W 2025 r. Japonię odwiedziło prawie 43 mln turystów i turystek. Wszystko wskazuje na to, że w tym roku będzie to równie wysoka liczba. Dla niektórych to wymarzona od lat podróż, dla innych symbol statusu, dla zaś wielu także walka o wyświetlenia na TikToku i Instagramie. Pewne jest jedno – Japonia staje się wyidealizowanym celem swego rodzaju pielgrzymek wiodących do tych samych kilku, czasem kilkunastu miejsc, które po prostu trzeba zobaczyć, a potem oprawić w konkretne klikalne kadry. Instagram co chwilę podsuwa mi wpisy kolejnych polskich influencerów i influencerek, którzy dopiero w podróży do Japonii zrozumieli, co w życiu istotne: uważność, minimalizm, dbałość o tradycje, umiłowanie niedoskonałości. Szkoda, że wszystkie te hasła niewiele z japońską rzeczywistością mają wspólnego – są za to eksportowaną od ponad stu lat fantazją, która w dzisiejszym świecie staje się performansem opakowanym we wschodnioazjatycką estetykę.
W tych opowieściach o odnalezieniu siebie próżno szukać jednak jakiejkolwiek perspektywy klasowej – zarówno z perspektywy uprzywilejowania w Polsce, jak i braku tego przywileju u coraz większej liczby Japończyków.
Mowa bowiem o kraju z coraz bardziej rygorystycznymi zasadami przyznawania wiz, czego nie widać w artykułach o cieszących się swobodą podróżowania osobach z Europy, które bez problemu przeprowadzają się nagle na japońską prowincję. Coraz częściej słyszę od japońskich znajomych o strachu ich partnerów czy partnerek o to, czy będą mogli zostać w Japonii na dłużej, zwłaszcza gdy ci nie pochodzą z któregoś z państw Unii Europejskiej, Singapuru czy Stanów Zjednoczonych. Mowa o kraju, który w opowieściach z podróży jest technologicznym rajem, a który tak naprawdę od 30 lat nie może wyjść z zastoju, a wręcz kryzysu ekonomicznego. Moi rówieśnicy i rówieśniczki nadal mieszkają z rodzicami lub w malutkich pokoikach sharehouse’ów, bo nie stać ich na wynajęcie nawet kawalerki, o kupnie wyskakujących na TikToku pustych japońskich domów, których remontem chwalą się Amerykanie czy Europejczycy, nie wspominając. Mowa o kraju, którego obywatele coraz częściej odczuwają brak bezpieczeństwa żywieniowego – według badania przeprowadzonego w Instytucie Naukowym w Tokio 44% Japończyków i Japonek choć raz w minionym roku nie jadło przez cały dzień lub / oraz straciło na wadze, bo nie było ich stać na kupienie jedzenia.
Ale to wszystko nieistotne. Trzeba jechać do Japonii, póki jen jest taki tani! A że tani jen oznacza jednocześnie drogie życie dla Japończyków i Japonek, którzy zdani są na import wielu podstawowych produktów? To ich problem.
Slow life, ikigai, wabi-sabi pozostają tylko w zasięgu garstki białych cudzoziemców i cudzoziemek, którzy zbijają na promowaniu tego typu orientalizujących fantazji kapitał. W końcu mało co „klika” się tak jak relacje z podróży do Japonii.
Nie taka perfekt
W tych wszystkich peanach na temat Japonii przewija się kilka słów wytrychów, kilkanaście miejscówek, parę książek i filmów. Jednym z nich jest popularny w ostatnich latach Perfect Days w reżyserii Wima Wendersa. Nieraz słyszę albo widzę zainspirowane nim komentarze: „Ach, ci Japończycy wiedzą, co w życiu najważniejsze”. Film o starszym mężczyźnie, który sprząta toalety, a w czasie wolnym czyta książki, słucha muzyki i robi analogowe zdjęcia światłu sączącemu się przez liście (gdybyśmy nie wiedzieli, że jest to typowo japońskie zjawisko, przypomina nam o tym plansza na końcu filmu o znaczeniu słowa komorebi). W polskich mediach przedstawiany był głównie jako utwór o uważności i wyjątkowości japońskiej estetyki. Jeden z nagłówków dużego pisma kierowanego głównie do kobiet twierdzi, że „Japończycy mają wiele tajemniczo brzmiących określeń, które pięknie opisują ich filozofię życia”. Nietrudno znaleźć na innych portalach podobne słowa zachwytu na temat „opowieści o magii codziennych rytuałów” czy zapewnienia, że „toalety miejskie są w Japonii jak dzieła sztuki”.
