Dawno nie było tak głośno o Homerze. Odyseja w reż. Christophera Nolana wzbudziła kontrowersje jeszcze przed premierą. Niektórzy internauci krytykowali casting czarnej aktorki Lupity Nyong’o do roli Heleny Trojańskiej, argumentując, że w samym eposie określana jest jako „białoramienna”.
Genialne w wyborze Nolana było to, że od czasów starożytnych nikt się tak nie spierał o Helenę Trojańską. A przecież właśnie na tym polega istota tej postaci – nieustannie wzbudzała spory. W tym sensie reżyser doskonale oddał myśl Homera.
Czy określenie „białoramienna” odnosiło się do koloru skóry?
Niekoniecznie. W kulturach świata antycznego – od Egiptu po Grecję – mężczyzn przedstawiano często w ciemniejszych barwach, a kobiety w jaśniejszych. Z prostego powodu: kobiety większość życia spędzały w domu, a wychodząc, szczelnie zakrywały ciało – tak jak do dziś ma to miejsce w niektórych kulturach tradycyjnych. Mężczyźni spędzali więcej czasu na zewnątrz – wojując i ćwicząc, w Grecji nago. Określenie „białoramienna” miało więc oznaczać kobietę piękną, wolną od przymusu pracy fizycznej, kobietę po prostu.
Niektórzy zwracają też uwagę, że swoich największych wojowników Homer uczynił blondynami. Blondynami są Achilles i Menelaos. Bardzo to ekscytowało niektórych XIX- i XX-wiecznych niemieckich czytelników, którzy widzieli w nich aryjski wzorzec urody. Zarazem była to w Grecji prawdopodobnie rzadka cecha – stąd imiona w języku greckim, które nie pojawiają się zbyt często w językach narodów Północy, podkreślające jasny kolor włosów (np. syn Achillesa, Pyrros, nosi imię od swoich rudoblond włosów). Wiemy też, że greccy arystokraci niekiedy farbowali włosy na blond, skąd wniosek, że blondynami bywali nieczęsto. Kolory skóry i włosów są tu pewnym kulturowym ideałem wizualnym, który ma jednak niewiele wspólnego z rzeczywistością historyczną.
Sama aktorka zwracała uwagę w wywiadzie, że mamy ostatecznie do czynienia z na poły mitologiczną i uniwersalną opowieścią.
Oczywiście, Iliada i Odyseja to przede wszystkim teksty poetyckie. Świat Homera jest światem bez dogmatów, który można opowiadać na różne sposoby. Każdy reżyser ma prawo do własnej interpretacji.
Warto jeszcze dodać, że Helena w Iliadzie jest człowiekiem, ale na Peloponezie i w wielu innych miejscach greckiego świata była czczona jako bogini. Znane były opowieści o tym, że była córką Zeusa przebranego za łabędzia, wyklutą z jaja. Ślad jej ponadludzkiego statusu częściowo przetrwał u Homera. W tym sensie przedstawienie jej w ogóle w jakiejkolwiek ludzkiej postaci jest zaledwie pewnym przybliżeniem i metaforą. Jest ona po prostu wcielonym ideałem piękna. Jeżeli dla Nolana jest nim Lupita Nyong’o, wszystko jest w porządku.
Po emisji jednego z trailerów wśród komentatorów rozgorzała dyskusja, kogo zagra transpłciowy aktor Elliot Page i czy nie przypadkiem Achillesa…
To byłoby bardzo błyskotliwe rozwiązanie. Jak pamiętamy, matka Achillesa, znając przepowiednię, że pod Troją czeka go śmierć, przebrała go za kobietę i ukryła na wyspie Skyros. Jego rozpoznanie umożliwił słynny fortel Odyseusza, który wyłożył przed tamtejszymi kobietami różnego rodzaju towary luksusowe oraz, nieco na uboczu, starą zbroję. Achilles był jedynym, który zainteresował się zbroją i zareagował na dźwięk wojennej trąbki. Superwojownik ukryty do czasu w ciele kobiety – to nie byłaby żadna ideologia woke, ale erudycyjne nawiązanie do greckiej tradycji epickiej.
