie celu. Czasem rodzą się pomysły: na mały biznes, wspólne rzemiosło. Często zostają niewypowiedziane – kobiety wiedzą, że nie zdobędą środków na rozkręcenie przedsiębiorstwa, że nikt nie sięgnie po produkt stworzony rękami czarownicy. Ich zaradność pozostaje niezauważona.
Przywództwo w obozach spoczywa w rękach tradycyjnych liderów: lokalny przywódca lub tindana nadzoruje porządek, duchowy kapłan rozstrzyga o winie przez rytuały, opiekunowie koordynują podział darów i kontaktują się z NGO-sami. Nie ma tu jednak spekulantów. Nikt na obozach nie zarabia. To, co łączy te kobiety, to nie struktura – lecz bieda. Oskarżane są tylko te, które są ubogie i niewykształcone. Jeśli kobieta ma dzieci wpływowe, szanowane lub z dyplomem – nikt nie odważy się nazwać jej czarownicą, bez względu na to, co się wydarzyło.
I tak, w zapomnianej osadzie na obrzeżach kraju, kobiety – kiedyś wyrzucone poza nawias – stają się dla siebie nawzajem schronieniem. Nie dlatego, że wybrały takie życie. Ale dlatego, że w obliczu tego wszystkiego odmówiły zniknięcia.
Są też małe czarownice
W cieniu dramatów dorosłych kobiet w obozach czarownic kryje się jeszcze bardziej niezrozumiały los: historie dzieci. Czasem trafiają tu ze swoimi matkami, które w chwili oskarżenia miały przy piersi niemowlę. Starszych dzieci matki nie zabierają, zostają w wioskach, często na zawsze osierocone. Są też dziewczynki, które same zostały nazwane czarownicami. Małe, bezbronne, niewinne – ale „inne”. W Ghanie zdarza się, że dziecko z padaczką, porażeniem mózgowym, zespołem Downa lub autyzmem zostaje uznane za „dziecko ducha”. Według niektórych wierzeń takie dzieci „nie pochodzą z tego świata” i sprowadzają na rodzinę nieszczęścia.
W pewnych społecznościach nadal praktykuje się wypędzanie dzieci duchów lub próby ich „odprawiania” poprzez rytuały, które bywają okrutne. W wielu przypadkach to lokalni uzdrowiciele lub duchowni wskazują dziecko jako „skażone” i zalecają jego odizolowanie lub, w najgorszych przypadkach, uśmiercenie.
W obozach, jeśli dzieci się pojawiają, są ciche, zamknięte, niepewne.
„Dlaczego jestem tutaj?” – pyta czasem któreś z nich, lecz odpowiedzi nikt nie umie im udzielić. W jednym z obozów spotkałam 8-letniego chłopca, który został oskarżony o czary po tym, jak jego młodsza siostra zmarła na gorączkę. Nikt nie zbadał przyczyny śmierci. Wystarczyło słowo sąsiada.
Matki, które zmuszone były zostawić dzieci w domach, ogromnie cierpią. Ich dzieci zostają z rodzinami, często uczone, by zapomnieć. „Mówimy, że mama umarła” – takie słowa wiele kobiet słyszy z ust sąsiadów albo znajomych. To boli bardziej niż samo wygnanie.
Kobiety te nosiły swoje dzieci w łonach, karmiły, pracowały, poświęcały się przez lata. A dziś nie tylko nie mogą ich zobaczyć, ale zostają z ich życia wymazane. Ich wnuki dorastają, nie wiedząc nawet o ich istnieniu. Wieczorami niektóre z tych kobiet ponoć wciąż śpiewają kołysanki, dla nikogo konkretnego, tylko po to, by pamiętać.
Zamknąć obozy – i co dalej?
Na pierwszy rzut oka zamknięcie obozów dla czarownic wydaje się rozwiązaniem oczywistym. Nikt nie powinien w końcu żyć na wygnaniu na podstawie oskarżeń bez dowodów. Lecz rzeczywistość, którą obserwuję – a potwierdzają to także liczne głosy ekspertów – jest znacznie bardziej złożona. W społeczeństwach, w których wiara w czary wciąż pozostaje silna, likwidacja obozów bez zmiany tych przekonań może prowadzić do tragedii. Dla wielu kobiet pobyt w obozie nie jest karą, tylko formą ochrony: przed gniewem tłumu, przemocą, a nawet śmiercią.
– Obozy czarownic nie powinny funkcjonować, ale jednak istnieją. To nasza zbiorowa porażka – mówi Josephine Ziemah, urzędniczka ds. równości płci w regionie północno-wschodnim Ghany. – I to do nas należy naprawienie tej sytuacji.
Lecz nie wystarczy zamknąć bramy obozu.