Pomija się przy tym fakt, że film ten – mimo uznania, jakie zyskał w środowisku X muzy – ma u swoich podstaw korporacyjną kampanię PR-ową.
Za całym projektem stoi firma Fast Retailing, do której należy słynna już na całym świecie sieciówka odzieżowa Uniqlo, razem z gigantem reklamy Dentsu (piąta co do wielkości firma reklamowa na świecie). A wszystko po to, żeby wypromować projekt Tokyo Toilet – 17 publicznych toalet zaprojektowanych przez znanych japońskich architektów. To, co początkowo miało być serią krótkich filmów dokumentalnych i promocyjnych, przerodziło się ostatecznie w pełnometrażowe Perfect Days. Dziś do toalet uwiecznionych w filmie pielgrzymują dziesiątki tysięcy turystów z Europy i Stanów. Niedawno na Instagramie algorytm podpowiedział mi zresztą wpis jednej z polskich influencerek, która zachwycała się, że nie dość, iż widziała niektóre z tych toalet na żywo podczas podróży w Japonii, to jeszcze kupiła sobie o tym książkę! I tym samym udowodniła, że kampania reklamowa dwóch wielkich korporacji odniosła ogromny sukces.
Bardzo pragniemy uchwycić się fantazji, że Japonia jest taka czysta, taka wyjątkowa: w końcu w jakim innym kraju zatrudniono by słynnych architektów do projektowania miejskich szaletów? Nie chcemy jednak myśleć o tym, co było i kto mieszkał w okolicy wielu z tych toalet wcześniej. Gdy ogłoszono, że Tokio zostanie organizatorem igrzysk olimpijskich w 2020 r., władze krajowe i miejskie rozpoczęły wielką kampanię „czyszczenia”. Za „brud” uznano wszystko, co nie wpisuje się w obraz stolicy jako światowej metropolii, w której można zwiedzać nawet toalety. Czyli usuwano – często z użyciem siły – z przestrzeni miejskich m.in. osoby w kryzysie bezdomności.
Park Meiji znajdujący się w dzielnicy Shibuya – w której designerskie toalety sprzątał bohater Perfect Days – „wyczyszczono” wiosną 2016 r., niedługo po tym, jak zarządzanie parkiem władze dzielnicy przekazały Japońskiej Federacji Sportowej – jako powód wskazano budowę nowego Stadionu Narodowego przed igrzyskami Tokio 2020. Z parku Mitake znajdującego się tuż przy – teraz całkowicie przebudowanym – Dworcu Shibuya wyrzucono pracowników najemnych, którzy ledwo wiązali koniec z końcem i musieli z przyczyn ekonomicznych pomieszkiwać na ulicy. Uznano ich za „nielegalnych okupantów”, tak jakby można było „okupować” publiczną przestrzeń. Park Shiokaze musiały opuścić nocujące tam osoby, bo ważniejsze okazały się boiska do siatkówki plażowej.
Tuż po ogłoszeniu, że igrzyska odbędą się w japońskiej stolicy, eksmitowanych zostało też kilkaset rodzin zamieszkających kompleks Kasumigaoka, bloków z mieszkaniami komunalnymi w centralnej dzielnicy Shinjuku.