Swoją nową książkę Homer na nasze czasy zaczyna Pan od tematu wojny. Czy Iliada to najważniejsza w naszej kulturze opowieść o wojnie? A Odyseja to historia o konsekwencjach wojny dla weterana i jego rodziny?
Tak myślał o nich m.in. psychiatra z Bostonu Jonathan Shay, autor książek Achilles in Vietnam oraz Odysseus in America. Zobaczył u Homera język, który pozwalał współczesnym weteranom mierzyć się z doświadczeniem wojny. Odyseja byłaby wówczas wielką poprzedniczką takich hollywoodzkich filmów jak np. Łowca jeleni z Robertem De Niro i Christopherem Walkenem, opowiadających o traumie żołnierzy wracających z Wietnamu.
Albo pierwsza część Rambo.
Shay potraktował teksty Homera jako narzędzie terapeutyczne. Stworzył też ciekawe pojęcie urazu moralnego – wykraczającego poza zespół stresu urazowego (PTSD), a związanego z doświadczeniem naruszenia własnych zasad moralnych w skrajnej sytuacji walki. Choć uczciwie mówiąc, dla badacza literatury starożytnej jego interpretacje Homera wydają się mocno uproszczone.
Niedawno odkryłem, że podobnie terapeutyczną funkcję miały teksty homeryckie dla Thomasa Edwarda Lawrence’a, protagonisty wspaniałego filmu Davida Leana Lawrence z Arabii. Lawrence był angielskim bohaterem I wojny światowej, wsławionym organizacją partyzanckich walk Arabów przeciwko Imperium Osmańskiemu. Stał się dzięki temu właściwie pierwszym celebrytą międzywojennej Europy, nękanym przez reporterów, którzy chcieli poznać i opisać jego wojenne przygody. Żeby uniknąć rozgłosu, Lawrence żył pod przybranym nazwiskiem. To właśnie wtedy przełożył Odyseję na język angielski. I we wstępie do swojego przekładu mocno zarysował kontrast między – jak byśmy dziś powiedzieli – profilem psychologicznym autora Iliady oraz autora Odysei. Pisze niemal wprost, że od wojennej Iliady woli Odyseję jako pierwszą prawdziwą powieść Europy. Można powiedzieć, że przekład Odysei stanowił dla Lawrence’a osobistą próbę ucieczki od okropności wojny, od własnej, symbolicznej „Iliady”.
Jego przekład Homera ukazał się w 1932 r., pomiędzy dwiema wojnami światowymi.
To świadectwo epoki, która próbuje rzeczywiście przemyśleć destrukcyjne konsekwencje konfliktów zbrojnych. Oraz, po raz pierwszy w dziejach, tak mocno widoczny problem cierpienia weteranów. Owszem, wcześniej obecni byli błąkający się przy drogach, żebrzący starzy wiarusi. Lecz po I wojnie światowej weterani stają się problemem społecznym. W Europie pojawiły się setki tysięcy ludzi fizycznie i psychicznie okaleczonych na froncie. Iliada i Odyseja były utworami, które nazywały pewne doświadczenia, refleksje, emocje związane z wojną.
Całe pokolenia wychowanków gimnazjów klasycznych w XIX i XX w. musiały czytać Homera. Jak te utwory funkcjonowały w świecie rodzących się nacjonalizmów? Jako pochwała rycerskiego etosu, służby dla ojczyzny, walki z narażeniem życia?
Już przez starożytnych Iliada i Odyseja były czytane niekiedy w taki prostolinijny sposób. Achilles był swoistym superbohaterem (choć niepozbawionym wewnętrznych rozterek) czy wzorem rycerza. Odyseusz był z kolei archetypem spryciarza, manipulatora, trickstera. Odys dość szybko wyzwolił się z tego wizerunku – stało się tak już w średniowieczu, które nie znało dobrze Homera, lecz rozmaite łacińskie streszczenia opowieści o wojnie trojańskiej już tak.