– To tylko część rozwiązania – wyjaśnia Hajia Lamnatu Adam, dyrektorka organizacji Songtaba zajmującej się prawami kobiet. – Jeśli zrobimy to pochopnie, bez edukacji, reintegracji i procesu leczenia wspólnot, możemy jedynie pogłębić traumę. Kobiety mogą zostać ponownie odrzucone. Mogą zginąć.
Niektóre z nich nie mówią otwarcie o problemach w obozach. Nie dlatego, że wszystko jest dobrze, ale dlatego, że wiedzą, że to ich ostatnia przystań. Utrata tego miejsca oznaczałaby dla nich całkowitą pustkę.
Hasaan Deen, którego babcia mieszka w obozie Gnani, mówi wprost:
– Chcielibyśmy ją zabrać do domu. Boimy się jednak, że znów ją oskarżą. Wystarczy, że ktoś w wiosce zachoruje.
Wierzenia w czary są nadal powszechne. Bez obozów nie byłoby dla tych kobiet żadnego bezpiecznego miejsca. A krąg podejrzeń, oskarżeń i przemocy trwałby nadal – tylko jeszcze bardziej w ukryciu.
Ich potrzeby sięgają znacznie głębiej niż samo schronienie. Wiele z nich żyje z nieleczoną traumą, demencją, zaburzeniami psychicznymi: niezrozumiałymi, a często budzącymi lęk w społecznościach wiejskich. Inne nie mają już rodzin. Paradoksalnie, to właśnie obozy, choć ubogie i nieformalne, dają im dziś najwięcej stabilizacji. Niektóre kobiety mieszkają tu od dziesięcioleci. Dla nich obóz stał się jedynym domem, jaki mają.
Żeby zmiana była trwała, trzeba działać tam, gdzie te przekonania żyją: nie w obozach, lecz w domach, szkołach, kościołach i codziennych rozmowach między sąsiadami.
– Musimy zintensyfikować działania uświadamiające w społecznościach – mówi Hajia Lamnatu. – Tylko gdy ludzie zaczną postrzegać się jako jedną wspólnotę, coś się zmieni. Potrzeba do tego współpracy wszystkich: rodzin, liderów, nauczycieli, dziennikarzy.
Naa Abukari Alidu, przywódca w dystrykcie Gushegu, nie owija w bawełnę:
– Widzieliśmy rozbite rodziny. Widzieliśmy kobiety wygnane na podstawie samych podejrzeń. Czas, byśmy głośno sprzeciwili się tej niesprawiedliwości.
Nic się jednak nie zmieni, dopóki sprawcy przemocy nie będą pociągani do odpowiedzialności. W Ghanie prawo reaguje najczęściej dopiero wtedy, gdy przemoc kończy się śmiercią lub zostanie nagrana. W jednej z nielicznych głośnych spraw Sąd Najwyższy w Tamale w 2023 r. skazał dwie kobiety na 12 lat więzienia za brutalny lincz na 90-letniej Akua Denteh: zbrodnię, która została sfilmowana i wstrząsnęła krajem.
A w lipcu tego roku czterech mężczyzn zostało aresztowanych w związku z zabójstwem 70-letniej Noab Bilatukin w wiosce Sangbana. Oskarżyli ją o czary, pobili na śmierć, a potem uciekli. Policja wciąż poszukuje innych podejrzanych.
Dopóki za lincze i fałszywe oskarżenia nie będzie realnych kar, czary pozostaną narzędziem społecznej eliminacji. A obozy – choć dalekie od ideału – będą dla wielu kobiet jedyną formą ochrony.
Jak odbudować zaufanie?
Choć obozy nie są rozwiązaniem, nie jest nim także ich zamknięcie. Prawdziwa zmiana wymaga czegoś znacznie trudniejszego: reintegracji. I to nie tylko kobiet, ale całego społeczeństwa, które je odrzuciło.
Reintegracja to długi i delikatny proces. Niezbędna jest praca nie tylko z oskarżonymi kobietami, lecz także z ich dziećmi, krewnymi i społecznościami, z których pochodzą. Przywódcy religijni, lokalne władze, sąsiedzi: wszyscy muszą uczestniczyć w tej transformacji. Potrzeba zaufania. I edukacji. I cierpliwości.
W wielu najbiedniejszych, wiejskich regionach ludzie wciąż nie rozpoznają objawów epilepsji, demencji, udaru mózgu czy traumy. Napad padaczkowy postrzegany jest jako klątwa. Halucynacje – jako oznaka opętania. Pierwszym krokiem musi być uświadomienie, że choroba nie jest złem, a nieporozumienia nie mogą być powodem wykluczenia ani tym bardziej stosowania przemocy. Potrzebne są kompleksowe programy reintegracyjne: wsparcie psychologiczne, pojednanie rodzinne, szkolenia zawodowe, stały monitoring. Konieczne jest także egzekwowanie prawa, a uchwalenie długo oczekiwanej ustawy przeciwko czarom mogłoby nadać tej walce realne podstawy.