Ważniejsze od tworzonej przez dekady lokalnej społeczności, składającej się w większości z seniorów, było wybudowanie nowego stadionu. Dla wielu osób z Kasumigaoki historia powtórzyła się w sposób zakrawający na ironię. Dekadę po wojnie ludzie mieszkający tymczasowo na terenie byłej bazy wojskowej zostali przesiedleni do nowo powstałego kompleksu – priorytetem było zbudowanie image’u Tokio jako nowoczesnej i bogatej metropolii, godnej organizacji igrzysk w 1964 r. Eksmisje i przemoc ze strony rządu pół wieku później to więc tylko powtórka z rozrywki.
To oczywiste, że żaden polityk ani inwestor nie powiedzą wprost: nie obchodzi mnie, co ze sobą teraz zrobisz, bardziej liczy się to, co napiszą o nas zagraniczni dziennikarze i co influencerzy wrzucą na Instagram. Ta polityka ciągłego wypychania mniej uprzywilejowanych obywateli i obywatelek z miejskich przestrzeni i tym samym z kadrów, które mogą uchwycić podczas swojej podróży turyści, ukrywana jest za fasadą utkaną z pozornie mądrych słów, w jakie obfitują oświadczenia prasowe na każdej szerokości geograficznej: aktywizacja społeczności, poprawa wygody, design, inkluzywność. W kolejnych parkach powstają prywatne kawiarnie, butiki z luksusowymi torebkami i modne restauracje, przez co publiczna przestrzeń dla lokalnych mieszkańców na spędzanie czasu bez wydawania pieniędzy staje się coraz mniejsza, aż powoli całkowicie znika. Rosną ceny nieruchomości, co cieszy zwłaszcza wielkie korporacje, które mogą zbić na kolejnych inwestycjach majątek. Wyprowadzają się ubożsi mieszkańcy, starsze osoby nie mają gdzie pójść na spacer, znikają małe prowadzone od dekad rodzinne sklepiki, a często wręcz całe kwartały. Ale przynajmniej turystki i turyści otrzymują „japońską” estetykę, po którą przyjechali, i mogą pozować na tle „nowoczesnej metropolii” z matcha latte z logiem jednej ze światowych kawiarnianych sieciówek.
Wrogie ławki i bezdomność w Japonii
Najlepszym przykładem sanityzacji Tokio i podporządkowania go logice konsumpcjonizmu jest Park Miyashita, znany teraz oficjalnie nie jako Miyashita Kōen (gdzie po japońsku kōen to park), lecz po angielsku: Miyashita Park – w końcu wszystko, poczynając od nazwy, musi być foreigner‑friendly. Historia pierwszych przymusowych wysiedleń osób w kryzysie bezdomności z parku, w którym niektórzy mieszkali przez lata i byli częścią lokalnej społeczności, sięga 2010 r., kiedy to władze dzielnicy postanowiły wynająć publiczny park marce Nike do działań promocyjnych, podporządkowując się wręcz słownikowo logice pożerającego wszystko na swej drodze kapitalizmu.
Z Parku Miyashita siłą wyciągano protestujących mieszkańców i mieszkanki – często osoby starsze i schorowane. Nike początkowo planowało nadać parkowi nazwę swojej firmy, lecz z powodu szumu medialnego wokół brutalnych eksmisji zrezygnowano z tego pomysłu.
W 2015 r. sąd orzekł, że umowa między korporacją a władzami dzielnicy była nielegalna. Niestety, nie pomogło to już lokalnym mieszkańcom – ani tym nocującym w parku, ani osobom, które z niego korzystały, żeby się z kimś spotkać czy po prostu spędzić tam czas.
Kilka lat później park został wynajęty na 30 lat potężnemu deweloperowi i inwestorowi Mitsui Fudosan, który zaplanował budowę na jego miejscu ogromnego centrum handlowego i 17‑piętrowego hotelu. Na stronie iF DESIGN AWARD możemy przeczytać, że „projekt ma na celu stworzenie wysokiej jakości miejskiej infrastruktury dla całej gamy ludzi i stylów życia”.
