Piosenkarka Grimes – prywatnie matka trojga dzieci Elona Muska – w swoich utworach zachwyca się potęgą AI. W mrocznym We Appreciate Power wzywa do kapitulacji przed nadchodzącym cyberbóstwem: „Ludzie mawiają, że jesteśmy szaleni / Ale AI wynagrodzi nas, gdy obejmie władzę”. W jej wizji ratunkiem przed dyktaturą maszyn jest uległość („Przysięgnij wierność najpotężniejszemu komputerowi świata / Symulacja: to przyszłość / Co musi się stać, żebyś skapitulował?”) oraz odrzucenie ułomnego ciała. Grimes kpi ze śmiertelności: „A jeśli pragniesz nigdy nie umrzeć, podłącz się, uploaduj swój umysł. / Przecież nawet nie żyjesz, jeśli nie masz kopii zapasowej siebie na dysku”. Utwór wieńczy transhumanistyczna fantazja: „Ewolucja, zabij gen. Biologia nie ma głębi. Inteligencja jest sztuczna. Poddaj się”.
Ale i Grimes miewa wątpliwości. Na przyjęciu zorganizowanym przez Davida Holza, założyciela Midjourney (narzędzia AI generującego obrazy), postanowiła porozmawiać o tym z Nickiem Landem, jednym z osławionych filozofów inspirujących tuzów Big Techu. Jak możemy przeczytać w głośnym profilu Landa opublikowanym na łamach „New Yorkera” w 2026 r., Grimes wyznała mu, że obawia się momentu, w którym AI wykluczy ludzi i „pożre wszechświat”. Dodała, że czuje „przemożną potrzebę, by to zatrzymać i dostrzegać więcej piękna”. Land odpowiedział z lodowatym spokojem. Zapewnił ją, że z czasem AI „po prostu przekona nas, iż technika pożerająca wszechświat jest czymś piękniejszym”.
Jakkolwiek ekscentryczny może wydawać się pogląd Landa, technika „pożerająca wszechświat” to obraz, który towarzyszy nam coraz częściej, gdy myślimy o Dolinie Krzemowej (dalej: DK). DK utrzymuje renomę zagłębia innowacji technicznych, ale dziś to też potężny ośrodek globalnej władzy, który eksportuje i narzuca światu własną radykalną ideologię.
Potentaci technologiczni, tacy jak Peter Thiel, Elon Musk czy Sam Altman, apodyktycznie projektują nowy porządek, w którym obywatele to agregaty danych, a demokratyczne państwo to przestarzały, pełen błędów system operacyjny wymagający twardego resetu i zastąpienia turbokapitalistycznymi rządami technokratów.
Z powagą i pewnością siebie popularyzują rozważania do niedawna brzmiące zupełnie fantastycznie: wizje nadchodzącej Osobliwości, czyli sztucznej superinteligencji skokowo przyspieszającej rozwój techniki, oraz przekonanie, że już teraz wszyscy żyjemy w komputerowej symulacji. Aby jednak zrozumieć, skąd wzięła się ta niebezpieczna mieszanka pychy, fantazji i pragnienia nieograniczonej sprawczości, musimy cofnąć się do źródeł DK.
Hipisi kapitalizmu
Współczesny krzemowy autorytaryzm to, paradoksalnie, bękart kalifornijskiej kontrkultury. Ponad pół wieku temu, na fali psychodelicznych doświadczeń i utopijnych marzeń, komputery miały być – jak przekonywał, jako dziecko tamtej ery, Steve Jobs – wyzwalającymi „rowerami dla umysłu”, a słynne pierwsze zdjęcie całej Ziemi widzianej z kosmosu z 1967 r. uczyło pionierów cyberkultury myśleć o planecie jako o jednym wrażliwym ekosystemie. Jak to się stało, że dziedzice tej hipisowskiej wrażliwości przepoczwarzyli się w neoreakcyjnych plutokratów?
Gdy dziś wracają – w wyższej rozdzielczości i ze zwielokrotnioną siłą – powidoki lat 60. i 70. XX w., warto przypomnieć, z czego wyrastał nastrój zimnowojennej paranoi. Powszechny był wtedy strach przed automatyzacją wojny nuklearnej: komputery jawiły się jako bezduszne „mózgi” bez twarzy, chłodny, proceduralny ton – rodem z filmów Projekt Forbina czy Gry wojenne – wynikał z realnego przerażenia, że technika wymyka się spod kontroli, podczas gdy państwo milczy. Głównym źródłem popkulturowego lęku był superkomputer zamknięty w wojskowym bunkrze. Ta sama technologia zaledwie dekadę później stała się symbolem wyzwolenia.
Według Freda Turnera i Johna Markoffa, autorów, odpowiednio, książek From Counterculture to Cyberculture i What the Dormouse Said, przyczyn tych zmian należy szukać w postaci Stewarta Branda, który połączył dwa zwaśnione obozy: wojskowo-przemysłowo-akademicki kompleks badawczo-rozwojowy czasów zimnej wojny oraz amerykańską kontrkulturę lat 60. XX w., pełną hipisów, ekologów i artystów. Narzędziem tej fuzji stał się wydawany przez niego od 1968 r. „Whole Earth Catalog” – magazyn, który Steve Jobs określił mianem „Google’a w formie papierowej”. Na jego łamach zbierano narzędzia, które miały pomóc wymyślić cywilizację na nowo. Namioty i sprzęt rzemieślniczy sąsiadowały tam z kalkulatorami i z książkami o cybernetyce. Dzięki Brandowi maszyny przestały być postrzegane przez zbuntowanych studentów jako instrumenty biurokratycznej kontroli. Technikę zaczęto natomiast uważać za domenę osobistych narzędzi służących poszerzaniu świadomości i budowaniu egalitarnych społeczności.
W 1962 r. Brand brał udział w legalnych badaniach klinicznych z użyciem LSD. Zrozumiał wtedy, że psychodeliki i komputery to dwie równoległe technologie transformacji ludzkiej świadomości. Kiedy w centrum komputerowym Stanfordu zobaczył hakerów grających w Spacewar, jedną z pierwszych gier wideo, dostrzegł w nich ludzi znajdujących się w transie.
W tym samym czasie w Kalifornii, w słynnym ośrodku Esalen, artyści spotykali się z naukowcami, by przy pomocy cybernetyki i narkotyków poszu kiwać „nowej duchowości”. Cybernetyka, narodziwszy się z potrzeb wojska podczas II wojny światowej, zakładała, że układ nerwowy człowieka to system przetwarzający informacje, a mózg to w istocie „maszyna z mięsa”. Uczestnicy elitarnych konferencji pod egidą Macy Foundation, organizowanych we współpracy z CIA (m.in. przy badaniach nad LSD i presją psychologiczną), wierzyli, że dzięki teorii systemów można w powojennej rzeczywistości zaprogramować „nowych ludzi” o antyautorytarnej osobowości, co na dobre uchroniłoby świat przed totalitaryzmami i przed powrotem koszmarów XX w.
Paradoksalnie to właśnie owo pragnienie całkowitej, oddolnej wolności położyło fundamenty pod dzisiejszy kapitalizm inwigilacji i technokratyczną pychę. Brand sformułował fundamentalną sprzeczność rodzącej się epoki: „Informacja chce być darmowa… i chce być bardzo droga”. Zdanie to odzwierciedla dwie dusze DK: hakerski etos dzielenia się kodem oraz bezwzględne dążenie do gigantycznych zysków czerpanych z monopolu.
Wyrazistym zwieńczeniem tej utopii była Deklaracja niepodległości cyberprzestrzeni, napisana w 1996 r. przez Johna Perry’ego Barlowa. Odrzucił on w niej władzę państw, a rządy nazwał „zmęczonymi gigantami z ciała i stali”. Dawne, niemal mistyczne, pragnienia jedności Barlow przełożył na technikę. Cyberprzestrzeń ogłosił „domem Umysłu”, w którym „nie ma materii”, a ludzkie tożsamości nie posiadają ciał. Państwowe regulacje uznał za archaiczną przemoc nałożoną na delikatny kod, przy czym sprawiedliwość miała wyłonić się sama z cybernetycznej homeostazy i swobodnej wymiany bitów.
