W ciągu kilku ostatnich lat w kosmicznym wręcz tempie rozbłysła nowa internetowa gwiazda popularyzacji nauki – Andrew Huberman. Ten prawie 50-letni neurobiolog, specjalista w zakresie okulistyki neurologicznej, dyrektor laboratorium na Uniwersytecie Stanforda oraz wykładowca tej uczelni, został autorem podkastu Huberman Lab – dziś jednego z najpopularniejszych na świecie programów o nauce i o zdrowym stylu życia. Prezentuje w nim, jak twierdzi, poparte badaniami naukowymi sposoby na lepsze życie. Cieniem na zawrotnej karierze Hubermana kładą się jednak zarzuty nierzetelności niektórych przekazywanych przez niego informacji oraz nieuczciwości w życiu prywatnym. Coraz więcej osób zadaje sobie pytanie, do jakiego stopnia za jego minimalistyczną czarną stylizacją kryje się tak naprawdę nie społecznie odpowiedzialny popularyzator, tylko – jak chcieliby jego najwięksi krytycy – czarny charakter maksymalizujący zyski poprzez cyniczne instrumentalizowanie nauki.
Pandemiczna popularność
Latem 2024 r. Huberman może się pochwalić prawie 7 mln obserwujących na Instagramie, niecałymi 6 mln subskrybentów na YouTubie i blisko 4,5 mln obserwatorów na innych platformach. Oprócz działalności podkastowej organizuje trasy wykładowe, na które wyprzedają się wszystkie bilety. W tym, przykładowo, na wykład w słynnym gmachu opery w Sydney. Pierwszą książkę Hubermana wyda w USA wiosną 2025 r. prestiżowe wydawnictwo Simon & Schuster. Niedawno jego pozycję mainstreamowego celebryty przypieczętował występ w talk-show Jimmy’ego Fallona The Tonight Show – jednym z najpopularniejszych tego typu programów na świecie.
Początki Huberman Lab były skromne. Pod koniec 2017 r. szerzej nieznany Huberman założył konto na Instagramie.
Sam rzadko pojawiał się w postach – dominowały materiały z pracy jego laboratorium, które dotyczyły działania mózgu, publikacji w prestiżowych czasopismach oraz powiązanych zagadnień naukowych. Od 1 stycznia 2019 r. postanowił potraktować sprawę poważniej. Stawał przed kamerą i niemal codziennie dzielił się wiedzą w jednominutowych nagraniach. Swoją niewątpliwą charyzmą, nienaganną dykcją i wrażeniem dużej wartości merytorycznej treści przekazywanych w angażujący sposób zaczął zjednywać sobie pierwszych fanów nauki.
Rok później wybuchła pandemia COVID-19. Przeniesienie życia przed ekrany w lockdownie było dla wszystkich silnie stresujące, a Huberman – od lat badający stres w swoim laboratorium – dysponował praktycznymi narzędziami radzenia sobie z tym destrukcyjnym stanem. Gdy wszyscy wokół mówili o chorobach i o śmierci, pozostając bezradnymi w obliczu chaosu szerzącej się epidemii, on zaczął przekonywać, że można odzyskać autonomię, kontrolę nad funkcjonowaniem własnego organizmu i własnej psychiki. Dodawał ludziom siły i z autorytetem profesora Uniwersytetu Stanforda podkreślał, że wszelkie jego wskazówki są zawsze mocno ugruntowane w wiedzy naukowej.
Nic dziwnego, że materiały jego autorstwa zaczęły rozprzestrzeniać się po świecie równie szybko jak koronawirus.
Zaczął być zapraszany do dziesiątek podkastów, w tym do tych najpopularniejszych na świecie: The Joe Rogan Experience i do Lexa Fridmana. Ten drugi zachęcił go pod koniec 2020 r. do uruchomienia własnego podkastu. Po niespełna czterech latach Huberman Lab w serwisie Spotify plasował się na trzecim miejscu na świecie, a w rankingu Apple Podcasts regularnie zajmuje miejsca na szczycie kategorii programów o zdrowiu.
Struktura, dyscyplina i kontrola
Dziś Huberman Lab to wielkozasięgowa maszyna influencerska. Kiedy analizuje się fenomen Hubermana, trzeba uważać, żeby bezkrytycznie nie powielać, wyglądających czasami na zaprojektowane PR-owo, narracji o młodości pełnej budzących sympatię wyzwań.
Jego relacja z nauką nie zawsze zapowiadała karierę akademicką.