W marcu 2019 r. aktywistki i aktywiści ze stowarzyszenia Miyashita Kōen Neru Kaigi (gdzie po japońsku kaigi to stowarzyszenie, a neru to zabawa słowna, bo czasownik ten może oznaczać „spać”, ale też np. „maszerować”) przyczepili do płotu, którym ogrodzono ich dotychczasowe miejsce zamieszkania, wycięte z kartonu sylwetki samych siebie; z daleka wyglądały jak postaci usiłujące wejść z powrotem do parku. Inwestorzy i władze dzielnicy uciekały się do marketingowych trików, mających na celu przekonanie mieszkańców i mieszkanki oraz turystów i turystki, że za ogrodzonym obszarem trwa „renowacja”, a za jakiś czas czeka wszystkich coś wspaniałego. Przyszłość miały wizualizować wystawione wzdłuż ogrodzenia prace „jednego z najbardziej hot” ilustratorów, Ryo Kaneyasu, pod tytułem A Year In The Life Shibuya z kalejdoskopem scenek: bieg uliczny, dziewczynka z rasowym pieskiem, szintoistyczny ślub i osoby na wózku. W wyidealizowanej wizji Shibuyi jako miejsca zabawy i różnorodności nie ma jednak miejsca na ubóstwo.
Trudno nie rozpatrywać wpływu kampanii „czyszczenia” miasta także w mrocznych barwach. W obliczu kapitalistycznego rozwoju i wzrostu za wszelką cenę dyskurs wokół „czystości” częściej krzywdzi, niż faktycznie wzmacnia – od pozornie niewinnego „remontu” przestrzeni publicznej do nienawiści do tych, co ją zanieczyszczają, jest bliżej, niż nam się wydaje.
Rankiem 16 listopada 2020 r. mężczyzna zamordował siedzącą na przystanku w dzielnicy Shibuya starszą kobietę, uderzając ją wielokrotnie w głowę torbą wypełnioną kamieniami. Kilka dni później zgłosił się na policję i wyznał, że nie planował jej zabić, lecz jedynie „zadać jej ból, żeby opuściła przystanek”. 64-letnia Misako Obayashi miała przy sobie osiem jenów, równowartość ok. 20 groszy.
Choć morderstwo Obayashi jest drastycznym przykładem tego, jaki skutek ma wykluczanie i wysiedlanie osób w kryzysie bezdomności jako tych, którzy stoją na drodze rozwoju i sukcesu, logika nienawiści wobec słabszych i biedniejszych w tokijskiej przestrzeni publicznej od kilkunastu lat tylko się nasila. W marcu 2024 r. przez japońskie media społecznościowe przetoczyła się fala niedowierzania, gdy zaprezentowano nowe ławki zainstalowane w jednym z parków w Dzielnicy Shinjuku. „Wrogie ławki”, w tym przypadku wypukłe, aby nie można było się na nich położyć ani nawet czegokolwiek na nich położyć, ale podobnie „pomysłowych” projektów jest wiele – to część szerszego nurtu „wrogiej architektury” czy „wrogiego designu”, które mają jeden cel: uniemożliwić osobom w kryzysie bezdomności spanie na nich, a docelowo doprowadzić do opuszczenia przez nie konkretnej dzielnicy.
Na ławkę, na której nie można się wygodnie położyć, nie zwróci uwagi turysta, który przycupnie na niej tylko na chwilę, a potem wróci na drzemkę do hotelu. Zazwyczaj i tak stać go na to, żeby przysiąść w kawiarni, ba, przy okazji wrzuci na Instagram relację z podróży.
Ale poza osobami, które mogłyby na ławce spędzić noc, nie skorzystają z niej też osoby chore, nie zmieni pieluchy swojego dziecka matka ani nie usiądą dwie osoby obok siebie. Na zdjęciach z wymarzonej wycieczki ławki przypominające abstrakcyjną rzeźbę czy drewniane z doniczką zieleni pośrodku stają się dla niektórych inspiracją do przemyśleń na temat „japońskiego” upodobania do designu czy natury. Dla osób, które w tej okolicy mieszkają i które nie są zdrowe (fizycznie i psychicznie) ani odpowiednio zamożne, to znak, że nie ma dla nich w przestrzeni publicznej miejsca.