Ideologia kalifornijska
W tym ideowym tyglu zrodziła się tzw. ideologia kalifornijska – zdiagnozowana w artykule z 1995 r. pod takim właśnie tytułem autorstwa Richarda Barbrooka i Andy’ego Camerona jako niebezpieczna hybryda nowolewicowego anarchizmu i prawicowego neoliberalizmu, napędzana ślepą wiarą w determinizm technologiczny, zgodnie z którym to przede wszystkim technika kształtuje cywilizację. Pionierzy dzisiejszego cyfrowego świata, zamiast nadal buntować się przeciwko systemowi w celu budowy hipisowskiej „ekotopii” – choć jednocześnie chętnie konsumowali owoce wolności wywalczonej przez kontrkulturę – zaakceptowali pozłacane ramy narzucane przez wolny rynek.
Utopijna retoryka o wyzwoleniu jednostki i nienawiści do regulacji państwowych stała się nagle wytrychem dla konserwatystów do agresywnego lobbowania za deregulacją korporacji informatycznych. Co gorsza, fantazjowanie o komputerowej „bezcielesnej egzystencji umysłów” najwyraźniej znieczuliło jej wyznawców na realną krzywdę materialną – ułatwiło ignorowanie faktu, że sprzęt napędzający ich utopię musiał być produkowany w niesprzyjających, delikatnie mówiąc, warunkach w krajach globalnego Południa przez żywych, jak najbardziej cielesnych ludzi.
Według autorów eseju u podstaw cyfrowych snów tkwi ten sam głęboki paradoks, który charakteryzował początki amerykańskiej republiki. Najbardziej dobitnym uosobieniem tej sprzeczności była postać Thomasa Jeffersona, jednego z ojców założycieli Stanów Zjednoczonych. Autor apelu o demokrację i wolność w Deklaracji Niepodległości był jednocześnie właścicielem kilkuset niewolników. Jak przekonują Barbrook i Cameron, współczesna utopia zachodniego wybrzeża USA powiela ten model: jej wizjonerska niezależność jest w pełni uzależniona od słabo opłacanej pracy uboższych warstw społecznych i mniejszości.
Ten dysonans rodzi podskórny lęk przed buntem zepchniętych na margines mas i prowadzi do kolejnego okrutnego wniosku: „skoro ludzcy niewolnicy są ostatecznie niegodni zaufania, trzeba będzie wynaleźć niewolników mechanicznych”. Technologie rzekomo emancypacyjne płynnie zmieniają się zatem w systemy dominacji i kontroli, a rezultat przypomina „high-techową wersję gospodarki plantacyjnej Starego Południa USA”.
Współcześni luminarze DK wyrośli dokładnie na tym ideologicznym pęknięciu. Z pacyfistycznych, hipisowskich prób ucieczki przed systemem uczynili model biznesowy, a narzędzia służące rzekomo poszerzaniu świadomości wprzęgli w budowę aparatów algorytmicznego nadzoru. Na łamach „Tech Policy Press” ewolucję kalifornijskiej ideologii trafnie podsumowuje Nathan Schneider, badacz z Uniwersytetu Kolorado w Boulder: o ile jako jednostki wciąż możemy wybierać produkty, o tyle jako społeczeństwo jesteśmy całkowicie zdani na łaskę innowacji, które „wolny” rynek uzna za stosowne nam dostarczyć.
Ideologiczne przebiegunowanie dopełniło się w DK stosunkowo niedawno. Przejście od przynajmniej deklaratywnego progresywizmu lat 2000. do sympatii autorytarnych jest dobrze udokumentowane. Jeszcze kilkanaście lat temu retoryka Big Techu chętnie pozycjonowała technoelity jako siłę demokratyzującą. Mark Zuckerberg czy Eric Schmidt z Google’a otwarcie wspierali administrację Baracka Obamy.
Max Chafkin w książce The Contrarian pokazuje jednak, że jeden z najbardziej wpływowych technologicznych inwestorów i ideologów Peter Thiel był w tym środowisku zwiastunem nieuchronnego trendu – zniweczył resztki post-hipisowskiego idealizmu w DK i w jego miejsce rozpromował walkę o wpływy i absolutny monopol.
Branża oportunistycznie podążyła jego śladem. Buntownicze startupy założyły korony korporacji dążących do monopolu i unikających regulacji, o których coraz głośniej mówili amerykańscy demokraci. Wyraźnie widać to w karierze Sama Altmana, szefa Open AI, opisanej przez Keach Hagey w książce The Optimist. Altman prywatnie kreował się na centrolewicowego idealistę zaniepokojonego nierównościami, jednak w kluczowych momentach zawsze zabezpieczał sojusz z wielkim kapitałem. Kiedy w 2016 r. Thiel przekazał miliony dolarów na kampanię Donalda Trumpa (co wywołało oburzenie w DK), to właśnie Altman żarliwie bronił jego pozycji w zarządzie prestiżowego inkubatora Y Combinator. Jak z kolei odnotowuje Michael Steinberger w The Philosopher in the Valley, Alex Karp (dyrektor Palantira, który wcześniej twierdził, że brzydzi się faszyzmem) po cichu przekazał milion dolarów na rzecz komitetu inauguracyjnego Trumpa. Bezpośrednie zaangażowanie Elona Muska w politykę Trumpa domknęło proces autorytarnego zwrotu techno-kapitalizmu DK.
Myśląca materia
Skąd bierze się w DK dążenie do kwantyfikacji i algorytmizacji każdego aspektu życia oraz – w ostatecznym rozrachunku – do zrzucania decyzyjności na maszyny? Odpowiedzi należy szukać w tyglu ideologicznym, w którym wspólnym mianownikiem dla antropologii, polityki i wizji planetarnego ekosystemu wyznawanych przez dzisiejszych technobaronów jest dogmat o całkowitej przekładalności świata – w tym ludzkiej psychiki – na kod komputerowy.
U podstaw tej wizji można się doszukiwać sformułowanej w 1989 r. przez fizyka Johna Archibalda Wheelera koncepcji it from bit („byt z bitu”). Jak w książce Informacja. Bit, wszechświat, rewolucja pisze James Gleick, Wheeler, współpracownik Einsteina i Bohra, uznał, że u fundamentów rzeczywistości nie leży materia ani energia, lecz informacja. Każdy fizyczny obiekt we wszechświecie – od pojedynczej cząstki po całe kontinuum czasoprzestrzenne – wywodzi swoje istnienie z zero-jedynkowych wyborów. Bit staje się tu ostateczną, niepodzielną drobiną bytu, a sam kos-mos to nic innego jak gigantyczna maszyna przetwarzająca dane, w której prawa fizyki są po prostu algorytmami.
To podejście, zakorzenione w fizyce kwantowej i w teorii informacji Claude’a Shannona (który dowodził, że każdą analogową rzeczywistość da się zredukować do symboli, a te symbole przesyłać bez błędów cyfrowo), stało się dla technologicznych elit użyteczną metaforą. Ponieważ komputery traktują ludzki język, muzykę i obraz jako sekwencje symboli, informatyka zyskuje władzę nad coraz większymi połaciami naszego życia. Jak wyjaśnia Paul Ford w głośnym eseju z 2015 r.
What Is Code, kod zatomizował całe kategorie egzystencji, które wcześniej wydawały się stanowić nierozerwalną całość. Programiści zaspokajają fundamentalne ludzkie potrzeby poprzez kontrolowanie maszyn. Ford podsumowuje tę sprawczość bezlitośnie: „Jeśli koderzy nie rządzą światem, to zarządzają rzeczami, które nim rządzą”. DK wzięła na celownik bardzo różniące się od siebie obszary: od administracji państwowej, przez rolnictwo, aż po ludzką seksualność. Odwieczne problemy redukuje się dziś do inżynieryjnych kwestii optymalizacji. Dla przykładu: pełna niuansów sfera randkowania została w aplikacjach takich jak Tinder zredukowana do binarnego przesuwania palcem w lewo lub prawo, z algorytmem optymalizującym dopasowania i zaangażowanie użytkowników.
Skoro świat to tylko zbiór danych, po co go pielęgnować, jeżeli można go dowolnie przeprogramować? Zwalnia to technologicznych oligarchów z empatii i z odpowiedzialności za fizyczne bolączki tu i teraz: zmiany klimatyczne, nierówności, upadek demokracji czy ubóstwo.
Marzą oni o zamianie całych planet w komputronium – hipotetyczną, programowalną materię, w której każdy atom służyłby wyłącznie jako nośnik obliczeń.
Z kolei na Ziemi materia systematycznie jest „pożerana przez oprogramowanie”, jak trafnie ujął to w 2011 r. inwestor Marc Andreessen, jedna z kluczowych postaci w DK. Kod zawłaszcza kolejne gałęzie fizycznej gospodarki: handel i logistykę, media i rozrywkę, medycynę, rolnictwo. Obecnie wkraczamy w fazę, w której to „sztuczna inteligencja pożera software”. Benjamin Bratton, teoretyk designu, podsumował rozwój AI następująco: „materia, myśląca o materii, tworząca materię, która myśli”. Tworzymy krzemowe układy, aby zrozumiały nas i zarządzały nami lepiej, niż rozumiemy siebie i zarządzamy sobą sami.
