Jedna z najczęściej powtarzanych rad dla początkujących autorów brzmi: znajdź własny głos. Nauczyciele pisania powtarzają ją niemal odruchowo i oczywiście mają rację. Łatwo powiedzieć: głos. Tylko jak go znaleźć?
Najlepiej przestać go szukać. Problemem początkujących autorów rzadko bywa brak własnego głosu. Znacznie częściej problemem jest nadmiar własnego „ja”. To oczywiście nie znaczy, że literatura ma być ucieczką od siebie. Ale pisanie bardzo często zaczyna się od milczącego założenia: mam coś wyjątkowego do powiedzenia o sobie, a współczesne kursy creative writing chętnie wzmacniają ten odruch: opowiedz własną historię, pisz z własnego doświadczenia, zaufaj własnej perspektywie.
Lecz im bardziej próbujemy być za wszelką cenę oryginalni, tym częściej słyszymy jedynie echo samych siebie, indywidualny styl zaś okazuje się co najwyżej stylówką.
Rzecz jasna, problem leży jeszcze głębiej, gdyż całe to pytanie o „własny głos” jest od początku źle postawione. Bo skąd właściwie pewność, że istnieje coś takiego jak autonomiczne, pojedyncze „ja”, które mówi własnym językiem? Że ten sposób mówienia, który wydaje nam się najbardziej intymny i najbardziej osobisty, rzeczywiście należy tylko do nas? Dziś właściwie wszystkie nauki zajmujące się człowiekiem – od psychologii przez neuronaukę po lingwistykę – próbują nas konsekwentnie leczyć z egocentryzmu. Ale literatura wzięła się za to dużo wcześniej.
Michaił Bachtin pisał, że nie istnieje żadna „mowa Adamowa”, żaden pierwotny, autonomiczny język należący wyłącznie do nas. Mówimy przecież zawsze językiem innych.
Rodziny. Klasy społecznej. Przeczytanych książek. Zasłyszanych historii. Kultury, która nas ukształtowała. Cudzych idiomów, które tak głęboko w nas osiadły, że…