Na wstępie zaznaczę: piszę z pozycji widowni, miejsca, za które zapłaciłam, aby obejrzeć spektakl; co jakiś czas stawiam na ten przedziwny sposób spędzenia wieczoru, wierząc, że doświadczę czegoś spoza rynkowego porządku wartości. Moje intencje są czyste, moje serce spragnione poruszeń. Nie jestem krytyczką, jestem widzką, ale i osobą w minimalnym stopniu praktykującą te sztuki, o których będzie mowa. A mowa o teatrze i o tańcu. I druga formalność: jaki jest cel tego tekstu? Wymarzyłam sobie, aby choćby część z czytających zapragnęła obejrzeć jakiś performans choreografii współczesnej. Choć w skrytości opracowuję bardziej demoniczny plan: by czytelnicy rozluźnili miednice, by czytelniczki rzuciły wszystko i oddały się dziwnym ruchom, abyśmy wszyscy poznali nasze ciała w tańcu, aby taniec stał się co najmniej tak ważny w przestrzeni publicznej jak piłka nożna.
Czy to naiwne? Tym lepiej. Sztuka potrzebuje marzycielek, tak po jednej, jak i po drugiej stronie sceny. Kłopot w tym, że w teatrze tej marzycielskiej energii ubywa.
Przez dziurkę wycieka też ta buńczuczna wiara, że może on dostarczyć wysokojakościowego haju. Według…