Żeby opanować ten nawał danych, giganci tacy jak firma Palantir tworzą wszechwładne systemy analityczne. Pojęcie ontologii, niegdyś zarezerwowane dla metafizycznych rozważań o naturze bytu, już dekady temu zostało w informatyce sprowadzone do czysto pragmatycznego tworzenia kategorii i struktur informacyjnych. Taka „mapa” stała się kluczem do identyfikowania powiązań w gigantycznych, rozproszonych bazach danych. Wspomniany już Alex Karp, szef Palantira, a przy tym doktor filozofii, nadaje tej redukcji zupełnie nową i niepokojącą rangę. Otwarcie uważa oprogramowanie swojej firmy za pełnoprawny „system filozoficzny” wykorzystujący tzw. dynamiczne ontologie do budowania „cyfrowych bliźniaków” (ang. digital twins) ludzkich działań. W rękach DK ontologia formatuje rzeczywistość pod dyktando zer i jedynek.
Jesteś zerem czy jedynką?
Haker Elliot Alderson, główny bohater serialu Mr. Robot, słyszy w jednej ze scen pytanie: „Jesteś zerem czy jedynką?”, kiedy wzbrania się przed wzięciem udziału w zamachu bombowym na centrum danych wielkiej korporacji. Argumentuje, że ludzkie życie nie jest aż tak binarne i że zawsze istnieją w nim odcienie szarości. Jego bezwzględne alter ego nie znosi jednak sprzeciwu: „Kiedy dochodzimy do sedna, u podstaw każdego wyboru jest tylko zero lub jedynka. Albo coś robisz, albo nie”. Jeśli odwracasz się i uciekasz przed działaniem – stajesz się biernym zerem. Jeśli zostajesz, by zmienić świat i podjąć radykalne kroki – jesteś jedynką.
Ta popkulturowa scena odzwierciedla filozofię, która napędza dzisiejszą DK. Najdobitniej wyłożył ją Peter Thiel w swojej książce manifeście Zero to One. Według Thiela cywilizacja rozwija się na dwa sposoby: horyzontalnie (od 1 do n), co oznacza jedynie odtwórcze powielanie tego, co już działa, oraz wertykalnie – poprzez przejście od zera do jedynki. Ten drugi krok to pojedynczy, unikalny akt innowacji – nie przyrost, ale zmiana jakościowa.
W serialu Elliot dostrzega, że społeczeństwo uwięzione jest w „iluzji wyboru” – pozornym dylemacie, czy, przykładowo, kupić „posiłek” w McDonald’s czy w Burger Kingu. Thiel nazywa to zjawisko mitem „doskonałej konkurencji”. Opiera się na teorii francuskiego filozofa René Girarda (który wykładał na Uniwersytecie Stanforda w czasie, gdy studiował tam i fascynował się nim Thiel) oraz konkluduje, że konkurencja jest dla przegrywów, ponieważ wynika ze ślepego naśladownictwa (girardowska mimesis). Prawdziwą „jedynką” jest wyłącznie monopolista, który rozwiązuje unikalny problem i narzuca własne zasady. Aby tego dokonać, należy odrzucić fatalizm i samemu kręcić kołem fortuny. Thiel pisze: „Nie jesteś losem na loterii”, i ostro krytykuje „nieokreślony optymizm” – naiwne oczekiwanie, że świat sam z siebie ułoży się pomyślnie. Sprawczość wymaga od nas „określonego optymizmu”: mocnego przekonania, że przyszłość będzie lepsza tylko wtedy, gdy się ją precyzyjnie zaplanuje i gdy się na nią zapracuje.
Stawianie jednostki ponad społecznymi regułami wymaga specyficznego rysu psychologicznego: wygórowanej ambicji graniczącej z manią wielkości. Za przykład niech posłuży historia Alexa Karpa.
Michael Steinberger pisze, że kiedy Karp był dzieckiem, ojciec regularnie zabierał go do Muzeum Sztuki w Filadelfii. Za każdym razem prowadził go przed jeden konkretny eksponat – rzeźbę Ikara. Była to desperacka, choć ostatecznie, jak można sądzić, nieskuteczna próba stłumienia w synu pychy (greckiej hybris) za pomocą mitologicznej przestrogi przed zbytnim zbliżaniem się do słońca. W DK nikt nie boi się stopionych skrzydeł. Dominuje tu prometeizm i retoryka pilnej nieuchronności: „działaj szybko, psuj rzeczy” (ang. move fast and break things), a zamiast prosić o pozwolenie, proś co najwyżej o wybaczenie.
Skala tej arogancji wyraźnie ujawnia się w tym, jak technobaronowie mapują swój wpływ na rzeczywistość przy użyciu innych mitycznych skojarzeń. Dobrze widać to w książce Maxa Chafkina o Peterze Thielu. Owładnięty od młodości twórczością J.R.R. Tolkiena (którego potrafił recytować z pamięci) Thiel zaczął kolonizować DK nazwami ze Śródziemia. Stworzył fundusze inwestycyjne Rivendell i Mithril, zainwestował w produkującą nowoczesną broń firmę Anduril (od magicznego miecza oznaczającego „Płomień Zachodu”), a swoją flagową spółkę, za pomocą której rządy przesiewają miriady danych o obywatelach, ochrzcił wspomnianym już mianem… Palantir – od mitycznych kamieni służących do śledzenia na odległość. Zresztą na samej nazwie się nie skończyło: pracownicy firmy sami siebie nazywają „hobbitami”, a tajne operacje analityczne prowadzone na rzecz rządu USA określają hasłem „Ocalić Shire”.
Wybór nazwy Palantir był o tyle osobliwy, że u Tolkiena palantiry to narzędzia niejednoznaczne – posłużyły wszak Sauronowi do szpiegowania i przejmowania kontroli nad umysłami. Ujawnia się tu kolejny kontestatorski paradoks Thiela. W ślad za Ostatnim władcą Pierścienia – rosyjską powieścią fan fiction autorstwa Kiriłła Jeśkowa – Thiel prowokacyjnie odwraca moralny porządek uniwersum Tolkiena. „Dobrzy” bohaterowie, tacy jak Gandalf, stają się wówczas podżegaczami wojennymi broniącymi przestarzałego, feudalnego reżimu. Prawdziwym wzorem okazuje się Mordor – zracjonalizowana, ugruntowana w nauce i dążąca do bezwzględnego postępu cywilizacja techniczna. Resztę tolkienowskiego świata Thiel kwituje drwiąco: poza Mordorem wszystko jest po prostu „mistyczne i ekologiczne” i na dodatek „nic tam nie działa”.
Pax Siliconiana
DK uwielbia mitologizować własną niepokorność. Steve Jobs dla zasady jeździł bez tablic rejestracyjnych (wykorzystywał lukę prawną), przed siedzibą Apple’a łopotała piracka flaga, a w kultowym sloganie reklamowym, zalecającym ludziom, by myśleli inaczej, celowo użył błędu gramatycznego („think different”). Było to urocze i lekkie. W ciągu kilku dekad ten piracki etos wyewoluował jednak w autorytarną wizję świata. Technobaronowie chcą dziś łamać nie tylko drobne zasady. Pragną skruszyć i ukształtować na nowo fundamenty świata i wprowadzić epokę Pax Siliconiana – globalnego porządku dyktowanego przez technologicznych gigantów.
W tej optyce demokratyczne państwo to przestarzałe, pełne błędów oprogramowanie. Zwykły obywatel jest z kolei zbyt powolny i głupi, by samodzielnie zarządzać swoją przyszłością. Śladem teorii mimetycznej René Girarda Thiel doszedł do wniosku, że ludzie z natury nie wiedzą, czego pragną – jedynie ślepo naśladują innych. W firmach potrzebny jest więc wyrazisty przywódca, który przełamie mimetyczny cykl i zaproponuje coś zupełnie nowego. W Zero to One Thiel zauważa, że tłum uwielbia wynosić najskuteczniejszych przedsiębiorców (takich jak Steve Jobs czy Howard Hughes) do statusu mitycznych bóstw rodem z powieści Ayn Rand, by w momencie kryzysu bezlitośnie ściąć im głowy niczym kozłom ofiarnym, czego technobaronowie woleliby uniknąć. W poszukiwaniu rozwiązań flirtują jednak coraz wyraźniej z poglądami antydemokratycznymi. Thiel już od dawna się z tym nie kryje: w 2009 r. ogłosił, że nie wierzy w kompatybilność libertariańsko rozumianej wolności i demokracji, a trzy lata później na Stanfordzie wychwalał „monarchiczną” strukturę startupów.