Dla Dantego Odys jest wprawdzie grzesznikiem umieszczonym w głębokich kręgach piekła, ale zarazem arcyczłowiekiem: kimś skazanym przez Boga za swoją ciekawość, pragnienie dotarcia tam, gdzie nikt dotąd nie dotarł, poznania rzeczy niedostępnych. To postać głęboko ambiwalentna. Być może dlatego większą wagę moralną w edukacji przykładano właśnie do pierwszego z eposów.
Iliadę czytano jako wzorzec oddania, bohaterstwa, walki mimo świadomości, że zapłacimy za nią śmiercią. Zarazem eposy Homera – przy każdej nieco głębszej lekturze – pokazywały, że nie da się ich w prosty, nacjonalistyczny sposób zinstrumentalizować.
Dlaczego?
XIX-wieczni Niemcy – i nie tylko oni – chętnie by się utożsamiali z rzekomo aryjskimi Achajami, a nie z jakimiś azjatyckimi, wielojęzycznymi, pomieszanymi etnicznie Trojanami. Tymczasem najbardziej patriotyczne postawy i najwspanialsze ludzkie zachowania zobaczymy właśnie u Trojan. Pomyślmy choćby o pięknych scenach z Iliady: Hektorze żegnającym się z Andromachą i swoim synkiem; starym Priamie, który przybywa do obozu Achajów gotowy na upokorzenia, aby tylko odzyskać ciało swojego syna…
Simone Weil nazwała Iliadę „poematem siły”, zapisem działania mocy i zarazem przenikliwie pokazywała, że Homer nie czuje wobec niej podziwu, nie ma w sobie też pogardy dla pokonanych. Ten sam los ma bowiem władzę nad jednymi i drugimi.
W swojej książce nazywa Pan teksty Homera nawet swoistymi „traktatami politycznymi”.
To nie jest mój pomysł, lecz niedawno zmarłego, wielkiego szwajcarskiego uczonego Kurta Raaflauba. Według niego poematy stawiają fundamentalny problem: jak wspólnota polityczna może sobie poradzić z wybitną jednostką? Gniew Achillesa i to, że schodzi z pola bitwy, prowadzą do śmierci tysięcy Achajów. Pycha i lekkomyślność Odyseusza skutkują śmiercią wszystkich jego podkomendnych, towarzyszy powrotnej podróży spod Troi; następnie morduje on zalotników, czyli młodą elitę Itaki; przed zabiciem także ich rodzin powstrzymują go bogowie w ostatniej pieśni Odysei. Stajemy zatem wobec wielkich, ale i niebezpiecznych ludzi. Można argumentować, że to prawowity wódz Agamemnon ma rację w sporze z Achillesem, który uzurpuje sobie kompetencje przywódcy na początku Iliady – podobnie jak są tacy, którzy uważają, że Kreon miał rację w konflikcie z Antygoną u Sofoklesa. Ani Achilles, ani Odyseusz nie są postaciami jednoznacznie pozytywnymi czy negatywnymi. Odbiorca musi – podobnie jak w przypadku attyckiej tragedii – sam zdecydować, komu jest gotów przyznać rację. Nie są to więc stricte „traktaty polityczne”, bo Homer nie daje nam jasnych odpowiedzi, tylko raczej seria intelektualnych prowokacji dotyczących podstawowych problemów polityki, zwłaszcza kwestii uzurpacji władzy, niekompetencji polityków, nadmiernych ambicji wybitnych jednostek.
Czy Homer jest nam bliski czy daleki? Słynny filolog klasyczny Bruno Snell w książce Odkrycie ducha zauważał, że u jego bohaterów „nie ma żadnej prawdziwej refleksji, żadnego dialogu duszy z samą sobą (…). U Homera nie znajdziemy rozszczepionych uczuć; dopiero Safona mówi o słodko-gorzkim Erosie”.