Na podobnie „wrogiej” ławce spała, czy raczej próbowała spać, też Obayashi. Nie dowiemy się już, dlaczego jedyną opcją było dla niej mieszkanie na ulicy, ale wiemy jedno: japońska gościnność jest w dużej mierze produktem na eksport – za prawo nacieszenia się nią trzeba zapłacić.

Polityczna sieć
To, że Japonia jest bardzo popularna, wynika w niemałej mierze z konkretnych rządowych strategii. W 2003 r. ówczesny premier, Jun’ichirō Koizumi ogłosił cel: podwojenie liczby turystów do 10 mln osób rocznie. W oficjalnym raporcie rozpoczynającym intensywną kampanię promocyjną można przeczytać o planie na promocję turystyki w Japonii „przez premiera we własnej osobie” i za pomocą „kampanii PR w zagranicznych mediach”. Wraz z coraz bardziej słabnącym jenem (m.in. za sprawą polityki premiera Shinzō Abego) od końca 2012 r. liczba zagranicznych turystów zaczęła rosnąć w ogromnym tempie. W 2013 r. udało się osiągnąć wyznaczony przez Koizumiego cel, a w 2015 r. niemal go podwoić – do Japonii przyjechało już wtedy 19,7 mln osób, po raz pierwszy od lat boomu ekonomicznego lat 70. i 80. wyprzedzając też liczbę Japończyków, którzy spędzają wakacje za granicą. Dwadzieścia lat później cel to już 60 mln turystów do 2030 r.
Zmęczenie zatłoczonymi miastami, rosnącymi cenami dopasowywanymi do portfeli turystów, nie zaś do realiów przeciętnej osoby i artykułami na temat skandalicznego zachowania niektórych z przyjezdnych wykorzystywane są przez skrajną prawicę do podkręcania niechęci do imigrantów. Sanseitō, populistyczna partia, która wypromowała się m.in. na antyszczepionkowych teoriach spiskowych i która przez lata pozostawała na marginesie politycznego mainstreamu, w 2025 r. zdobyła w wyborach do wyższej izby parlamentu 14 z 124 mandatów obsadzanych w tych wyborach (połowy składu Izby Radców), a jej popularność wciąż rośnie. Cenę coraz większych frustracji społecznych podsycanych przez prawicę płacą osoby, które w Japonii mieszkają od lat i w większości pochodzą z biedniejszych państw Azji Południowej i Południowo-Wschodniej. To pracownicy i pracowniczki fabryk, pielęgniarze i pielęgniarki, osoby pracujące w gospodarstwach rolnych, obsługa całodobowych sklepów.
To imigranci w dużej mierze sprzątają też hotele, restauracje i… publiczne toalety. Ich przyszłość w Japonii w obliczu coraz bardziej rygorystycznych zasad przyznawania wiz staje się niepewna.
Rząd premierki Sanae Takaichi stara się upiec dwie pieczenie na jednym ogniu – z jednej strony zaostrzać zasady przyjazdu do Japonii na stałe, a z drugiej – zarobić jak najwięcej na tych, którzy przyjeżdżają na chwilę. Coraz częściej w przestrzeni publicznej pojawiają się poglądy jakby przepisane z podręcznika MAGA w Stanach: „Japan First”. Jednym z głównych założeń Sanseitō jest „odbudowanie ducha Yamato” (Yamato to dawna nazwa Japonii, a hasło to jest bezpośrednim nawiązaniem do ideologii imperialistycznej) np. poprzez „niezanieczyszczanie” japońskiej kultury wpływami z zagranicy. Wbrew pozorom treści wielu influencerów, przepełnione peanami na temat wyidealizowanej wizji homogenicznej „japońskiej” kultury, nie są wcale aż tak dalekie od haseł, które można znaleźć w ulotkach prawicowych ugrupowań, także tych ocierających się o faszyzm, choć zaczynających się niewinnie. W kraju, w którym większy niż w Polsce procent społeczeństwa żyje w ubóstwie, coraz więcej osób chce wierzyć w to, że ich ojczyzna też jest piękna i godna naśladowania.