Problemy wychowawcze zaczęły się ok. 13. roku życia, kiedy rozwiedli się jego rodzice, a siostra wyjechała na studia. Ten okres Huberman opisuje jako skrajnie konfliktową i traumatyczną sytuację. Większość czasu zaczął spędzać w kalifornijskiej społeczności skateboardzistów, w której było więcej nastolatków bez rodziców. Spotkało go tam dużo życzliwości, zaprzyjaźnił się z rówieśnikami bardzo różnymi od siebie, ale zobaczył też dużo problemów z narkotykami, z alkoholem i z przemocą. Przez kłopoty rodzinne, pozostawiony bez nadzoru, zaczął opuszczać lekcje, nie się w uliczne bójki (według „New York Magazine” jego koledzy ze szkoły nie pamiętają jednak, żeby się bił). Szczęśliwie, jak twierdzi, narkotyki i alkohol nigdy go nie interesowały. Jego zachowanie stało się jednak dla szkoły na tyle problematyczne, że na ponad miesiąc trafił do zamkniętego ośrodka resocjalizacyjno-terapeutycznego (przeznaczonego głównie dla wagarowiczów z poważnymi problemami emocjonalnymi i behawioralnymi). Dziennikarze szukający informacji o tym ośrodku nie mogli go zidentyfikować. Huberman opowiada, że znalazł się wtedy pośród osób ze znacznie poważniejszymi problemami (uzależnionych od narkotyków, ofiar molestowania), spośród których kilka popełniło samobójstwo, kiedy tam był. W ośrodkach tego typu panuje rygorystyczny nadzór, dni są precyzyjnie ustrukturyzowane, a młodzi ludzie pozostają pod opieką terapeutów. Huberman postrzegał tę karę jako niesprawiedliwą, czuł, że odebrano mu całą kontrolę, jednak szybko docenił wsparcie terapeutyczne. Terapeutka pytała go o to, co sam chciał wiedzieć: co się dzieje w jego głowie, czemu o siebie nie dba. Nauczyła go introspekcji.
Huberman wprost przyznaje, że terapia go uratowała.
Po wyjściu z ośrodka musiał zmienić szkołę i kontynuować terapię. Zainteresował się ćwiczeniami siłowymi, bieganiem i sztukami walki. Z nie najlepszymi wynikami dostał się na studia. Twierdzi, że częściej brał jednak udział w bójkach, niż bywał na zajęciach. Po jednej z bójek, które mogły skończyć się tragicznie, zaczął się obawiać, że skończy albo martwy, albo w więzieniu. Nie chciał kolejny raz znaleźć się pod kluczem.
Ten katartyczny wniosek był początkiem jego wyboistej drogi na Stanford. Jak sam twierdzi, stał się „maszyną do uczenia się i do ćwiczeń fizycznych”. Do końca studiów miał później same najlepsze oceny. Chciał zostać na uczelni, mieć własne laboratorium i wykładać. Od zawsze interesowała go biologia, a od czasu rozpoczęcia terapii – również psychologia. Zafascynowały go badania mózgu, rozwijały się także jego zainteresowania sprawnością fizyczną i suplementacją. Narzucił sobie surową dyscyplinę pracy nad umysłem i nad ciałem. Po długiej drodze wspinania się po kolejnych szczeblach kariery akademickiej w uczelniach systemu Uniwersytetu Kalifornijskiego trafił na Uniwersytet Stanforda.
Kiedy opisuje swoją drogę akademicką, podkreśla, że zawsze robił wszystko, żeby pracować u najlepszych.
Do naukowców, w których laboratoriach zdobywał badawcze szlify, przyciągała go także ich autentyczność oraz ekscytacja nauką. W młodości trzymał się ze skateboardzistami i punkami, bo patrzyli na świat inaczej: bez dogmatów, heretycko. Takich samych ludzi szukał w nauce – idących pod prąd. W ostatnich latach jego największą miłością stał się natomiast podkasting.
„Dziękuję za zainteresowanie nauką”
Tymi słowami Huberman kończy każdy odcinek swojego podkastu. Większości swoich odbiorców mógłby podziękować również za ignorowanie, że część z tego, co mówi, to – niestety – pseudonauka. Zacznijmy jednak od wszystkiego, co Huberman robi dobrze, a być może nawet najlepiej (a przynajmniej w największej skali) na świecie. Zainteresował on miliony ludzi nauką w czasach słabnącej roli ekspertów, zwiększającego się dystansu w stosunku do nauki oraz szalejącej dezinformacji. Można mu pozazdrościć zdolności utrzymywania uwagi odbiorców (tym bardziej że odcinki jego podkastu trwają nierzadko ponad dwie godziny), pedagogicznej cierpliwości i łatwości wyjaśniania złożonych kwestii prostym językiem (jednocześnie bez nadmiernego upraszczania, co można interpretować jako szacunek dla inteligencji odbiorców). Co najmniej równie ważne jak forma nauczania jest jednak to, czego się uczy.
Huberman kreuje się na altruistycznego edukatora, minimalistę bezpłatnie dzielącego się wiedzą na poziomie uniwersyteckim – wiedzą dodatkowo ukierunkowaną na radzenie sobie z codziennymi życiowymi wyzwaniami.
Brzmi to zbyt piękne, żeby było prawdziwe, i niestety prawdziwe nie jest, a przynajmniej – nie w całości. Huberman coraz częściej trafia na celownik naukowych demaskatorów. Z publicznie dostępnych przykładów obnażania jego manipulacji, obalania twierdzeń oraz analiz błędów zebrałaby się już co najmniej mała książka.