To spór o psychologię postaci homeryckich, który rozgorzał po II wojnie światowej. Z jednej strony tacy badacze jak Snell czy Eric Dodds pokazywali, że najważniejsze decyzje bohaterów tłumaczone są przez działania bogów. Gdy w I pieśni Iliady Achilles powstrzymuje się od rozsiekania Agamemnona, dzieje się tak tylko dlatego, że od tyłu za włosy chwyta go Atena. Z drugiej strony można argumentować, że ostatecznie bohaterowie Homera – mimo interwencji boskich – sami podejmują decyzje. I muszą być za nie odpowiedzialni.
Homer starał się pokazać herosów wojny trojańskiej jako ludzi, którzy należą do dawnego świata, innego niż świat mu współczesny (czyli prawdopodobnie z VIII w. p.n.e.); świata, w którym bogowie byli obecni inaczej niż w jego epoce.
Być może też stąd ta nieco archaizowana wizja psychologiczna, obca też oczywiście dzisiejszym czytelnikom. Proszę również zwrócić uwagę na ten niezwykły fakt, że boskie działania i cudowne stwory, chimery, potwory pojawiają się w opowieściach bohaterów, a nie samego narratora. Są niejako wzięte w nawias. W jego opowieści świat jest ludzki, pełen krwi, kurzu, brudu i przypadku. W tym sensie Homer nie jest nam obcy.
Pytanie o obcość i aktualność Homera pojawia się też, gdy spoglądamy na relacje emocjonalne między bohaterami. Niektórzy dopatrują się w namiętnej więzi Achillesa z Patroklosem wątków homoerotycznych…
To już dla mnie bardziej wątpliwe. Otóż rzeczywiście pojawiają się takie odczytania w greckiej tradycji: zarówno w malarstwie, gdzie układa się ich ciała w pozycji erotycznej, jak i w teatrze, gdzie wokół tej relacji tworzy się różne, często wulgarne, żarty. Czy jednak w świecie Homera występuje homoerotyzm? O to badacze spierają się od co najmniej 150 lat. Ceni się tam pięknych chłopców o wspaniałych, naoliwionych włosach – takich służących mają zalotnicy Penelopy. Czy to jednak wystarczy, żeby uznać tam istnienie ważnych społecznie i kulturowo związków homoerotycznych, jakie znamy z późniejszych greckich arystokratycznych biesiad, czyli sympozjonów?
Osobiście nie widzę nic, co pozwalałoby odczytywać głębokie emocjonalne przywiązanie między Patroklosem a Achillesem jako relację erotyczną. Z perspektywy greckiej byłby to zresztą związek skandaliczny (dlatego też był przedmiotem żartów), ponieważ pozytywnie oceniano przede wszystkim związek starszego mężczyzny z młodym chłopcem, związek, który częściowo miałby mieć charakter wychowawczy. W przypadku Achillesa, najdzielniejszego wojownika Achajów, z Patroklosem, mniej wybitnym, ale starszym od niego wojownikiem, nie byłoby mowy o takiej relacji.
To nieporozumienie wynika też ze zmieniających się sposobów ekspresji emocji. W świecie, który portretuje Homer, nie jest niczym dziwnym, że heroiczny wojownik i wódz Agamemnon potrafi wybuchnąć płaczem, aby wzmocnić retoryczną siłę swojej przemowy. U Homera płacze Odys, płacze Achilles. Niezwykle intensywny, inny niż dziś sposób wyrażania uczuć – w tym Achillesa do Patroklosa – może po prostu nas zwodzić.
Gdy czytałem w Pana książce o długich dziejach badań nad Homerem, uderzyło mnie, że przypominają one studia nad Biblią: spory bywały równie zacięte.