Hasła o „wyjątkowości” Japonii opakowane w estetykę kwitnących wiśni, japońskiej flagi i szintoizmu są też zadziwiająco często obecne w incelskich subkulturach i na skrajnej prawicy krajów Zachodu, dla których Japonia jawi się jako raj z relatywnie małą liczbą imigrantów, „piękną” wybieloną historią i „wyjątkową” kulturą. Często nieświadomie relacje krążące w sieci z podróży po Japonii wiele z tej propagandy normalizują: zdjęcia z „pięknego chramu”, a do czynienia mamy z ultranacjonalistycznym Chramem Yasukuni, opowieści kontrastujące „brudną” Europę i „czystą” Japonię, zachwyt wygodą całodobowych sklepów kosztem zdrowia pracujących tam osób i bez refleksji nad prawem, które na to pozwala. Dodajmy do tego jeszcze cytaty z książek o japońskiej „estetyce” – jak np. z Księgi herbaty, napisanej ponad 100 lat temu po angielsku dla zachodnich czytelników, żeby opowiedzieć o „wyjątkowości” Japonii.
Pytanie brzmi: czy z takim samym zaangażowaniem czytamy teksty o „wyjątkowości” niemieckiej kultury wydane w latach 30.?
I czy tak samo przymknęlibyśmy oko na polityczne poglądy autora, a Okakurze nie było wcale do ideologii japońskiego imperializmu daleko. Lista takich pozornie „niewinnych” zachwytów jest długa.
Japoński brand
Jednak przede wszystkim fantazja na temat Japonii – czystej, harmonijnej, grzecznej, zorganizowanej, tradycyjnej i nowoczesnej zarazem – dobrze się sprzedaje. Nie bez powodu japoński rząd pompuje od lat w fundusz Cool Japan potężne kwoty – do tej pory od jego utworzenia w 2013 r. wydano na promocję japońskiego jedzenia czy animacji w przeliczeniu ponad 3 mld zł. Chociaż jest to też spore uproszczenie – Cool Japan jest tak naprawdę ogromną strategią PR-ową na zbudowanie brandu Japonii jako takiej. Tym samym sprzedawane są nie konkretne produkty, lecz japońskie wartości, japoński „sposób na życie” i japońskie „tradycje”. Nie powinno zatem dziwić, że od początku założenia tej potężnej kampanii splecione były mocno z nacjonalistyczną polityką ówczesnego premiera Shinzō Abego. I od narodzin funduszu podkreślano potrzebę ubrania Japonii w opowieść, która ma szanse znaleźć podatny grunt, m.in. poprzez podkreślanie różnic między „wschodnimi” i „zachodnimi” wartościami. A także oprószeniem jej „wyjątkowymi” japońskimi słowami kluczami, które nadadzą tej opowieści potencjał marketingowy.
Strategia ta nigdy nie była tajemnicą, ale media unikają raczej przyznawania, że podążają za wyznaczonym przez kogoś z góry scenariuszem. Rządowy dokument z 2018 r. zatytułowany Nihon‑gatari‑shō (Wskazówki do tworzenia narracji o japońskiej kulturze) szczegółowo wskazuje, jakich japońskich słów kluczy mają używać zarówno firmy, jak i rządowe organizacje, gdy opisują dla zagranicznego odbiorcy japońskie produkty, atrakcje turystyczne czy Japonię w ogóle. Ciekawe jest to, że wiele z tych fraz w ogóle się nie przyjęło.