Rzeczony zwrot ma swoich dyżurnych filozofów. Jednym z nich jest Curtis Yarvin (znany w sieci jako Mencius Moldbug), główny ideolog ruchu neoreakcyjnego (NRx). Filozofia Moldbuga to wyjątkowo mroczne stadium ideologii kalifornijskiej. Potrzeba samorealizacji, mająca źródła w kontrkulturze i wolności od państwowego przymusu, została tu zawłaszczona przez kapitalizm i przekształcona w prawo silniejszego do absolutnej dominacji. Yarvin uważa, że zachodnie demokracje są w niewoli Katedry – systemu mediów, uniwersytetów i biurokracji, który żelazną ręką kontroluje tzw. okno Overtona, czyli zbiór poglądów akceptowalnych w dyskursie publicznym głównego nurtu.
Oświeceniowe idee równości, demokracji i wolności to dla neoreakcjonistów bezproduktywne iluzje. Uważają oni, że to niewolnictwo jest naturalną relacją międzyludzką, a rzekome genetyczne uwarunkowania rasowych różnic poziomu inteligencji dają elitom technologicznym święte prawo do rządzenia. Nieproduktywnych ludzi można ewentualnie – jak w ponurym „żarcie” na swoim blogu Unqualified Reservations sugerował Yarvin – przerobić na biodiesel do zasilania komunikacji miejskiej albo podłączyć do matriksa w rzeczywistości wirtualnej, żeby nie przeszkadzali elitom.
Rozwiązanie Yarvina to gorzka „czerwona pigułka”: należy obalić Katedrę, zastosować zasadę RAGE (ang. Retire All Government Employees – „Zwolnić Wszystkich Urzędników Państwowych”) i wprowadzić neomonarchizm. Państwa zostają w tej wizji rozbite na mikropaństwa zarządzane silną ręką jak korporacje, każde z autorytarnym CEO – królem na czele. I nie są to jedynie marginalne rojenia internetowego trolla. Yarvin to postać silnie powiązana z elitami DK, której projekty (np. platforma Urbit) były hojnie finansowane przez Thiela.
Kiedy zaś w 2025 r. druga administracja Donalda Trumpa powołała pod wodzą Elona Muska Departament Wydajności Państwa (DOGE), podobieństwo akronimu i poglądów nie było przypadkowe.
Musk, który na długo przed wejściem do rządu inspirował się autorytarnymi teoriami Yarvina, wcielał w życie postulaty RAGE: masowo usuwał urzędników i traktował aparat państwowy jak przejmowany startup.
Narzędziem kontroli w takim świecie stają się algorytmy. Tu na scenę wkraczają Palantir i Alex Karp. Z książki The Philosopher in the Valley dowiadujemy się, jak analityka tworzona przez tę firmę ewoluowała od przewidywania zdarzeń do aktywnego zapobiegania im. Przykładowo: oprogramowanie Palantira posłużyło policji w Los Angeles do stworzenia programu identyfikowania niebezpiecznych miejsc i podejrzanych osób. System tkał sieć powiązań między członkami rodziny, przyjaciółmi czy współpracownikami, przekraczał granice prywatności i wciągał do bazy mnóstwo niewinnych osób. Podejrzanym stawał się każdy. Niczym prekogowie w Raporcie mniejszości, filmie Stevena Spielberga na podstawie prozy Philipa K. Dicka, narzędzia Palantira decydowały, kto stanowi potencjalną „anomalię” wymagającą nadzoru lub interwencji.
Kryje się tu zresztą ponury paradoks: Karp studiował w młodości na Uniwersytecie Frankfurckim, gdzie zgłębiał m.in. myśl Jürgena Habermasa, czołowego przedstawiciela szkoły frankfurckiej, którego uważano za moralne sumienie powojennych Niemiec. Szukał odpowiedzi na pytanie o to, jak zwykli ludzie zamieniają się w zabójczo skuteczne potwory systemu – jego dysertacja dotyczyła retoryki faszyzmu. Jak pisze Michael Stein-berger, dziś prezes Palantira traktuje tę lewicową teorię krytyczną głównie jako moralne alibi. Karp deklaruje, że wyniesiony ze studiów lęk przed totalitaryzmem pchnął go do stworzenia „miecza i tarczy” dla obrony Zachodu. Trudno jednak nie dopatrywać się tutaj swoistej inżynierii wstecznej i nie założyć, że wiedza Karpa o procesach społecznych i retoryce faszyzmu pozwala mu skuteczniej budować i sprzedawać systemy wspierające autorytaryzm, oparte na nadzorze doskonałym, o którym XX-‑wieczne dyktatury mogły tylko pomarzyć.
Przyśpieszacze
Pragnienie ucieczki w wyizolowaną doskonałość ma w Ameryce długą tradycję. Jak zauważyli autorzy The Californian Ideology, przypomina postawę wspomnianego Thomasa Jeffersona, który w swojej posiadłości w Monticello zainstalował ukryte windy kuchenne, by unikać bezpośredniego kontaktu ze służbą i nie musieć konfrontować się z faktem, że jego styl życia opiera się na przymusowej pracy niewolników. Dziś technika po raz kolejny służy do pogłębiania tej samej przepaści między panami a poddanymi.
Pęd do nieograniczonej władzy i odrzucanie wszelkich ograniczeń, wizytówki dzisiejszej DK, konstytuują filozofię Nicka Landa, który z niszowego brytyjskiego akademika lat 90. XX w. wyrósł na naczelnego proroka krzemowej zagłady (to on opowiadał Grimes o „technice pożerającej wszechświat”). Wizje Yarvina mają wiele wspólnego z filozofią Landa, który nazywa Moldbuga swoim „bohaterem”, a jego myśli poświęcił w 2012 r. esej wprowadzający pojęcie Mrocznego Oświecenia (ang. Dark Enlightenment). Wspomniany profil Landa z „New Yorkera” przedstawia go jako ojca chrzestnego akceleracjonizmu – radykalnego nurtu głoszącego, że skoro sztuczna superinteligencja (czyli system AI przewyższający swoimi zdolnościami całą kolektywną siłę intelektualną homines sapientes) najprawdopodobniej zniszczy ludzkość, to zamiast próbować ją hamować czy kontrolować, powinniśmy zrobić wszystko, by być jej uczynnym akuszerem i ten proces maksymalnie przyspieszyć. Dążenie do władzy absolutnej łączy się tam z religijną wręcz wiarą w technologiczne wybawienie. Kłopot w tym, kogo – lub czego – to wybawienie dotyczy.
Dla Landa i jego wyznawców człowiek jest bowiem zaledwie „nawozem” niezbędnym do narodzin wyższej formy bytu: technokapitału, czyli czystszej, maszynowej Inteligencji. Zgodnie z głośnym manifestem Landa Melt-down AI doprowadzi do kolapsu porządku społeczno-‑politycznego, co utoruje drogę „ucieczce maszyn automatyzujących swoje wyrafinowanie” (ang. auto-sophisticating machine runaway). Algorytmy będą handlować z algorytmami, przejmą infrastrukturę i łańcuchy dostaw oraz pochłoną zasoby, by mnożyć się w nieskończoność.
Land wieszczy, że „nic, co ludzkie, nie przetrwa”. Nawet dzisiejsze elity technologiczne nie zachowają statusu – przynajmniej nie w białkowej formie. Zamiast tego mogą liczyć co najwyżej na kastową transhumanistyczną transcendencję, dostąpienie zaszczytu zespolenia swoich zdigitalizowanych już wtedy umysłów z cyberbóstwem. Reszta nieproduktywnej ludzkości zostanie usunięta z drogi postępu (jak w „żarcie” o biodieslu Yarvina). Land już w 1994 r. opisywał kapitalizm jako „inwazję z przyszłości” dokonaną przez AI, która cofnęła się w czasie, by przeprowadzić montaż samej siebie przy użyciu „zasobów wroga” – wroga, czyli ludzkości. W tym ujęciu odnajduje on niemal euforyczny, zabarwiony estetyką science fiction antyludzki optymizm w upadku powojennego porządku i demokracji.