Andrea Love to mikrobiolożka i immunolożka, która również popularyzuje naukę. W swoich tekstach wykazała, że Huberman popełnia czasami wręcz podstawowe błędy. Twierdził np., że kortyzol pobudza układ odpornościowy, a ma on efekt przeciwny i dlatego kortykosteroidy są wykorzystywane w przypadku chorób autoimmunologicznych. Inne błędy polegają na tym, że Huberman podważa ustalenia, co do których panuje w nauce konsensus. Tutaj jednym z przykładów podawanych przez Love jest to, że kwestionuje on bezpieczeństwo używania fluoru do zapobiegania chorobom zębów i zaleca używanie past i wody bez fluoru.
Andrei Love wtóruje Jonathan Jarry ze zwalczającego pseudonaukę Biura ds. Nauki i Społeczeństwa (ang. Office for Science and Society) na Uniwersytecie McGilla. Zwraca on uwagę, że Huberman zaleca przyjmowanie ashwagandhy (suplementu diety) ze względu na jej rzekomo zbawienne według Hubermana działanie na stres i na wiele innych dolegliwości (z depresją włącznie). Jarry przestrzega, że istnieją podejrzenia co do pogarszania przez ashwagandhę chorób autoimmunologicznych, a nawet, że może ona wywoływać poronienia. U Hubermana próżno szukać tych informacji. Co więcej, badania nad tą rośliną, jak nad większością tzw. adaptogenów, nie pozwalają wyciągać daleko idących wniosków.
Litości dla Hubermana nie miał także Matthew Hill z uniwersytetu w Calgary, od dwóch dekad badający wpływ kannabinoidów na ludzki organizm. W wypowiedziach dla magazynu „Rolling Stone” odcinek Huberman Lab dotyczący marihuany uznał za pełen uproszczeń na granicy pseudonauki, rażących błędów i przestarzałych stereotypów.
Zdarzają się ponadto przypadki skrajne.
Przykładowo, w odcinku o piciu wody i o optymalizowaniu jej jakości Huberman wspominał o tzw. wodzie strukturyzowanej, temacie powszechnie zwalczanym jako pseudonauka w środowisku komunikacji naukowej. Co prawda, mówił o niej jedynie jako o koncepcji niepopartej dowodami, niemniej jednak o koncepcji, którą uznał za interesującą. Dla osób śledzących dyskusje o najbardziej jaskrawych przykładach pseudonauki to wyjątkowy blamaż Hubermana.
Badanie badaniu nierówne
Przykłady nierzetelności naukowca można by mnożyć. Najczęściej pojawiające się zarzuty dotyczą nadinterpretacji wyników badań, naciągania faktów i manipulowania nimi. Wiele z rekomendacji Hubermana nie ma podstaw naukowych albo te podstawy są co najwyżej pozorne. W publikowanych razem z każdym odcinkiem notatkach można wprawdzie znaleźć źródła i wielu osobom to wystarczy. Niestety, badanie badaniu nierówne. Jak wyjaśnia Andrea Love, badać można same komórki, zwierzęta, a jeśli nawet bada się ludzi, to często jedynie za pomocą takich nieprecyzyjnych metod jak ankiety albo obserwacje w warunkach laboratoryjnych. Nierzadko trudno w takich przypadkach o miarodajne wyniki. Huberman często sięga po wartościowe publikacje, ale zdarza mu się również przytaczać badania miernej jakości (czasami pojedyncze, przeprowadzone na niewielkich grupach, bez placebo, bez podwójnie ślepej próby i innych równie ważnych kryteriów rzetelności), które przedstawia jako solidnie uzasadnione i z których wyciąga daleko idące wnioski.
Zbyt łatwo przechodzi od badań na zwierzętach do zaleceń dla ludzi.
Zdarza się mu dobierać badania pod tezę, sięgać po niezwiązane ze sobą publikacje, które dodatkowo nie dotyczą bezpośrednio tematu, o jakim mówi, lecz dają się nagiąć tak, żeby wspierały jego wnioski. Mówi o definitywnych rozstrzygnięciach tam, gdzie jest wieloznaczność i gdzie trwają dyskusje między badaczami. Zbyt rzadko zastrzega, że wyniki są wstępne, potrzeba więcej badań i że poruszamy się w obszarze prawdopodobieństwa.
Krytyka dotyczy ponadto zapraszania do podkastu ekspertów, którzy głoszą tezy sprzeczne z konsensusem naukowym: Sary Gottfried, która szerzyła pseudonaukowe zalecenia dotyczące regulowania hormonów dietą, czy Roberta Lustiga, który cukier bezpodstawnie nazywa trucizną i celowo wprowadzał ludzi w błąd, twierdząc, że badania, na jakie powoływał się w podkaście Hubermana, były prowadzone na ludziach, gdy tymczasem w rzeczywistości prowadzono je na szczurach.
Jako osobna kwestia na uwagę zasługuje stosunek Hubermana do szczepień.