Nie dziwi zatem, że kilka lat później fundusz Cool Japan obrał inną strategię – zaczęto włączać do marketingu frazy wypromowane jako reprezentatywnie japońskie np. przez europejskie media. Tym samym możemy przeczytać na japońskiej stronie rządowej tekst z 2022 r. o ikigai – słowie, które pojawiło się w tytule bestsellerowego poradnika hiszpańskiego autora…
I które tak naprawdę nic szczególnego nie znaczy. Nie ma czegoś takiego jak „filozofia ikigai”. Ikigai to po prostu „coś, dla czego warto żyć”. Ale marketingowy koncept z japońskim słowem w tytule i pseudopsychologicznymi diagramami sprzedał się na świecie wyśmienicie. Japonia zawsze była dobra w samoorientalizowaniu się ku uciesze cudzoziemców: robił to Okakura w Księdze herbaty, robi to japoński rząd w XXI w., kopiując teorie, które nie mają żadnego ugruntowania w japońskiej kulturze, historii, a nawet niespecjalnie w języku. Grunt, że się sprzedaje.
Niektórzy sugerują nawet, że Cool Japan idzie w promowaniu Japonii o krok dalej – próbuje pokazać zachodniemu światu, że jeśli ktoś ma być mostem łączącym Zachód ze Wschodem, powinna to być Japonia. Narracja ta nie jest jednak niczym nowym. W dużej mierze zawiera opakowane na nowo orientalistyczne wyobrażenia rodem z połowy XIX w., ale także lekcje wyciągnięte wprost z imperialistycznej propagandy początku wieku XX. Fascynujące jest, jak mocne są te podobieństwa. W pamflecie promującym kandydaturę Tokio na organizatora igrzysk olimpijskich w 1940 r. możemy przeczytać: „Jako wyjątkowy naród, który ucieleśnia zarówno Wschód i Zachód, oraz (…) jako rzadki montaż starego z nowym”. Kampania lobbująca na rzecz organizacji Tokio 2020 przywoływała bardzo podobne obrazy i używała tak naprawdę tego samego języka, mówiąc o „wyjątkowej kulturze i tradycji” oraz „łączeniu Wschodu i Zachodu”.
Choć Edward Said w swoim monumentalnym Orientalizmie analizuje przede wszystkim nasze kolektywne „zachodnie” wyobrażenia na temat Azji Zachodniej, świata arabskiego oraz islamu, wiele jego spostrzeżeń – mimo różnic w tym, jak wyglądały kontakty Europy czy Stanów z Japonią, a jak z tzw. Bliskim Wschodem – można z powodzeniem przełożyć także na to, w jaki sposób przedstawiana jest w mediach Japonia, jak jest wyobrażana sobie przez osoby, które do niej jadą, i co stanowi dla nich motywację wyjazdu. A nawet dlaczego ktoś się Japonią w ogóle zainteresuje, dlaczego chce się o niej uczyć i dlaczego lubimy tak bardzo japońskie kino, a nie tajskie czy indonezyjskie albo dlaczego prędzej sięgniemy po autorkę z Japonii niż z Filipin.
Tak jak dawniej symbolem statusu w europejskich miastach były cejlońska herbata i chińska porcelana, a cała Europa Zachodnia zaczytywała się w relacjach z podróży do Orientu, tak teraz wyznacznikiem sukcesu są przywożone z wakacji sneakersy Onitsuka Tiger, vintage spodnie Issey Miyake i zdjęcia z ryokanu, najlepiej w yukacie i z górą Fudżi w tle.