Tak, choć oczywiście heretyckie przekonania w kwestii Homera nie były nigdy tak surowo karane jak w przypadku Biblii. Bo i w pogańskiej Grecji trudno mówić o herezji. Można było nawet napisać swoją własną wersję Odysei – tak jak to zrobił w XX w. choćby Nikos Kazantzakis. Zresztą już w starożytności nie tylko budowano alternatywne odczytywania, ale też naśmiewano się z tekstów Homera – z tego impulsu do pewnego stopnia zrodziła się filozofia grecka. Ksenofanes krytykował antropomorfizm bogów, sprowadzając rzecz do absurdu: gdyby konie i woły potrafiły rysować, przedstawiałyby swoich bogów jako potężne konie i woły.
Zarówno w przypadku Homera, jak i Biblii dyskutowano nad tym, które passusy są późniejszym wtrąceniem, czy ostateczny tekst nie jest efektem znacznie późniejszej redakcji (w przypadku Homera wskazywano na czas świąt ateńskich, Wielkich Panatenajów z 523 r. p.n.e., kiedy zaczął się zwyczaj publicznej recytacji całych poematów). W obu wypadkach starano się też poradzić sobie z niemoralnością działań bóstw (albo Boga), proponując ich alegoryczne odczytania. Albo właśnie uznając takie miejsca za nieautentyczne.
Tych analogii jest więcej: u Homera i w Biblii szukano przez wieki wiedzy naukowej, pedantycznie analizowano informacje geograficzne i historyczne, jak gdyby były to miarodajne naukowe kompendia. W studiach nad Homerem od XIX w., a w biblistyce nieco później, coraz więcej uwagi poświęca się Wschodowi – temu, jak historie z innych obszarów Bliskiego Wschodu ukształtowały te teksty. Ich waga kulturowa sprawiała, że interpretacje i debaty były niezwykle intensywne. W XIX w. Homerem interesowali się wszyscy. Spory biblijne do dziś fascynują szerokie rzesze odbiorców.
Pytanie, które wracało w kolejnych pokoleniach badaczy, brzmiało: czy Homer w ogóle istniał?
Już w traktacie François Hédelina opublikowanym pośmiertnie w 1715 r. pojawia się przekonanie, że nie było jednego wielkiego poety, Homera. Podobnie głosił wielki XIX-wieczny niemiecki filolog klasyczny Wilamowitz‑Moellendorff, który pisał surowo, że „nigdy nie braknie idiotów, którzy zapewniają, że cudotwórca Homer zrobił Iliadę i Odyseję. Ale nasza nauka ma prawo traktować zabobonników tak, jak astronomowie traktują stawianie horoskopów”. Separatyści pokroju Wilamowitza-Moellendorffa uważali, że ostateczne wersje poematów były efektem krystalizacji długiej tradycji czy „zszycia” ze sobą wielu osobnych pieśni.
To było przekonanie dość rozpowszechnione także w tradycji oralistycznej, która dowodziła, że poematy wywodziły się z tradycji wędrownych, niepiśmiennych śpiewaków.
Choć zarazem badania tradycji ustnej w XX w. pokazywały, że także bez znajomości pisma mogły powstawać zdumiewająco długie utwory, nieco zmieniane w każdorazowym wykonaniu.
Przywołuje Pan w książce fascynujące badania Milmana Parry’ego z lat 30. XX w. na bałkańskim niepiśmiennym bardzie Avdo Mededoviciu, który potrafił ułożyć i zapamiętać poemat mający 13 tys. wersów. Więcej niż Odyseja…
Oralistom oraz separatystom przeciwstawiali się z kolei unitaryści, którzy twierdzili, że w dziele widać jednorodny zamysł twórczy. Jak to dość zdroworozsądkowo ujął Wolfgang Schadewaldt: „Epopeja nie tworzy się sama, tak jak świątynie czy piramidy nie budują się same”. Nowe argumenty unitarystom dały odkrycia archeologiczne (tzw. czara Nestora z zamieszczoną inskrypcją poetycką odkryta w 1954 r.) pokazujące, że już w VIII w. p.n.e. Grecy korzystali z pisma i zapisywali w nim poezję…
Pan zdaje się nieco nawigować pomiędzy tymi tradycjami.