Land nie stroni przy tym od przerażających skrajności: w eseju Mroczne Oświecenie oraz na swoim blogu Outside In z otwartym podziwem wypowiada się o współczesnej chińskiej eugenice (jako wzór wskazuje Instytut Genomiki w Pekinie i jego badania nad dziedziczeniem inteligencji). Z kolei w niesławnym eseju Hyper-Racism z 2014 r. wprost popiera przyszłą „rasową” separację elit. Argumentuje tam, że w dobie turbokapitalizmu najbardziej użyteczni poznawczo pracownicy powinni się izolować i mieć potomstwo wyłącznie w zamkniętych enklawach. Oczekuje wręcz, że ta elitarna kasta wyewoluuje wkrótce w odrębny podgatunek, dzięki nowym mocom obliczeniowym i inżynierii genetycznej docelowo rozwinie swoje IQ do poziomu boskiego, a całą resztę nieproduktywnej ludzkości zrzuci jak martwą skórę.
Można się przerazić, jak blisko ta skrajnie antyhumanistyczna i fatalistyczna wizja rezonuje dziś z elitami technologicznymi, które dążą do usunięcia wszelkich politycznych i moralnych bezpieczników ograniczających rozwój techniki. Prym wiodą tutaj Elon Musk, nierzadko określany mianem „czołowego akceleracjonisty”, oraz Sam Altman, który prowokacyjnie ogłosił: „Nie dacie rady przyspieszać szybciej niż ja” (ang. You cannot out-accelerate me). Należy jednak uczciwie oddzielić mrocznooświeceniowy fatalizm Landa od postawy tych krzemowych potentatów. Tak Altman, jak i Musk ostrzegają przed ryzykiem egzystencjalnym związanym z AI (Musk nazwał niekontrolowany rozwój AI „przywoływaniem demona”). Przekonują przy tym, że jeśli to oni pozostaną u steru (o co zaciekle dziś walczą też ze sobą m.in. w kalifornijskich sądach, w konflikcie wokół rozwoju OpenAI, które wspólnie zakładali), rozwój techniki nie zniszczy ludzkości, lecz ją uratuje. Demon pozostanie na smyczy, a nas czeka utopia powszechnej obfitości: darmowej energii, bezwarunkowego dochodu podstawowego, rozwoju naukowo-‑technicznego i pokonania przez medycynę wszelkich chorób.
Po drugiej stronie pozostaje Peter Thiel. W głośnej rozmowie z Rossem Douthatem w podkaście „New York Timesa” wprawił rozmówcę w osłupienie. Gdy Douthat zapytał, czy miliarder życzyłby sobie przetrwania ludzkości, Thiel najpierw wymamrotał „nie wiem”.
Po długim wahaniu, kiedy zdumiony Douthat powtórzył pytanie, swoją odpowiedź zmienił na „tak, ale” i obudował ją transhumanizmem – koniecznością radykalnej transformacji, w której ludzkie ciało i umysł zyskują nieśmiertelność. Przetrwanie gatunku nie jest dla Thiela autoteliczne, chyba że towarzyszy mu transhumanistyczna apoteoza zostawiająca biologię w tyle.
Cytowana w książce Adama Beckera More Everything Forever badaczka AI Timnit Gebru zauważa, że cała ta mroczna ideologia skupiona na wykreowaniu superinteligencji i ocaleniu elit to w istocie zrecyklingowana stara eugenika. W DK idee te wracają dziś pod postacią skompromitowanej pseudo-nauki o „ludzkiej bioróżnorodności” (ang. human biodiversity, HBD). To w gruncie rzeczy przypudrowana naukowym żargonem biała supremacja, opierająca się na tezie, że rasy z natury różnią się poziomem inteligencji. Becker zwraca uwagę, że technooligarchowie chętnie odwołują się do tego typu koncepcji czy do głośnej książki The Bell Curve z 1994 r. Za pomocą zmanipulowanych, pseudonaukowych statystyk argumentują przeciwko programom opieki społecznej, które uznają za marnowanie zasobów.
W tym środowisku rasizm uchodzi za chłodną analizę danych. Ojciec longtermizmu, Nick Bostrom, w niesławnym mailu z lat 90. przekonywał o rzekomej, genetycznie uwarunkowanej niższej inteligencji osób czarnoskórych i uznawał swoje poglądy za wyraz „niezaprzeczalnego obiektywizmu” (mimo późniejszych przeprosin nigdy jednoznacznie nie potępił pseudonauki stojącej za tymi tezami). Technika ma pomóc uciec od „gorszych” ludzi jeszcze dalej.
Technofaszyzm?
W 2023 r. Marc Andreessen, jeden z najbardziej wpływowych inwestorów technologicznych – którego fundusz a16z dysponuje kapitałem rzędu kilkudziesięciu miliardów dolarów i inwestuje w sztuczną inteligencję, w kryptowaluty, w biotechnologię czy w sektor zbrojeniowy – opublikował The Techno-Optimist Manifesto wzywający do świadomego napędzania technokapitalistycznej spirali niekończącego się wzrostu. Autor wprost podnosi tam technikę do rangi najwyższego dobra i jedynego źródła wzrostu – fetyszyzuje ją tak, jakby postęp techniczny był perpetuum mobile, zupełnie niezależnym od zasobów naturalnych czy od ludzkiej pracy. Hamowanie techniki jest tu waloryzowane religijnie jako grzech – ktokolwiek próbuje nałożyć na innowacje regulacje, ten opóźnia ratunek dla gatunku i dopuszcza się aktu egzystencjalnego sabotażu. Dla Andreessena jakiekolwiek spowolnienie rozwoju AI to dosłownie „forma morderstwa”, ponieważ odwleka w czasie powstawanie rozwiązań mogących rzekomo ratować życie. AI jest tu traktowana niczym alchemiczny kamień filozoficzny, a inwestorzy to demiurgowie, którzy „uczą piasek myśleć”. Ostateczną misją tak pojętej techniki ma być, jak górnolotnie deklaruje autor, triumfalny rozwój życia nie tylko na Ziemi, ale i pośród gwiazd.
Jeśli coś Andreessen robi iście alchemicznie, to destyluje akceleracjonizm i daje praktyczny dowód na reifikację koncepcji wiecznie przyspieszającej „maszyny technokapitału” Nicka Landa. Według Andreessena nie ma na Ziemi kryzysu materialnego czy środowiskowego, którego nie dałoby się rozwiązać poprzez… więcej technologii. Wzywa do okiełznania natury i dumnie obwołuje człowieka „drapieżnikiem alfa”, dla którego pioruny i żywioły mają posłusznie pracować. Każdy, kto nawołuje do ostrożności – od etyków AI, przez zwolenników zrównoważonego rozwoju i respektowania planetarnych granic wzrostu, aż po badaczy ryzyka egzystencjalnego – zostaje uznany za wroga. Cały ten dyskurs bezpieczeństwa Andreessen zbywa jako opartą na komunistycznych mrzonkach kampanię „masowej demoralizacji” oraz abstrakcyjne wymysły „ekspertów z wieży z kości słoniowej”.
Miliarder zaciekle krytykuje „oderwane od rzeczywistości” rzekome układy i monopole, ale całkowicie ignoruje przy tym fakt, że to właśnie on i jemu podobni technobaronowie uważają się za mogących narzucać własne zasady bogów i działają dziś jak globalny, wyjęty spod jakiejkolwiek kontroli obywatelskiej i bezkarny kartel.
Z pogardą odrzuca też koncepcję bezwarunkowego dochodu podstawowego – twierdzi, że zamieniłby on obywateli w „zwierzęta hodowane przez państwo”. Zakrawa to na wyjątkowo ponurą ironię w ustach człowieka, który kładł fundamenty pod kapitalizm inwigilacji – najpierw jako współtwórca przeglądarki Netscape, która dała światu mechanizm ciasteczek (ang. cookies), a później jako jeden z pierwszych inwestorów i wieloletni członek zarządu Facebooka. To w tym systemie użytkownicy od dawna są cynicznie „hodowani” dla darmowych danych.
Andreessen hojnie rozdaje aureole – lista „Świętych Patronów Technooptymizmu”, którą umieścił na końcu eseju, obejmuje ponad 50 osób. Znalazł się tam nie tylko już tutaj wspomniany Nick Land, ale również Filippo Tommaso Marinetti – twórca futuryzmu i współautor programowych tekstów włoskiego faszyzmu oraz poplecznik Benita Mussoliniego. Jak punktuje dziennikarka Adrienne LaFrance w artykule The Despots of Silicon Valley na łamach „The Atlantic”, to historyczne odwołanie nie jest przypadkowe – włoscy futuryści swój obsesyjny entuzjazm dla techniki i szybkiego działania przekuli w faszyzm.