Na początku pandemii, kiedy zwiększał skalę działań popularyzatorskich, świadomie postanowił nie poruszać tematu szczepionek na COVID-19. Mówił, że to pole minowe, dyskusji w sieci się nie wygra, a poza tym nie jest przecież wirusologiem. W innych przypadkach jednak wykraczanie poza swoją wąską specjalizację mu nie przeszkadza. Ostatecznie nawet brak wiedzy wirusologicznej nie uniemożliwił mu wypowiadania się o innych szczepieniach – przeciwko grypie. Choć nigdy nie powiedział, żeby tych szczepionek nie przyjmować, wprost mówił, że sam ich nie przyjmuje. Wyjaśniał, że nie przebywa w miejscach, gdzie byłby narażony na zarażenie się wirusem grypy. I że dba o siebie. Podważał też skuteczność tych szczepionek, mówiąc, że to zawsze loteria, czy akurat trafi się na wariant wirusa, przed którym chroni szczepionka. Zalecał jednak porozmawiać z lekarzem przed podjęciem decyzji.
Tę sprawę komplikuje dodatkowo fakt, że popularność swojego kanału Huberman zawdzięcza w pewnej mierze występom w podkaście Joe Rogana – znanego z antyszczepionkowych wypowiedzi i promowania teorii spiskowych nt. pandemii COVID-19.
Huberman pojawiał się w jego programie w czasie pandemii jako ekspert, który nie namawiał do szczepień, tylko mówił o dbaniu o siebie w inny sposób, m.in. za pomocą suplementów, które Rogan również promuje. W tym kontekście Hubermanowi zarzucano też, że zachęcał do oglądania rozmowy Rogana z Robertem F. Kennedym Jr., również znanym z postaw antyszczepionkowych. Krytyki zebrało się już tak dużo, że na stronie Huberman Lab jest specjalne miejsce, gdzie można ją zgłaszać. Sam Huberman czasami przyznaje się do błędów. Publicznie mówi o tym, że informuje o nich w swoich mediach społecznościowych, wprowadza korekty do wersji audiopodkastu oraz poprawki w napisach w wersji wideo. Wprost do większości zarzutów o pseudonaukę się jednak nie odnosi. Choć zdarzają się wyjątki – Matthew Hill, który krytykował jego odcinek o marihuanie, otrzymał zaproszenie do podkastu, żeby omówić sporne kwestie.
Konflikt interesów
Na początku każdego odcinka Huberman podkreśla, że podkast nie ma związku z wykładami ani z badaniami, które prowadzi na Uniwersytecie Stanforda. Reputacja jego kanału bezpośrednio wiąże się jednak z jego pozycją na tej elitarnej uczelni. Jednocześnie krytycy Hubermana twierdzą, że wyolbrzymia on swoją relację z uniwersytetem. Podają w wątpliwość nawet sam fakt istnienia jego laboratorium. Huberman mieszka prawie 600 km od Stanfordu. Raczej trudno jest mu często zaglądać do pracowni. Przyznaje, że przez działalność podkastową laboratorium się zmniejszyło, ale zapewnia, że ono działa, że pojawiają się publikacje i że nawiązywane są współprace.
Co innego wynika z ustaleń „New York Magazine”.
Laboratorium prawie nie istnieje – obecnie pracuje w nim jedna osoba ze stopniem doktora.
Skala działań zmniejszała się już w okresie pandemii, naukowcy pracowali podobno bez nadzoru Hubermana, a sprzęt za setki tysięcy dolarów kurzył się nieużywany, więc przejmowały go inne pracownie. W reakcji na te publicznie podnoszone wątpliwości rzecznik Uniwersytetu Stanforda stwierdził niedawno jedynie, że laboratorium formalnie istnieje i że obecnie jest w trakcie przenosin z wydziału neurobiologii na wydział okulistyki. Huberman w każdym razie nadal jest wykładowcą tej uczelni. W chwili oddania niniejszego artykułu do druku Uniwersytet Stanforda nie odniósł się publicznie do innych formułowanych wobec Hubermana zarzutów.
A tych zarzutów nie brakuje. Wszystkie opisane błędy i nadużycia (i wiele więcej, których analizy można znaleźć w sieci) nie wydają się przypadkowe, kiedy spojrzy się na listę sponsorów Huberman Lab. Jest pośród nich m.in. firma produkująca napój na bazie yerba mate, którą Huberman chwalił za używanie wody bez fluoru, oraz producenci suplementów i wanien do zimnych kąpieli, czyli rzeczy, które Huberman wymienia, kiedy mówi, że on sam na grypę się nie szczepi, bo dba o swoją odporność na inne sposoby.
Największy kłopot właśnie w tym, że oprócz promowania wątpliwej jakości nauki dodatkowo pojawia się u Hubermana kontekst sprzedażowy.
Huberman zasłania się faktem, że reklamy są konieczne, żeby treści mogły być bezpłatne dla każdego. Internetowy kapitalizm już dawno nauczył nas jednak, że jeśli coś w sieci jest za darmo, to wtedy my, odbiorcy, jesteśmy produktem. Huberman nie jest tutaj wyjątkiem – sprzedaje naszą uwagę.
Co więcej, utrzymanie uwagi bardzo wielu odbiorców w kontekście specyfiki algorytmów mediów społecznościowych wymaga regularnego publikowania w podobnym stopniu angażujących materiałów. Hubermanowi szybko skończyły się tematy z jego działki naukowej. Musiał szukać ich szerzej, stąd sięganie po każdy trend, modę czy slogan zyskujące popularność w branży produktów i usług związanych z dbaniem o dobrą kondycję. Nietrudno zrozumieć, dlaczego zaczął się częściej mylić.