Powiedziałbym, że jestem dogmatycznym eklektykiem. W przypadku pytania o istnienie Homera musimy zadać pytanie, co znaczy „Homer” i co miałoby znaczyć, że on „istniał”.
Choć pracę nad książką o Homerze zaczynałem jako unitarysta, przekonany o jednolitym autorstwie obu poematów, to obecnie jestem ostrożniejszy. Z jednej strony w ostatnich dekadach zaczęliśmy coraz lepiej widzieć wyjątkowość i innowacyjność Iliady i Odysei na ich historycznym tle tzw. cyklu epickiego, czyli tekstów z tamtej epoki, które zachowały się we fragmentach lub streszczeniach. Można więc zaryzykować twierdzenie, że w Iliadzie i Odysei widać spójne działanie niezwykłych indywidualnych, artystycznych umysłów. A z drugiej strony jesteśmy coraz bardziej świadomi odmiennej wrażliwości poetyckiej w każdym z tych utworów. Dostrzegali ją zresztą także starożytni: stąd interpretacja Iliady jako dzieła młodzieńczego, pełnego wigoru, a Odysei jako późnego, starczego wręcz dzieła Homera. Młodszy utwór zdaje się niekiedy przenikliwie krytykować starszy iodcinać się od niego. Różni je też styl: Iliada jest drobiazgowa i perfekcjonistyczna, Odyseja jest o wiele bardziej swobodna, niekiedy wręcz impresyjna. W drugim poemacie jest cztery razy mniej tzw. porównań homeryckich niż w pierwszym. Myślę, że bezpieczniej jest zatem oddzielić oba te eposy, zarazem mając na uwadze ich bliskość duchową, intelektualną i artystyczną.
Istnieliby więc dwaj poeci określani wspólnym mianem Homera?
Być może jeden z nich byłby mistrzem, a drugi jego uczniem, w pewnym momencie wyzwolonym spod jego wpływów? Wszystkich, którzy wątpią w hipotezę, że w jednym miejscu i czasie mogłoby spotkać się dwóch geniuszy poezji, mogę odesłać do przykładu filozofii, gdzie w Atenach spotkało się dwóch genialnych twórców systemów filozoficznych: Platon i Arystoteles, mistrz i uczeń.
Słowo „Homer”, oznaczające po grecku „zakładnika”, nie pojawiało się jako imię własne. Jak przekonywał włoski filolog Marcello Durante, mogłoby być określeniem nadanym później przez tzw. homerydów wymyślonemu herosowi – ich założycielowi.
Homerydzi, których tradycja uznawała za spadkobierców Homera, byli prawdopodobnie zgromadzeniem poetyckim sformowanym przy okazji jakiegoś powtarzającego się świątecznego zebrania. Przechowywali i deklamowali oni te eposy. Być może więc nigdy nie było kogoś, kto nosił imię Homer, ale mógł istnieć człowiek, który stworzył Iliadę, i jego uczeń, twórca Odysei, dwie wybitne, choć dla nas anonimowe, osobowości artystyczne. Wśród dzisiejszych badaczy, którzy w ogóle przyjmują istnienie artystycznego geniuszu odpowiedzialnego za oba eposy, zdaje się dominować unitaryzm, przekonanie o jednym autorze ich obu. Nigdy nie będziemy mieli jednak w tej sprawie pewności.
A co z samą Troją?
Troja – zlokalizowana według badań archeologicznych na wzgórzu o nazwie Hisarlik w obecnej Turcji – też istniała. Od późnej epoki neolitu, przez epokę brązu, po czasy rzymskie – wielokrotnie w międzyczasie niszczona i odbudowywana. Właściwe pytanie brzmi: czy miała miejsce wojna trojańska? A jeszcze precyzyjniej: czy w późnej epoce brązu miała miejsce wojna o Troję bądź wokół niej, będąca punktem wyjścia wielkiej greckiej tradycji epickiej, której późnym wytworem jest Iliada? Tu też odpowiedź jest zapewne twierdząca: być może nie był to pojedynczy konflikt, lecz cała ich seria. Nie możemy jednak jako historycy potwierdzić, że ta wojna trwała 10 lat ani że walczyli w niej Achilles, Patroklos i Odyseusz.