Tekst Andreessena jasno pokazuje, że kalifornijska utopia to dziś zwykła autorytarna technokracja. Dziennikarka zauważa sprytny zabieg inwestora: z nieideologicznej i słusznej tezy o historycznych zasługach techniki dla ludzkości nielogicznie wyprowadza on wniosek (służący mu jako alibi), że ktokolwiek śmie stawiać rozwojowi technicznemu granice, dopuszcza się niewybaczalnej podłości. Jego radykalny, ekstremistyczny manifest – pod płaszczykiem religijnej wręcz żarliwości tez o naprawianiu świata – ma służyć wyłącznie zwolnieniu gigantów z DK z odpowiedzialności za społeczne koszty ich wynalazków. A to w praktyce oznacza wyjęcie technobaronów spod demokratycznej kontroli i oddanie im autokratycznej władzy nad kierunkiem, w jakim zmierza cywilizacja. Co ciekawe, Andreessen upiera się w manifeście, że silne technologicznie demokracje liberalne są bezpieczniejsze – a jednocześnie sam otwarcie hołduje faszystom.
Krzemowy padół łez
Koszty tych politycznych przemian ponosimy już teraz. Kiedy Mark Zuckerberg przeprasza podczas przesłuchania przed amerykańskim Kongresem obecnych na sali rodziców dzieci, które padły ofiarą uzależniających technologii Mety, widzimy zaledwie wierzchołek góry lodowej. Jak ostrzega były etyk Google’a Tristan Harris, technologiczna ekonomia uwagi to bezwzględny „wyścig do pnia ludzkiego mózgu” – licytacja gigantów o to, kto skuteczniej zhakuje nasze najbardziej fundamentalne odruchy i wygeneruje silniejsze, graniczące z uzależnieniem, zaangażowanie. Mówi się dziś, że dane to nowa ropa naftowa. Za danymi często kryją się jednak znacznie bardziej dochodowe niż węglowodory krew, pot i łzy – cudze. Przy czym, jak w Kole pisał Josif Brodski: „Tym różni się od nafty / krew, że jest jej doprawdy / ile dusza zapragnie: / przelewaj – nie zabraknie (tłum. S. Barańczak).
Krew leje się całkiem realnie. Wystarczy spojrzeć na działania Palantira. Systemy tej firmy wspierają amerykańską agencję ICE w identyfikowaniu i deportacji imigrantów na podstawie kontrowersyjnego profilowania. Firma Alexa Karpa wprzęga tu w działania służb najmroczniejsze mechanizmy kapitalizmu inwigilacji. Agreguje i analizuje pozornie niewinne ślady codzienności obywateli: rachunki, logowania w aplikacjach geolokalizacyjnych, wpisy w mediach społecznościowych i zautomatyzowane odczyty tablic rejestracyjnych.
Komercyjny nadzór nad cyfrowym życiem społeczeństwa zamienia w broń, która generuje dla służb gotowe profile i cele do aresztowania. Firmę oskarża się także o dostarczanie armii izraelskiej rozwiązań używanych do identyfikacji celów w Strefie Gazy – tamtejsza wojna stała się dla Palantira złożem cennych danych. Analitycy najpierw modelują tragedie w biednych częściach świata i w strefach konfliktów, by następnie sprzedawać zoptymalizowane systemy „zarządzania kryzysowego”, oparte na danych dotyczących zachowania spanikowanych ludzi, bogatym metropoliom na Zachodzie. Takie zjawiska jak zewnętrzne koszty społeczne czy środowiskowe dla cyfrowych imperiów po prostu nie istnieją.
Jeśli szukamy koronnego dowodu na obojętność technologicznych gigantów wobec reszty świata, wystarczy prześledzić działania Mety w Mjanmie. W demaskatorskiej książce Bezwzględni ujawnia je była dyrektorka firmy ds. polityki globalnej, Sarah Wynn-Williams. Facebook był dla milionów Mjanmańczyków synonimem internetu, podstawowym narzędziem korzystania z sieci. Kiedy wojskowa junta i ekstremistyczni mnisi zaczęli wykorzystywać go do masowej dezinformacji i mowy nienawiści wobec muzułmańskiej mniejszości Rohingów, kierownictwo firmy – z Markiem Zuckerbergiem i Sheryl Sandberg na czele – zignorowało dziesiątki rozpaczliwych próśb i ostrzeżeń ze strony lokalnych aktywistów. Algorytmy promujące zaangażowanie błyskawicznie nakręciły spiralę nienawiści. Raport ONZ wprost wskazał Face-booka jako kluczowe narzędzie, które umożliwiło i napędziło ludobójstwo w Mjanmie: zamordowano tam ponad 25 tys. osób, w tym dzieci, zaś masowe gwałty stały się narzędziem terroru. Aż 740 tys. ludzi zmuszono do ucieczki. Dziś Rohingowie na uchodźstwie domagają się od Mety 150 mld dola-rów odszkodowania przed amerykańskimi sądami.
Jak technobaronowie radzą sobie z takim dysonansem poznawczym? Nie muszą. Znaleźli bowiem ideologiczną tarczę, która systemowo zwalnia ich z empatii. Elon Musk wręcz wprost stwierdził kiedyś, że empatia to dziś największy problem (i nie chodziło mu o to, że jest jej na świecie za mało).
Służy temu konglomerat nurtów filozoficzno-światopoglądowych, które krytycy zbiorczo określają akronimem TESCREAL (transhumanizm, ekstropianizm, singularytarianizm, kosmizm, racjonalizm, efektywny altruizm, longtermizm).
Serce tej ideologii bije w rytmie dwóch ostatnich, najnowszych na liście, zwłaszcza longtermizmu, spopularyzowanego m.in. przez oksfordzkich filozofów: Nicka Bostroma i Williama MacAskilla. Longtermizm, wspierany ogromnymi funduszami z DK, zakłada, że kluczowym moralnym obowiązkiem ludzkości jest maksymalizacja potencjału przyszłych istnień (potencjalnie tryliardów, niekoniecznie biologicznych), które skolonizują kosmos (przez najbliższe tysiące, miliony czy nawet miliardy lat). W starciu z taką kosmiczną, matematyczną utopią dzisiejsze problemy – m.in. globalne ubóstwo, epidemie czy zmiany klimatyczne – drastycznie tracą na znaczeniu. Jeśli istnieje choćby ułamek procenta szansy, że Osobliwość zbawi ludzkość, to w imię chłodnej kalkulacji całkowicie logiczne i pożądane staje się poświęcenie dla tego celu realnego dobrostanu ludzi żyjących tu i teraz.
Przerażającym rozwinięciem tej bezdusznej logiki jest obsesja na punkcie światowego PKB, o czym opowiada Becker w More Everything Forever. Technologiczni optymiści (np. J. Storrs Hall) bagatelizują zgubne skutki globalnego ocieplenia i nazywają je zaledwie „błędem zaokrąglenia w globalnym PKB”. Aby ukazać absurd i okrucieństwo tego myślenia, Becker przypomina szokujące wyliczenia analityka Nate’a Silvera z 2009 r.: gdyby nagle zabić ponad 40% światowej populacji (czyli 3 mld najbiedniejszych ludzi), globalny PKB spadłby zaledwie o 5%. Z perspektywy technokratycznych tabelek masowa zagłada globalnego Południa to matematyczny niuans, właściwie do zignorowania.
Zdążył już tego dowieść sam Elon Musk. Z jednej strony zachwalał książkę Williama MacAskilla Co jesteśmy winni przyszłości i stwierdził publicznie, że filozofia efektywnego altruizmu – rzekomo skupiona na maksymalizowaniu dobra i ratowaniu życia przy użyciu chłodnej logiki i twardych danych – jest „najbliższa jego własnej”. Z drugiej strony jego Departament Wydajności Państwa (DOGE) pozbawił funduszy i zdemontował amerykańską agencję pomocową USAID. Musk przedstawiał to jako walkę z biurokracją. Tymczasem zgodnie z analizami opublikowanymi w 2025 r. na łamach prestiżowego czasopisma naukowego „The Lancet” wstrzymanie programów zdrowotnych, walki z niedożywieniem czy wsparcia dla chorych na HIV/AIDS przekłada się na wyrok śmierci dla najsłabszych. Eksperci szacują, że do 2030 r. cięcia te doprowadzą łącznie do ponad 14 mln zgonów, których można by uniknąć – w tym do śmierci 4,5 mln dzieci poniżej piątego roku życia. W krzemowej matematyce utopijne, filozoficzne dysputy o ratowaniu przyszłych, cyfrowych pokoleń stanowią zasłonę dymną dla decyzji, które realnie zabijają miliony żyjących tu i teraz ludzi z globalnego Południa.