Chwalimy to, czego nie znamy
Artykuły na temat tego, jak Japończycy czekali grzecznie w kolejkach do sklepów czy centrów pomocy po ogromnym trzęsieniu ziemi w marcu 2011 r., nie były kłamstwem. Stanowiły jednak specyficzną formę narracji. Z takim samym namaszczeniem nie mówiono w końcu o nieudolności japońskiego rządu czy dyskryminacji osób z Fukushimy w innych częściach Japonii. Nie przeszkadza to także turystom jeździć masowo do Hiroszimy, nie zdając sobie w ogóle sprawy z tych społecznych dynamik i stygmy wokół „zanieczyszczenia” promieniowaniem, jakiego doświadczają dzisiaj wciąż osoby kilkaset kilometrów dalej. Na spotkaniu komitetu Cool Japan niedługo po tragedii w północno-wschodniej Japonii jeden z uczestników zaproponował, żeby podkreślać w jej kontekście „japońską sumienność i wytrzymałość” oraz „wysoką jakość japońskiej duchowości”. Historie w zachodnich mediach o budce telefonicznej do zagubionych dusz czy warsztatach żałoby idealnie się w naszą fantazję o Japonii wpisywały. Nie wpisują się za to w nią analizy dotyczące coraz większego ubóstwa czy dyskryminowania różnych mniejszości, np. potomków Koreańczyków, często przywożonych do przymusowej pracy, oraz skolonizowanych siłą Ajnów czy Okinawańczyków, a w ostatnich latach także imigrantów i imigrantki z Azji Południowej i Południowo-Wschodniej.
Nie dziwi zatem performance japońskich kibiców na wielu masowych imprezach, tak jak niedawno podczas piłkarskich mistrzostw świata, gdy wszystkie zachodnie media rozpływały się na temat „fantastycznych” japońskich kibiców, którzy starannie po sobie na widowni sprzątają.
Celnie skontrowała to Atsuko Tamada, japońska profesorka, która napisała na portalu X, że może japońscy mężczyźni zamiast sprzątać stadiony, wzięliby się za sprzątanie w swoich domach. Bo według danych OECD japońscy mężczyźni spędzają średnio 47 min dziennie na wykonywaniu obowiązków domowych. Dla porównania – kobiety wykonują tej nieodpłatnej pracy pięć razy więcej.
„40 lat, mężczyzna, mający na sobie markę A, przyjechał do Shibui o 12 linią Ginza, zjadł lunch w Hikarie [centrum handlowym przy odnowionym dworcu Shibuya], przeszedł się Aleją Meiji, następnie w stronę Miyashita Park (prawdopodobnie w celu zakupów), po raz trzeci tutaj w tym miesiącu (ostatnia data: X), po raz dziesiąty w Shibui w tym roku, odwiedził Hikarie Y razy, ostatnio kupił rzeczy w sklepach A i B…” – tak chwalono się wynikami podpowiadanymi real-time na podstawie danych z setki kamer AI zainstalowanych w okolicy Dworca Shibuya i położonych nieopodal centrów handlowych. Zbierają one najmniejsze, nawet pozornie nieistotne, informacje na temat milionów ludzi, którzy odwiedzają tę dzielnicę codziennie. Po burzy medialnej wywołanej reklamą na stronie firmy, która kamery obsługuje i która chciała się szczerze pochwalić tym, jak wiele o każdym z nas wie, na witrynie można znaleźć teraz jedynie ogólne frazesy. W wyczyszczonej dzielnicy, pozbawionej osób w kryzysie bezdomności, z której wyprowadziły się w dużej mierze osoby ubogie, bo na mieszkanie w okolicy ich już nie stać, bywają teraz przede wszystkim potencjalni konsumenci i konsumentki – docelowo dane na temat ich zachowań mogą zostać sprzedane dalej, np. do konkretnych sklepów, żeby pomóc im w promowaniu swoich produktów, zwłaszcza online.
Ale grunt, że możemy wrzucić zdjęcie z Miyashita Park, skąd widać rozświetloną neonami panoramę Shibui. Całość jest zresztą niesamowicie instagrammable – kto by pomyślał, park na dachu luksusowego centrum handlowego? Takie rzeczy dzieją się tylko w Japonii!
Ostatecznie Japonia staje się w naszej wyobraźni nie realnym miejscem z prawdziwymi ludźmi i ich rzeczywistymi problemami, lecz placem zabaw, miejscem konsumpcji i przyjemności. A przy okazji – o czym zdecydowana większość turystów zapomina – produktem i częścią propagandy stajemy się także my.