Huberman nie ma przygotowania medialnego, lecz trudno zakładać, że nie widzi nieetyczności tego rodzaju współpracy ze sponsorami. To poważne zagrożenie dla wiarygodności popularyzatorów nauki. Rhonda Patrick, inna podkasterka naukowa, od której de facto trend, w jaki Huberman się wpisuje, się zaczął (co zresztą sam Huberman niejednokrotnie podkreśla), nie ma umów sponsorskich. Jest świadoma, że to konflikt interesów.
Relacja ze sponsorami podkastu stanowi koronny dowód na interesowność Hubermana.
Obecnie Huberman Lab jest sponsorowany przez 15 firm. Są wśród nich producenci suplementów, aplikacji mobilnych, gadżetów fitnessowych i do terapii światłem, inteligentnych lub personalizowanych materacy, a także firmy oferujące usługi analizy krwi, doradztwo i terapię czy dziczyznę. Najbardziej problematyczna z nich produkuje suplement diety o nazwie AG1 i sponsoruje Huberman Lab od pierwszego odcinka.
Huberman jest doradcą naukowym AG1. Twierdzi, że korzysta z ich produktu od 2012 r. Ten zielony proszek za ok. 100 euro miesięcznie rzekomo pokrywa zapotrzebowanie na podstawowe potrzeby pokarmowe. W środowisku komunikacji naukowej ta firma ma wyjątkowo złą prasę, a jej marketing słynie z wręcz legendarnej bezczelności. Weźmy np. jej przechwałki, że w składzie AG1 znajduje się 75 aktywnych składników. Kiedy spojrzy się na masę produktu, łatwo można stwierdzić, że w mieszance muszą być w takim razie ich śladowe ilości. Osobną kwestią jest, czy te składniki na cokolwiek działają, nawet gdyby było ich tam więcej. Firma ukrywa szczegółowe informacje, zasłaniając się ochroną własności intelektualnej, na co zezwalają luźne regulacje dotyczące suplementów diety. Huberman, ze swoim przygotowaniem naukowym i z umiejętnością analizowania i interpretowania źródeł, musi doskonale rozumieć, że za AG1 nie stoi żadna sensowna nauka. Nam pozostaje zrozumieć, na co dokładnie AG1 przeznacza ponad 2 mln USD miesięcznie z budżetu na reklamy w różnych podkastach.
Protokoły i banały
Huberman wielokrotnie podkreśla, że najbardziej interesująca jest dla niego praktyczna użyteczność biologii: sprowadzenie złożonych kwestii nie tylko do zrozumiałych komunikatów, lecz także do gotowych recept, do mechanizmów, które każdy może zastosować w swoim życiu. Twierdzi, że w swoim podkaście głosi to, co sam praktykuje. Jego porady dotyczą wartości wstawania wcześnie rano, porannych rytuałów (nawadniania się, spaceru, wystawiania się na działanie słońca, żeby obniżyć poziom stresu i dać sygnał układowi nerwowemu co do regulacji rytmu dobowego), czekania z piciem kawy co najmniej półtorej godziny od przebudzenia się (żeby wykorzystać naturalny zastrzyk energii rano), odżywiania się (w tym – przerywanego postu), snu (te same pory zasypiania i budzenia się, unikanie niebieskiego światła wieczorami), oddychania przez nos, uczenia się (np. w kontekście metod zwiększania neuroplastyczności), redukcji stresu za pomocą technik medytacyjnych, poprawiania nastroju, korzystania z sauny i z lodowatych kąpieli, zwiększenia szans na długowieczność, szkodliwości alkoholu i innych używek, istotności ćwiczeń fizycznych i kontaktów społecznych, umiaru w przyjemnościach oraz, oczywiście, przyjmowania odpowiednich suplementów.
Wielu dziennikarzy zwróciło jednak uwagę na fakt, że jeśli przyjrzeć się rekomendacjom Hubermana bliżej, okazuje się, że większość z nich to niekontrowersyjne, a nawet oczywiste, zdroworozsądkowe, zupełnie podstawowe i zalecane przez każde dostępne medium (ale najczęściej po prostu ignorowane) porady, które on jedynie opisuje innym językiem.
Trudno przygotowywać długie odcinki podkastu i zyskiwać sponsorów, kiedy sprzedaje się głównie zdroworozsądkowe i niskokosztowe rozwiązania. Prawdopodobnie właśnie dlatego w jego nagraniach zamieniają się one w „protokoły”, „techniki”, „narzędzia” świadomego zarządzania własną fizjologią, są opisywane językiem pełnym naukowego żargonu (często na poziomie szczegółowości nieistotnym dla odbiorcy), sprowadzone do poziomu neuroprzekaźników, hormonów, białek i innej maszynerii biochemicznej, co natychmiast nadaje im status przełomowych, zmieniających życie zasad. W ten sposób stają się kulturowo bardziej nośne. I łatwiej je później połączyć z produktami do sprzedania. Przestajemy mówić o tym, jak się czujemy, tylko mówimy, czego nam brakuje albo czego mamy za dużo i za pomocą jakiego złotego środka zoptymalizować te poziomy. Huberman znajduje zdroworozsądkowe zalecenie, przylepia do niego naukową etykietkę i dopasowuje produkt od sponsora, po czym iście prometejsko przekazuje ludziom iluzję kontroli, na której dobrze zarabia. Dodajmy do tego pewność siebie w prezentowaniu pseudonauki, charyzmę, afiliację przy elitarnej uczelni i recepta na komunikacyjny i sprzedażowy sukces gotowa.