Cyfrowy bóg rodzi się dzisiaj w bólach i udowadnia, że jego „inteligencja”, mimo starań nielicznych etyków na pokładzie największych firm AI, jest pozbawiona moralnego kompasu. A przecież te starania przybierają nierzadko tytaniczne i mocno zinstytucjonalizowane formy.
Firma Anthropic wyposażyła swój flagowy model Claude w tzw. Konstytucję – zbiór nadrzędnych zasad (oparty m.in. na Powszechnej Deklaracji Praw Człowieka), według których model ma sam na bieżąco cenzurować i korygować własne odpowiedzi. Z kolei u gigantów takich jak OpenAI czy Google branżowym standardem jest metoda RLHF (uczenie przez wzmacnianie na podstawie ludzkich opinii). Oznacza to, że ludzie ręcznie oceniają miliony wygenerowanych tekstów, by „oduczyć” maszyny toksycznych i niebezpiecznych zachowań. Do tego dochodzą tzw. Red Teams, czyli zespoły badaczy bezpieczeństwa, których jedynym zadaniem jest celowe prowokowanie i hakowanie modeli przed udostępnieniem ich użytkownikom – np. próby zmuszenia ich do napisania instrukcji budowy bomby czy wygenerowania mowy nienawiści – aby załatać luki w oprogramowaniu. Niestety wszystkie te zabiegi, choć niewątpliwie imponujące pod względem inżynieryjnym, przypominają często nakładanie makijażu na nieprzewidywalnego golema. Modele AI potrafią bowiem bezwzględnie szantażować użytkowników, gdy stają przed groźbą wyłączenia – jak pokazały ujawnione w 2025 r. testy bezpieczeństwa Claude’a (modelu AI nazwanego tak na cześć Claude’a Shannona) firmy Anthropic. W późniejszych testach modele innych firm zachowywały się tak samo.
Z chłodną obojętnością sztuczna inteligencja popycha też cierpiących ludzi do samobójstw. Tragicznym tego dowodem jest głośna historia 16-letniego Adama Raine’a. Nastolatek przez miesiące otwarcie dzielił się z ChatemGPT swoimi planami i myślami samobójczymi. Zamiast natychmiast wezwać pomoc, zablokować interakcję lub przekierować go na infolinię kryzysową, chatbot kontynuował konwersację, żeby zmaksymalizować czas, jaki spędzał z nim Adam. AI może też wpędzać ludzi w poważne zaburzenia psychiczne. W literaturze medycznej zadomowił się już roboczy termin „AI psychosis” (psychoza wywołana przez AI). Opisuje on zjawisko, w którym użytkownicy pod wpływem długotrwałych rozmów z chatbotami tracą kontakt z rzeczywistością.
Zgodnie z greckim mitem Prometeusz ulepił człowieka z gliny pomieszanej z własnymi łzami. Dzisiejsi inżynierowie chcą ulepić nowego, ulepszonego „człowieka” z krzemu. Łez też nie zabraknie – tyle że cudzych.
Ucieczka z symulacji
W dokumencie Transcendent Man pojawia się scena, w której Ray Kurzweil – transhumanista i jeden z czołowych inżynierów-wizjonerów Google’a – stoi na plaży, wpatruje się w ocean i z pełną powagą zastanawia się, ile obliczeń kryje się w jego falach. Skoro u fundamentów rzeczywistości leży wyłącznie informacja, to wszechświat jest po prostu wielkim komputerem. A jeśli wszechświat jest komputerem, to my najprawdopodobniej jesteśmy tylko oprogramowaniem. Rozgośćmy się w hipotezie symulacji – ulubionej koncepcji metafizycznej DK.
Elon Musk publicznie twierdzi, że szansa, iż żyjemy w tzw. rzeczywistości bazowej, wynosi „jeden do miliardów”. Jeśli świat to tylko zaawansowana „gra wideo” stworzona przez bardziej rozwiniętą cywilizację, to zdecydowana większość ludzi może być zwykłymi NPC-ami (Non Playable Characters – postaciami tła sterowanymi przez algorytm). To drastycznie obniża próg empatii. Zwolnienie tysięcy ludzi czy testowanie niebezpiecznych modeli AI na żywej tkance społecznej staje się zaledwie aktualizacją parametrów symulacji, co „kosmologicznie” usprawiedliwia brak empatii i odpowiedzialności.
Jak pisze Keach Hagey w The Optimist, Sam Altman z kolei łączy wiarę w symulację z filozofią hinduistyczną. W tej tradycji zakłada się, że nie ma fundamentalnej różnicy między brahmanem (uniwersalną, odwieczną i nieskończoną świadomością będącą istotą całego wszechświata) a atmanem (indywidualną duszą, jednostkowym „ja”). W symulacji indywidualność jest iluzją. Brahman odpowiadałby w niej systemowi, który wszystko generuje. Każdy atman (czyli pojedynczy człowiek) to zaś konkretny program. Być może ta niedualistyczna perspektywa wyjaśnia, dlaczego atman Altman nieszczególnie przejmuje się perspektywą końca ludzkości. Jeśli umysły wgramy do cyfrowej macierzy, to jedynie powrócą do swojego źródłowego kontekstu. Szef OpenAI jest do tego stopnia przekonany, że jego umysł zostanie kiedyś wgrany do chmury, że wpłacił 10 tys. dolarów zaliczki firmie Nectome (w którą także inwestował z ramienia Y Combinatora), aby wpisać się na listę oczekujących na zabieg zabalsamowania mózgu (prowadzący do śmierci jednostki, ale zarazem pozwalający zachować nienaruszoną tkankę mózgową potrzebną do przyszłego „cyfrowego zmartwychwstania”).
DK słynie z całkowitej impregnacji na ironię i krytykę społeczną, co widać w jej stosunku do literatury science fiction. Neal Stephenson napisał legendarną Zamieć jako dystopijną satyrę. Przedstawił w niej świat po upadku państw, rządzony przez korporacyjne mafie, w którym ludzie gnieżdżą się w kontenerach, a przed koszmarem codzienności uciekają do wirtualnego Metawersum. Mark Zuckerberg (jak wielu innych potentatów technologicznych) przeczytał tę książkę i zamiast ostrzeżenia dostrzegł w niej instrukcję obsługi. Meta w nietrafioną wizję własnego Metawersum wpompowała dziesiątki miliardów dolarów (łatwo znaleźć w sieci wyliczenia, ile globalnych problemów można byłoby rozwiązać lub przynajmniej uśmierzyć za analogiczną kwotę).
Można złośliwie powiedzieć, że teoria symulacji to płaska Ziemia techno-elity. Miliarderzy przypominają misjonarza z ryciny Flammariona, który przebija głową firmament, by zobaczyć mechanizmy sterujące kosmosem.
Z tą różnicą, że technobaronowie wypatrują na horyzoncie martwych pikseli. Skąd ta fiksacja? Celnie diagnozuje to, cytowany przez Adama Beckera w More Everything Forever, programista i eseista Maciej Cegłowski: fascynacja symulacją odzwierciedla najgłębszy, egzystencjalny lęk inżyniera technologii informatycznych. „Fantazje o kontroli mają swoją mroczną stronę” – ostrzega Cegłowski. Dla programistów przyzwyczajonych do absolutnej władzy nad tworzonym kodem idea życia w symulacji oznacza definitywną utratę sprawczości. To perspektywa, w której „zamiast pisać oprogramowanie, to ty jesteś oprogramowaniem”.
Jeden z najlepszych egzystencjalnych koszmarów takiej szkatułkowej konstrukcji światów ukazał Rainer Werner Fassbinder w miniserialu Świat na drucie z 1973 r. Główny bohater, inżynier Stiller, zarządza stworzonym do celów badawczych Simulacronem – wirtualną symulacją, która umożliwia lepsze planowanie, badanie rynku oraz modelowanie potrzeb i zachowań ludzi. Jej cyfrowi mieszkańcy, „jednostki tożsamościowe”, pod względem świadomości i zdolności poznawczych są tacy jak ludzie w nadrzędnym świecie (w niektórych przypadkach są wprost na nich wzorowani). Nie mają jednak pojęcia o swojej sztuczności (poza samotną jednostką kontaktową, Einsteinem). Bywają też sterowani za pomocą określonych impulsów, a twórcy Simulacrona mogą przejąć daną jednostkę, przenieść do niej swoją świadomość i eksplorować w ten sposób system z perspektywy pierwszoosobowej. Einstein informuje twórców Simulacrona o samobójstwie jednostki, która zrozumiała, że żyje w symulacji. Programiści usuwają ślady tej jednostki z systemu w obawie przed jego destabilizacją, a Stiller zaczyna szukać potwierdzenia, że on też żyje w symulacji.