Widać pierwsze oznaki postępu. Według organizacji ActionAid Ghana w latach 2014–2022 ponad 80 kobiet z Gambagi i innych obozów zostało pomyślnie zintegrowanych ze społeczeństwem.
W regionie północnym lokalna organizacja RuWYEDA informuje, że w ciągu ostatnich trzech lat udało się zintegrować 75 z 91 kobiet z obozów Kpatinga i Leli Dabari. W tych dwóch miejscach zostało jedynie 16 kobiet.
Każda z tych reintegracji to ciche zwycięstwo. Nie tylko jednej kobiety, ale całej społeczności, która uczy się, jak przyjąć ją z powrotem. Praca jest powolna i często niewidoczna. Jest jednak możliwa.
Wokół oskarżeń o czary w Ghanie dużo napięć pojawia się równiez w polityce. W 2023 r. parlament uchwalił długo oczekiwaną ustawę antyczarowniczą, która miała penalizować wszelkie formy oskarżeń o czary oraz ataki na domniemane czarownice: zarówno starsze, jak i młode. Niestety, ówczesny prezydent Nana Akufo-Addo odmówił jej podpisania, powołując się na potencjalne obciążenie finansowe dla budżetu państwa. W efekcie ochrona prawna jednych z najbardziej bezbronnych obywateli Ghany została zredukowana do przypisu w krajowym planie wydatków.
Ustawa została ponownie wniesiona w obecnej kadencji parlamentu przez grupę dziesięciu posłów, na czele z Francisem Xavierem Sosu z Madiny, jednym z najaktywniejszych politycznych obrońców kobiet oskarżanych o czary.
– Jestem przekonany, że ta interwencja polityczna zostanie przyjęta przez parlament i podpisana przez prezydenta Johna Dramaniego Mahamę – powiedział mi Sosu. – By chronić nasze matki i babcie, zwłaszcza te mieszkające na obszarach wiejskich.
Na razie jednak kobiety nadal czekają. Tymczasem północne regiony – jak Bimbila, Walewale i Gusheigu – wciąż zmagają się z wysokim poziomem ubóstwa i niską alfabetyzacją. Kiedy rzeczy zaczynają się psuć, lokalne nieszczęścia najłatwiej jest tłumaczyć działaniami złych duchów.
Niektóre głosy apelują o bardziej zniuansowane podejście. Dyrektor generalny Ghana Broadcasting Corporation, Amin Alhassan, podkreśla, że obozy nie powinny być po prostu zamykane, ale przekształcane. A media mają przy tym do odegrania kluczową rolę w zmianie społecznych narracji.
– Przecież to jak my, media, opowiadamy te historie – uważa – zadecyduje o tym, czy te kobiety zostaną ochronione czy ukarane.
Pozostaje więc pytanie: czy społeczeństwo może naprawdę rozliczyć się z niesprawiedliwości, jeśli prawo jest zawieszone, media milczą, a mity nadal brzmią głośniej niż fakty?
Cienka granica
Spaceruję powoli po obozie, mijając garnki, połamane sandały i spojrzenia wgapione w obruni – tak w Ghanie mówi się na osobę z zagranicy, najczęściej białą.
Czasem siadam z kobietami przy wejściu do ich chat – w cieniu, na kamieniu, w ciszy. Trzymamy się za ręce. Śmiejemy się. Oglądamy nawzajem swoje spódnice, podziwiając tkaniny i kolory. W tych chwilach jest coś głęboko poruszającego. Mimo wszystko czuję się tu naprawdę dobrze. Jak u siebie.
Im więcej słucham – nie tylko ich historii, ale też tego, jak mówią o życiu, jak znajdują sens, jak wciąż mają odwagę marzyć – tym częściej myślę: gdybym nie urodziła się w Polsce, dysponując wykształceniem i wolnością, o które nigdy nie musiałam walczyć, lecz w północnej Ghanie, pod innym niebem, w świecie, gdzie siła kobiety może stać się jej przekleństwem… czy też byłabym tutaj? Siedząc przed okrągłą chatą, trzymając rękę nieznajomej, czekając, aż zabijany przez kapłana kurczak zadecyduje o moim losie?
Łatwo jest mówić o prawach człowieka, rozwoju i przyszłości Ghany. Trudniej przyznać, jak cienka jest granica między jednym życiem a drugim. Między ochroną a wygnaniem. Między byciem widzianą a wymazaną.
To właśnie zostaje ze mną, gdy opuszczam Gambagę: nie tylko niesprawiedliwość, ale też niesłychana godność kobiet, które straciły wszystko, a mimo to witają cię jak siostrę.
Patronem cyklu jest Amnesty International