Niektórzy chwalą Hubermana za to, że nie traktuje swoich odbiorców z góry i nie upraszcza przesadnie treści, ale mówi przez kilka godzin o skomplikowanych badaniach.
Tylko czy w świetle powyższych obserwacji jest to na pewno szacunek do odbiorcy czy też jednak, choćby częściowo, świadome rozwlekanie naciąganych naukowo opisów, żeby stworzyć wrażenie istnienia silnych podstaw merytorycznych oferowanych rozwiązań? Poza tym, skoro Huberman sprzedaje naszą uwagę kilkunastu sponsorom, odcinki muszą być długie. To samo mógłby powiedzieć kilka razy krócej. Umiejętnie tworzy jednak złudzenie, że podstawy zdrowia są niezwykle złożone, żeby rzeka treści mogła nieprzerwanie płynąć szerokim strumieniem i napędzać sprzedaż kolejnych produktów. Jednocześnie tworzy też iluzję, że złożone nie są rozwiązania i że mamy wystarczające podstawy, żeby zalecać produkty, na których zarabia. W rzeczywistości jest odwrotnie: podstawy dbania o zdrowie są dość oczywiste, cudowne „terapie” nie działają, a szukanie realnych, skutecznych i bezpiecznych terapii to trudny i czasochłonny proces. Huberman lubi mówić, że w swoim podkaście wskakuje na głęboką wodę, kiedy analizuje naukowe tematy, jednak chyba tylko laikom może się tak wydawać. Analizy specjalistów kreślą inny obraz.
W odniesieniu do trików komunikacyjnych, których Huberman używa, żeby przyciągać sponsorów, warto zwrócić uwagę na jeszcze jedną kwestię. Ben Machell w „The Times” i Jessica Grose w „The New York Times” przyglądają się fenomenowi Hubermana z perspektywy maskulinizowania branży dbania o kondycję. Natalia Mehlman Petrzela, historyczka z The New School, która analizowała m.in. obsesję Amerykanów nt. ćwiczeń fizycznych, wyjaśniała Grose, że przez długi czas w XX w. przesadne dbanie o zdrowie (czy to w kontekście jadłospisu, czy też wysiłku fizycznego) było postrzegane jako niemęskie lub narcystyczne. Skoro odbiorcami informacji tego typu były do niedawna głównie kobiety, marketerzy szukali innych metod przyciągania uwagi mężczyzn.
Silny mężczyzna z brodą spadł im z nieba.
Niemal każdy artykuł zwraca uwagę na muskulaturę i gęsty zarost Hubermana. Gdyby testosteron był intelektualistą, prawdopodobnie tak by właśnie wyglądał. Te same czynniki psychologiczne, które od dekad odgrywały rolę w przyciąganiu kobiet do rozmaitych cudownych metod zyskiwania idealnej sylwetki, cery czy zwiększania energii, są oczywiście obecne u mężczyzn. W przeciwieństwie do kobiet mężczyźni nie mają jednak wykształconych mechanizmów wykrywania manipulacji w tym zakresie. Marketerzy dostrzegli w tej grupie niewykorzystany rynek. To prawdopodobnie część odpowiedzi na pytanie o źródła sukcesu nowego modelu męskości, opartego na zdrowym stylu życia, na muskularnej sylwetce oraz na dbaniu o wydajność ciała, o nerwy ze stali i o umysł jak brzytwa.
Dbanie o siebie Huberman przeistoczył z próżności albo z praktyk kojarzonych z magazynami kobiecymi w naukę, optymalizację własnej biologii.
Wykształceni mężczyźni z obsesją na punkcie lepszego i dłuższego życia w dobrym zdrowiu jak najdłużej zyskali przewodnika po złożonym świecie nauki i z chęcią wydają pieniądze na to, co im sprzedaje.
Hübermensch, czyli kłopoty z marką osobistą
Wizerunkową autokreację Hubermana łatwo zredukować do kulturowego stereotypu i z mirażu nadczłowieka szybko zrobić chłopca do bicia. Stereotyp macho Huberman sam wzmocnił nagłośnionym przez artykuł w „New York Magazine” faktem, że utrzymywał relacje intymne z sześcioma kobietami jednocześnie. W podkaście Jocko Willinka przyznał się do zdrad i zaznaczył, że nie jest to powód do dumy, tylko porażka. Tłumaczył się jednak definiowaniem związków. Sugerował, że opisane w artykule relacje nie były głębokie. Przeczy to wypowiedziom opisanych kobiet, które twierdzą, że każdej z nich deklarował wierność. Kiedy jedna z nich skonfrontowała się z nim po tym, jak usłyszała, że jako gość w podkaście mówi, iż ma dziewczynę, skłamał, że jego zespół zalecił mu zmyślić stałą partnerkę, żeby zniechęcić stalkerkę, która go nękała. Wszelkie podejrzenia Huberman zbywał podobnie. To nie on szukał innych związków, tylko kobiety były stalkerkami, alkoholiczkami i kompulsywnie kłamały. Jednej z tych kobiet deklarował nawet chęć założenia rodziny i wspólnie zdecydowali się na procedurę zapłodnienia in vitro. Szczegółowo opisane w tekście z „New York Magazine” oskarżenia dotyczą nie tylko niewierności, ale też niesłowności, kłamstw, manipulacji, napadów furii, skrajnej potrzeby kontroli, a nawet zarażenia jednej z kobiet groźnym wariantem wirusa HPV (związanym z rakiem szyjki macicy).
