Subskrybuj
fot. Katarzyna Lasoń, CC BY-SA 4.0 via Wikimedia Commons
Pisarka, reportażystka. Autorka powieści Toksymia (2009) oraz zbiorów reportaży Bukareszt. Kurz i krew (2013) i Błoto słodsze niż miód. Głosy komunistycznej Albanii (2018), za którą otrzymała Paszport „Polityki” i Nagrodę Kościelskich. Obecnie pracuje nad zbiorem...

Flamingi nad Albanią

Kiedy dwa lata temu dowiedziałam się, że Ivanka Trump i Jared Kushner chcą wybudować luksusowy resort na albańskiej wyspie Sazan, a do tego kompleks hoteli w okolicy Zvernec, pomyślałam: „Żegnaj, raju”

Byłam akurat nieopodal, we Wlorze, gdzie wszyscy plotkowali już o spektakularnym projekcie, który miał przynieść tysiące miejsc pracy. Część utyskiwała na to, że Albańczycy stracą dostęp do bajkowych plaż w jednym z najpiękniejszych zakątków kraju, ale w internetowych debatach głoś-no rozbrzmiewał zachwyt: wielki świat wreszcie odkrył małą Albanię. Tylko niewielka grupa aktywistów zwracała uwagę, że część inwestycji obejmie unikatowe przyrodniczo rozlewisko rzeki Vjosy, zniszczy miejsce postojowe na szlaku flamingów i nieodwracalnie zmieni obszar bytowania ponad 200 gatunków ptaków.

Jeszcze dwa lata temu w albańskim dyskursie, napędzanym przez zwolenników Ediego Ramy i wierne sługi albańskiej administracji, potencjalne zyski z inwestycji przewyższały ekologiczne koszty.

Przyszłość to rozwój turystyki, najlepszy rodzaj turystyki to pięciogwiazdkowe hotele, najlepszy turysta to turysta bogaty, a najlepszy inwestor to Ivanka Trump, zachwalająca w mediach dziewicze piękno wyspy na Adriatyku, którą właśnie odkryła. Że wyspa ma nazwę – Sazan, i jest częścią Albanii – nieważne. Nie takie rzeczy Ivanka sobie w życiu kupiła.

Posłuchawszy, o czym plotkuje Wlora, wsiadłam w samochód i pojechałam do miejsc, które już wkrótce miały stać się niedostępne dla zwykłych śmiertelników. Odwiedziłam złociste wydmy plaży Dalan i musztardowe klify Zvernec, po których biegały kozy. Bezkresną połać pustej plaży Hidrovor, porośniętą kępami suchych traw. Żegnałam się ze starą, dziewiczą Albanią, którą lada moment miała zawłaszczyć wielka turystyka.

Wraz z napływem turystów po pandemii Albania stała się dla mnie opowieścią o stracie: znikały stare kawiarnie, alternatywne bary i nieco obskurne, rodzinne knajpy, w których tata grillował ryby, a jego córka siedziała obok przy stoliku i odrabiała lekcje.

Nadmorskie wioski rewitalizowano, ignorując ich dawnego ducha, a Tirana zamieniła się w wielki plac budowy. Wszystko pod okiem premiera Ramy, o którym było wiadomo, że decyduje o kształcie każdej inwestycji w kraju, wybiera najsłynniejsze studia architektoniczne i zatwierdza projekty; nie ma też nic przeciwko, by grupy przestępcze prały w Albanii brudne pieniądze, skoro to miało oznaczać kolejne inwestycje w sektor budowlany. Rama wielokrotnie powtarzał, że Albania potrzebuje bogatych turystów i pięciogwiazdkowych hoteli, dlatego wprowadził zmiany w prawie: nawet na terenach chronionych mogły teraz powstawać nowe obiekty, jeśli tylko były luksusowe. A inwestorzy strategiczni, czyli inwestorzy z grubymi portfelami, mogli teraz korzystać z życzliwości administracji: ich projekty przepychano w trybie przyspieszonym, nie sprawdzając nawet, czy zgadza się własność gruntów ani czy zainwestowane pieniądze pochodzą z legalnego źródła.

W końcu plaże Zvernec ogrodzono. Znajomi aktywiści ruszyli protestować, przy czym słyszałam od nich: „Wiemy, że to nic nie da”.

Aż nagle media społecznościowe zaczęły transmitować film, na którym osiłki strzegące inwestycji wloką po kamieniach jednego z aktywistów i psikają gazem pieprzowym w twarze policjantów i protestujących. W jednej chwili Albania zawrzała. Nie było bardziej adekwatnego obrazu, który pokazywałby, że w tym kraju silni są ponad prawem. W jednej chwili coś się zmieniło. Jakby przez tłum przeszedł prąd. Jakby wszyscy przejrzeli na oczy.

Kiedy piszę te słowa, Tirana od kilkunastu dni jest areną gigantycznych protestów obywateli, którzy mówią „nie” Ivance Trump, Jaredowi Kushnerowi i Ediemu Ramie. Mówią: „Nasz kraj nie jest na sprzedaż. Nie chcemy postępu, który za nic ma zwykłych obywateli. Chcemy transparentności i sprawiedliwości. Edi Rama – odejdź”.

Symbolem protestów stał się różowy flaming, ptak, który żyje w grupie i potrzebuje stada, by przetrwać. Demonstracje zaskoczyły skalą wszystkich – od dekad Albańczycy nie czuli tak wyraźnie, że są częścią wspólnoty, walczącej w obronie słusznej sprawy.

Edi Rama, nazywany tu Sułtanem albo Mefisto, utrzymywał poparcie, obiecując i korumpując; teraz stał się kolejnym znienawidzonym autokratą, wyszydzanym na transparentach, który ma zbyt dużo na sumieniu, by po prostu oddać władzę.

Albańczycy bronią swojego kraju, a ich gniew jest gniewem każdego z nas. Wszyscy wiemy już, jakie rachunki wystawia kapitalizm. Piękno staje się przywilejem najbogatszych. Tracimy bezcenne przyrodniczo obszary, żeby mogły na nich powstać zamknięte resorty, które lokalnej społeczności nie dają nic.

Świat wielkich nierówności staje się coraz bardziej bezwzględny. Ci, którzy mają pieniądze, stoją ponad prawem. Turystyka nie przynosi bogactwa zwykłym obywatelom, bo ludzie, którzy pracują w usługach, zarabiają minimalne stawki. Albańczycy nie chcą elitarnej turystyki, chcą systemu edukacji, który naprawdę uczy, służby zdrowia, która leczy, administracji, która działa. Chcą normalności, nie efektownych fasad. Chcą wody w kranie i prądu w mieszkaniu, a nie rządowej propagandy z Instagrama.

Czy Albańczycy wygrają z wielkim kapitałem i starą polityką? Przykład Rumunii i Serbii pokazuje, że czeka ich długa walka. Przykład Węgier – że nawet najbardziej zabetonowany system może zacząć się kruszyć. Na razie Bulwar Męczenników Narodu w centrum Tirany nazwano już w mediach Bulwarem Flamingów, a protesty – rewolucją. Albania pragnie wspólnoty, chce trzymać się w stadzie i żąda nowego początku.

Artykuł pojawił się w numerze: Poza zasięgiem