Doczekaliśmy się w języku polskim kilkunastu przekładów Homera. Po jakie polskie tłumaczenie warto sięgnąć?
Cieszę się, że te przekłady istnieją, bo liczba tłumaczeń wielkiej literatury jest oznaką cywilizacji kraju czy kultury narodowej. Gdy chodzi o Odyseję, przekład czysty, prosty, przystępny w odbiorze i piękny stworzył Jan Parandowski. Nie jest to zarazem przekład poetycki, więc coś tracimy w lekturze. Jeżeli chcemy zaryzykować doświadczenie poezji, która zresztą już w czasach Homera miała stawiać opór czytelnikom czy słuchaczom, to warto wybrać tłumaczenie Józefa Wittlina (wznowione niedawno przez Austerię). W przypadku Iliady istnieje podobnie poetyckie, ale przejrzyste tłumaczenie Kazimiery Jeżewskiej i z ducha młodopolskie, trudniejsze dla współczesnego odbiorcy, Ignacego Wieniewskiego. W ostatnich latach wyszły też bardzo solidne i komunikatywne przekłady niedawno zmarłego filologa z KUL-‑u Roberta Chodkowskiego. Gdyby ktoś przed obejrzeniem filmu Nolana chciał sięgnąć po lekturę Homera, to Chodkowski byłby chyba najlepszym wyborem.
Co Panu daje życie blisko tych tekstów antycznych? Czego nauczyli Pana Grecy?
Odpowiem Panu anegdotą. Gdy broniłem doktorat w Paryżu, mój recenzent, wspaniały badacz, ale i nieco złośliwy człowiek, zarzucił mi anachronizm. Stwierdził, że Herodot nie mógł przedstawiać Aten jako polis, której grozi zagłada, ponieważ sam nie dożył czasów, w których do tej zagłady doszło. Odpowiedziałem mu z najgłębszym przekonaniem, że wcale nie, że wielcy greccy historycy byli w stanie pewne rzeczy trafnie przewidzieć. A to dlatego, że w ich systemie wartości nadmiernie wybujała ambicja i pragnienie władzy w naturalny sposób musiały prowadzić do klęski. Przez koncepcję hybris i boskiej kary za pychę byli niezwykle wyczuleni na te zjawiska i ich konsekwencje. Wyczulenie na hybris i jej skutki to właśnie jedna z rzeczy, której starałem się od Greków nauczyć.
Niedawno w „Tygodniku Powszechnym” opisywał Pan hybris Ateńczyków, których interwencja na Sycylii opisywana przez Tukidydesa jako żywo przypominała zapętlenie pewnego współczesnego mocarstwa w cieśninie Ormuz.
Oczywiście miło tworzyć ciekawe analogie historyczne, ale w gruncie rzeczy nie o nie chodzi. Najważniejsze jest to, że lektura Greków poszerza naszą wyobraźnię. Myślę czasem o świecie jako zespole zjawisk literackich. Jak w kryminale: gdy broń wisi na ścianie, musi w końcu wystrzelić. Znajomość różnych historii pozwala nam rozważać i przewidywać różne scenariusze. Może to być świetna literatura science fiction, mogą to być dzieła wielkich umysłów przeszłości, może to być Homer. Dzięki nim jesteśmy bogatsi od ludzi, którzy tych opowieści nie znają. Albo je ignorują. Żyjemy w gwałtownie zmieniającym się świecie, zaskakującym nas rozmaitymi katastrofami. Świat zmienił się niesłychanie w ciągu ostatnich kilku dekad: wojna u naszych granic, uchodźcy, globalna epidemia, rewolucja technologiczna. Takie ćwiczenie wyobraźni okazuje się dziś naszą najpilniejszą potrzebą.