Subskrybuj
fot. archiwum własne autora
Pisarz i fotograf. Autor cykli reporterskich oraz książek tłumaczonych na angielski, niemiecki, rosyjski i węgierski. Współtwórca festiwalu literackiego MiedziankaFest. Razem z Julią Fiedorczuk założył Szkołę Ekopoetyki przy Instytucie Reportażu. Ostatnio opublikował Dwunaste: Nie myśl, że...

Drzwi

Próżnia. Jakby ktoś nagle wyssał z pomieszczenia całe powietrze, a wraz z nim i życie, absolut, czas, jego przepływ. Wszystko.

Albo raczej stop-klatka, zatrzymanie, a przynajmniej spowolnienie do tego stopnia, że obserwacja ruchu jest już właściwie niemożliwa. Wszystko się zatrzymało, czuję to dokładnie, nie tylko w mojej głowie. Kątem oka widzę starszego mężczyznę w kapeluszu. Siedzi przy stoliku pod ścianą, w rękach trzyma jakiś magazyn, takim go tu zastałem. Teraz spogląda znad krawędzi gazety szeroko otwartymi oczyma. Patrzy w stronę drzwi.

Wszyscy patrzymy.

Kelnerka niższa, chyba Ukrainka, zamarła w półruchu, wrzucając drobne do szuflady.

Kelnerka wyższa odwraca się przez ramię, ale ręce już zwiesiła bezradnie wzdłuż ciała. Wyglądają na ciężkie, te ręce, mam wrażenie, że zaraz całą ją pociągną ku ziemi i złoży się jak manekin pozbawiony podparcia. Zaraz, czyli gdy wszystko znów ruszy. Na razie jednak ciągle tkwimy w tym zatrzymaniu.

Brakuje tylko muchy, która gdzieś w przestrzeni między mną, kelnerkami a tym facetem w kapeluszu zawisłaby efektownie z rozłożonymi w locie skrzydełkami. Mógłbym wtedy wstać, dokładnie się jej przyjrzeć z każdej strony, a potem wyjść stąd, udając, że nie byłem świadkiem tej sytuacji.

Że nie brałem udziału w mikrorozpadzie świata.

A zatem stop-klatka. Ale tylko tutaj, w środku kawiarni. Bo tam na zewnątrz życie, jak to życie – samochody, rowery, wrony kłócą się o jakiś kąsek, płacze czyjeś dziecko, z oddali słychać wycie karetki. I tych troje odchodzących beztrosko w swoją stronę.

A drzwi są nadal otwarte.

Wiem, że tu się wydarzyło coś błahego i że jednocześnie wszystkich nas to szczerze przeraziło.

(Ta łatwość, z jaką on to powiedział, to zdziwienie na jego twarzy – ono było szczere).

Wiem też, że gdy tylko spróbuję to uchwycić i wyartykułować, to zniknie i zbanalizuje się okrutnie. I że przestrzeń, w której mogę spróbować to zrobić, gwałtownie się kurczy.

Mogę też sięgnąć po przypis z Ortegi y Gasseta, który w Buncie mas wieszczy powrót epoki barbarzyńców, pisząc:

„Samozadowolenie człowieka masowego powoduje, że zamyka się w sobie, odcinając się od wszelkich instancji zewnętrznych, że nie słucha, że swoich opinii nie poddaje ocenie innych i że z nikim się nie liczy. Jego wewnętrzne poczucie panowania każe mu ciągle wykazywać przewagę”.

Ale teraz trzeba przewinąć, wrócić do początku, by zrozumieć tę próżnię, w której tu na ułamek sekundy zawisnęliśmy.

Kawiarnia jak to kawiarnia – kilka stolików, lada chłodnicza z lodami, lodówka z napojami. Czasem tu wpadam, mam zwykle po drodze, szybka kawa i dalej. Tak też miało być i dziś. Wszedłem, zamówiłem, usiadłem na pozbieranie myśli i posklejanie ich kofeiną. Facet pod ścianą przerzucił stronę gazety, zadzwoniły filiżanki na ekspresie. Nic więcej.

Potem weszli oni – dwóch chłopaków i dziewczyna. Cała trójka ok. dwudziestki – modnie ubrani, rozbawieni. Trochę rozmawiali ze sobą, a trochę zerkali w ekrany smartfonów. Weszli i bez słowa przywitania zaczęli zamawiać.

– Czy mogę pana prosić o zamknięcie za sobą drzwi? – powiedziała jedna z kelnerek do tego, który wchodził ostatni.

Wtedy jeszcze myślałem, że powiedziała to zbyt cicho, może nie usłyszeli, tacy rozbawieni byli, zajęci sobą. Nawet chciałem się podnieść i sam zamknąć, ale zaczęli zamawiać na wynos te swoje kawy, cały czas przy tych drzwiach stali. Wiało stamtąd chłodem okrutnym i wilgocią, na podłodze zaczęły się panoszyć zbłąkane liście przywiane z zewnątrz. Facet nad gazetą chrząknął i podciągnął pod szyję zamek swetra. Kelnerka przy kasie szukała wzrokiem koleżanki. „Zamówią i pójdą” – pomyśleliśmy pewnie wszyscy i tak to zostawiliśmy.

Trochę to trwało, bo jeszcze ciastka. Z zaplecza wróciła druga kelnerka i mówi do tego, który stał najbliżej wejścia:

– Proszę pana o zamknięcie drzwi, dobrze?

I znowu nic, oni słyszą, widzę to wyraźnie, lecz nic z tym nie robią. Mają to w dupie. Więc tylko to chrząknięcie z kąta, bezradne oczy kelnerek. Już mam wstawać, bo zimno, ale oni ruszają do wyjścia, więc opadam na kanapę i patrzę.

Wychodzą, zostawiając drzwi otwarte na oścież. Stoją na zewnątrz, jeszcze rozmawiają. Kawa i papierosy. Coś sobie na telefonach pokazują.

I wtedy ta wyższa kelnerka rusza w ich stronę i mówi przez próg najuprzejmiej, jak pewnie umie: – Prosiłam tylko o zamknięcie drzwi.

Tylko jeden z nich odrywa na to wzrok od ekranu. Na jego twarzy maluje się absolutne zdziwienie. Mówi więc równie uprzejmie jak ona:

– Ale, proszę pani, ja nie chcę zamykać tych drzwi.

Artykuł pojawił się w numerze: Dobre życie w chaotycznym świecie