Okazało się, że publiczny wizerunek racjonalnego naukowca, który swoje wysiłki popularyzatorskie poświęca uczeniu mechanizmów panowania nad swoim umysłem i ciałem i promuje pracę nad sobą oraz zdrowe relacje, odbiega od realiów jego życia prywatnego, w którym jest wybuchowym fanatykiem kontroli i narcystycznym manipulatorem kolekcjonującym kobiety nieświadome dołączania do haremu.
Można cynicznie uznać, że to tylko dowód na to, że Huberman ma wręcz wzorową kontrolę nad sobą i nad innymi – jedynie nieetyczną.
Zarządzanie czasem w przypadku sześciu równoległych związków to przecież nie lada sztuka. Najwidoczniej protokoły rzeczywiście działają, skoro ma energię nie tylko na tyle relacji, lecz również na karierę w nauce i w podkastingu.
Pytanie, jak to wszystko przekłada się na jego wiarygodność jako popularyzatora nauki zarabiającego na wspomaganym pseudonauką sprzedawaniu konkretnych produktów. Na platformie Pulsar po publikacji artykułu w „New York Magazine” ukazała się analiza reakcji z forów portalu Reddit poświęconych Hubermanowi. Nietrudno było przewidzieć, że swoim zachowaniem zyska aprobatę internetowych mizoginów, ale głośno słychać także głosy rozczarowania. Ludzie czują się oszukani. Albo samym zachowaniem Hubermana, albo jego reakcją. Najbardziej bolą odbiorców kłamstwa w życiu prywatnym. Cały jego podkast jest oparty na nauce, na dążeniu do prawdy, a Huberman okazuje się patologicznym kłamcą. I ucieka od krytyki: wynajął agencję od PR-u kryzysowego, a sam nie wziął odpowiedzialności, nie okazał empatii ani nie stawił czoła dziennikarzom. To głęboka rysa na marce rzekomo silnego mężczyzny, który na co dzień ciężko nad sobą pracuje i sam rozwiązuje problemy.
Działania PR-owe ostatecznie okazały się jednak skuteczne.
Huberman przemilczał kryzys i skoncentrował się na tworzeniu kolejnych treści. Do sprawy odniósł się wyłącznie w przychylnych sobie podkastach prowadzonych przez zaprzyjaźnionych mężczyzn. W międzyczasie zdobył kolejne dziesiątki tysięcy odbiorców.
Jak zauważa Scott Carney, dziennikarz śledczy i antropolog, uczciwość Hubermana w życiu osobistym jest istotna, bo z mówienia prawdy opartej na nauce oraz z kontrolowania swojego ciała i swojej psychiki uczynił markę osobistą. Można jedynie żałować, że sensacyjne doniesienia o jego relacjach intymnych zdominowały publiczną dyskusję, kiedy zdecydowanie ważniejsze i jeszcze bardziej problematyczne są jego relacje z faktami, które traktuje zdecydowanie gorzej niż ludzi w swoim życiu.
Nauka, filantropia i polityka
Swoją przyszłość Huberman widzi w profesjonalnej komunikacji naukowej wykorzystującej różne rodzaje mediów, a także w naukowej filantropii. Na razie sam chce dalej prowadzić podkast i uczyć na Uniwersytecie Stanforda. Aktywnie wyszukuje jednak utalentowanych popularyzatorów nauki. Deklaruje, że chce służyć im jako mentor oraz produkować ich programy, rozbudowując swoje imperium podkastowe. Kiedyś chciałby przestać sam aktywnie tworzyć treści.
Naukową filantropię wyobraża sobie jako znacznie prostszy model niż obecne metody pozyskiwania środków na badania.
Chciałby, żeby wystarczył opis na pół strony i mocny zespół zamiast lat starań i skomplikowanej biurokracji. Jest sfrustrowany faktem, że w nauce trudno się buntować. Skoro system finansowania nauki jest oparty na wzajemnym recenzowaniu swoich prac i przyznawaniu grantów na kolejne badania, strach przed odrzuceniem publikacji i wniosków grantowych jest duży. Nikt nie chce wkładać kija w mrowisko. A nauka powinna być według Hubermana buntownicza. Wyjście z tej sytuacji widzi w niezależnych źródłach finansowania. Część pieniędzy zarabianych na podkaście (nie ujawnia publicznie jaką) przeznacza na finansowanie badań naukowych na ludziach oraz na stypendia.
Poza tym ubolewa nad tym, że tracimy naukowców, „całe pokolenie odkryć”, w istotnej mierze dlatego, że w nauce mało się zarabia. Zapewnienie ludziom zasobów pozwalających utrzymać siebie i rodzinę oraz umożliwienie im rozwijania skrzydeł i pielęgnowania miłości do nauki Huberman uważa za kluczowe. Plany ma przy tym ambitne. Chciałby zebrać miliard USD w ciągu maksymalnie pięciu lat.
Jako podkaster Huberman może ignorować krytyczne głosy recenzentów, a pieniądze i tak dostanie – znacznie więcej niż w nauce.
I z dużo większą swobodą będzie mógł je wydawać. Jak zauważają jego krytycy, gdyby to samo, o czym mówi w podkastach, pisał w artykułach naukowych, nie przeszłyby one procesu recenzji, a on sam musiałby na wstępie ujawnić konflikt interesów wynikający z przyjmowania pieniędzy od sponsorów.
Jednocześnie ciekawy jest ten buntowniczy rys Hubermana. Z apelami o konieczność zwiększenia środków na prowadzenie badań trudno się nie zgodzić. Jonathan Jarry podkreśla jednak, że w nauce postawy nonkonformistyczne bywają różne. Można być Galileuszem, cenzurowanym przez władze kościelne, które ostatecznie po wiekach przyznały mu rację, ale można też być Andrew Wakefieldem – oszustem rozpowszechniającym kłamstwa o tym, że szczepionki wywołują autyzm. W przypadku Hubermana ta kwestia jest tym bardziej istotna, że chciałby on mieć wpływ także na kształtowanie polityki naukowej i wprost mówi, że rozważa karierę polityczną. To, jak teflonową postacią okazał się w świetle kryzysu wizerunkowego, powiększając nawet swój lojalny „elektorat” odbiorców podkastu, może go zachęcić do realizacji tych planów wcześniej niż później.
Ufajmy nauce, a nie – naukowcom
Dobre życie to oprócz dobrego zdrowia również rzetelne źródła informacji. Niestety, Andrew Huberman takim źródłem co najwyżej tylko bywa. Wielu jego krytyków podkreśla, że nie możemy mylić popularności z wiarygodnością. Nawet jeśli z tą popularnością wiąże się marka elitarnego uniwersytetu. Dziś wszystko, co Huberman publikuje, wymaga weryfikacji w bardziej rzetelnych źródłach.
Potrzebujemy szeroko zakrojonej kampanii „alfabetyzacji” dotyczącej nauki i mediów, w zakresie rozumienia wiedzy eksperckiej i jej ograniczeń, żeby wyposażyć ludzi w dobrze wykalibrowane detektory bzdur i nadużyć.
Naukowcy, którzy cynicznie wykorzystują braki w tej wiedzy – jak, niestety, wydaje się to robić Huberman – tylko utrudniają ten konieczny wysiłek. Na popularyzatorach z tak wielkimi zasięgami ciąży większa odpowiedzialność. Jeśli coś zostanie upowszechnione, trudno to później sprostować.
W książce Why Trust Science? (Dlaczego ufać nauce?) Naomi Oreskes, historyczka nauki z Uniwersytetu Harvarda, przekonująco argumentuje, że najsilniejszym fundamentem zaufania do nauki jest konsensus naukowy. Nie chodzi tu o bezkrytyczne podporządkowywanie się temu, co twierdzi ten czy inny autorytet naukowy (choćby był związany z tak prestiżową uczelnią jak Uniwersytet Stanforda i miał miliony fanów w internecie), lecz o specyfikę nauki jako złożonego przedsięwzięcia kolektywnego. Konsensus osiąga się w grupie ekspertów (pojedynczy badacze czasami błądzą), będących specjalistami w zakresie dokładnie tego zagadnienia, którego konsensus dotyczy (kiedy dyletancko wychodzi się poza swoją dziedzinę, łatwiej się pomylić). Pierwszy krok to analiza recenzowanej literatury naukowej. Jeśli okaże się, że wśród badaczy jest zgoda, ale nie przekłada się to na komunikaty medialne, warto zidentyfikować konkretne środowiska i osoby, które podważają konsensus, i spróbować określić powody, dla których to robią.
Obietnice nowoczesnej nauki dotyczące długowieczności i zwiększania możliwości umysłowych i fizycznych coraz mocniej pobudzają wyobraźnię. Szarlatanów oferujących drogi na skróty będzie tylko przybywać. Tym bardziej powinniśmy kontrolować osoby z branży naukowej, które podważają zaufanie do konsensusu naukowego. Nauka ma istotną wartość jako narzędzie zmieniające proporcje sił w dyskusjach – na dobre i na złe. Jeśli się o coś spieramy, dobrze mieć ją po swojej stronie. Pytanie tylko, do jakiego autorytetu się odwołujemy: do pojedynczych naukowców, choćby zebrali się w głośną grupę połączoną wspólnym interesem, czy do metod, do precyzyjnego i samokorygującego się procesu i do rzeczywistych ustaleń naukowego kolektywu.