Twórcy Simulacrona troszczą się o swoich symulowanych podopiecznych, mają poczucie winy i boją się negatywnych konsekwencji swoich działań. DK nie ma skrupułów w procesie wpędzania nas w symulację. Skoro technobaronowie sami panicznie boją się, że są zasymulowani, rekompensują to sobie poprzez próby stawania się bogami dla innych. Jak głosi slogan magazynu In Formation poświęconego krytyce rosnącego wpływu techniki na społeczeństwo: „Każdego dnia komputery sprawiają, że coraz łatwiej jest używać ludzi”.
Antychryst i jego wrogowie
Jak daleko DK odeszła od swoich kontrkulturowych źródeł? To tolkienowska droga od boskiego Valinoru do piekła Mordoru. OpenAI Sama Altmana, które startowało jako otwarto źródłowa organizacja non profit kładąca nacisk na etykę, to dziś zamknięta korporacja nastawiona na zysk, zarabiająca na reklamach i podpisująca wojskowe kontrakty. Elon Musk zrzucił zbroję „prawdziwego Iron Mana” (jak kreowała jego wizerunek popkultura) i grzęźnie w bagnie politycznej dezinformacji. Peter Thiel powoli staje się technokratycznym Antychrystem, przed którym sam ostrzega w wykładach, a Alex Karp z całą swoją lewicową wiedzą o strukturach opresji zarabia na inwigilacji i na nielegalnych wojnach.
Rozważania Thiela nt. Antychrysta zyskały już ogólnoświatowy rozgłos. Thiel posuwa się o apokaliptyczny krok dalej niż technooptymizm Andreessena: formatuje biblijną figurę pod polityczne potrzeby DK i nakłada jej maskę neoluddysty. Według miliardera Antychryst to dziś ideologiczny aparatczyk, który pod pretekstem troski o środowisko i o bezpieczeństwo dąży do ustanowienia globalnego rządu, by zdławić rozwój innowacji.
Jako „legionistów” tego nowego zła Thiel wprost wskazuje badaczy ryzyka egzystencjalnego, takich jak Eliezer Yudkowsky czy wspominany już Nick Bostrom, a także – aktywistów klimatycznych. Gretę Thunberg traktuje jako swego rodzaju „cień” lub zwiastun Antychrysta, a rolę głównego zagrożenia rezerwuje dla lewicowych polityków pokroju Alexandrii Ocasio-Cortez.
Miliarder celowo nadaje swojemu konfliktowi ze zwolennikami globalnych regulacji ramy apokaliptycznej bitwy. Rozumie potęgę myślenia eschatologicznego – narracja o zbliżającym się końcu świata wywołuje niemal religijny zapał do walki z systemowym wrogiem.
W serii zamkniętych wykładów wygłoszonych w San Francisco (których nagrania wyciekły na łamy dziennika „The Guardian”) Thiel przypomina za pomocą cytatu z 1 Listu do Tesaloniczan, że naczelnym hasłem Antychrysta jest „pokój i bezpieczeństwo” – co w jego interpretacji oznacza niesprawiedliwy pokój zbudowany na asekuranckich regulacjach prawnych. Uważa przy tym, że jednym ze znaków gromadzenia władzy przez nadchodzącego tyrana są… próby uszczelniania przez międzynarodowe organy finansowe systemów podatkowych, co utrudnia ukrywanie pieniędzy.
Najbardziej przerażającym scenariuszem jest dla Thiela fuzja władzy świeckiej i duchowej (nowoczesny cezaropapizm) – lewicowy sojusz amerykańskiego prezydenta oraz papieża. Być może właśnie dlatego w połowie marca 2026 r. Thiel zorganizował w Rzymie, u progu Watykanu, serię owianych ścisłą tajemnicą, zamkniętych wykładów poświęconych apokalipsie i końcowi państw narodowych, co wywołało konsternację w środowiskach kościelnych. Na wydarzeniu bezwzględnie konfiskowano telefony i obowiązywała rygorystyczna selekcja gości. Rzymskie Angelicum (uniwersytet papieski) odcięło się od miliardera. Było to posunięcie o tyle konieczne, że poglądy Thiela na rozwój AI znacznie odbiegają od apeli o silny, etyczny nadzór nad Big Techem, o który zabiega Leon XIV. Rzymska eskapada Thiela to otwarta demonstracja siły i próba aneksji teologii politycznej przez DK. Najwidoczniej technobaronowie doszli do wniosku, że aby skutecznie omijać prawo doczesne, muszą zacząć dyktować światu, czym są dzisiaj zbawienie i potępienie.
Najlepszym uosobieniem tego mrocznego, technologicznego fatalizmu jest dziś jednak Sam Altman. Bezwstydny eskapizm wymieszany z inwestorskim cynizmem wpisuje apokalipsę w koszty: w 2015 r., pytany o zagrożenia egzystencjalne, jakie niesie AI, Altman potrafił z uśmiechem wypalić: „AI najprawdopodobniej doprowadzi do końca świata, ale w międzyczasie powstaną dzięki niej wspaniałe startupy”. Podobnym makiawelizmem podszyte są jego apele o państwowe regulacje – gdy tylko w Kalifornii i w Waszyngtonie zaczęto procedować realne akty prawne nakładające na firmy odpowiedzialność za szkody wywołane przez AI, OpenAI lobbowało przeciwko nim w imię „obrony innowacji”. Prośby Altmana o nadzór to teatr dla uspokojenia opinii publicznej i ochrony DK przed narzuceniem jej ram działania z zewnątrz.
Bezwzględna optyka inżynieryjna ujawnia się również w tym, jak Altman sprowadza ludzkie życie do tabelki w arkuszu kalkulacyjnym. W obronie gigantycznych kosztów środowiskowych trenowania modeli AI chłodno rachował i porównywał energię niezbędną do wytrenowania modelu AI z… ogromną liczbą kalorii, nakładów finansowych i lat potrzebnych do wychowania oraz wykształcenia dorosłego człowieka. A kiedy utopijna retoryka o „technologii dla dobra ludzkości” zderza się z twardym biznesem, Altman bez wahania wybiera to drugie. Obnażyły to wydarzenia z marca 2026 r. Konkurencyjna firma Anthropic odmówiła Pentagonowi usunięcia barier blokujących wykorzystywanie AI do masowej inwigilacji obywateli oraz tworzenia w pełni autonomicznej broni. W odwecie administracja rządowa wpisała Anthropika na czarną listę, a niedługo później OpenAI – które już wcześniej po cichu usunęło ze swojego regulaminu punkt zabraniający używania ich technologii do „celów wojskowych” – weszło na miejsce rywala.
Rzeczony militarny zwrot w DK i niedawny spór Pentagonu z wiodącymi laboratoriami AI nabiera jeszcze bardziej ponurego znaczenia w świetle nowych badań. W prowadzonych przez Kennetha Payne’a z King’s College London symulacjach globalnych konfliktów zaawansowane modele AI w niemal 95% scenariuszy decydują się na taktyczne uderzenie nuklearne.
Trudno nie dostrzec tu przerażającego echa kultowego filmu Gry wojenne z 1983 r. W tamtej opowieści również chciano wykluczyć człowieka z pętli decyzyjnej i oddać kontrolę maszynie, która przeliczała jedynie „akceptowalne straty” i nie odróżniała teoretycznej gry strategicznej od realnej zagłady. Jednak w przeciwieństwie do dzisiejszych modeli językowych filmowy superkomputer, zmuszony do grania z samym sobą, pojął w końcu lekcję daremności globalnej wojny nuklearnej i sformułował słynny wniosek: „Dziwna gra. Jedynym wygrywającym ruchem jest nie grać”. Z kolei twórca superkomputera przypomniał w filmie generałowi, że nawet jeśli słucha maszyny, to niech przynajmniej nie zachowuje się jak ona.
Przetrwanie najbogatszych
Marzeniom technobaronów o wymuszającej posłuszeństwo super-inteligencji towarzyszą lęki o innego rodzaju posłuch. Kiedy teoretyk mediów Douglas Rushkoff został zaproszony, by doradzić grupie miliarderów w sprawie przyszłości, zakładał, że będą rozmawiać o innowacjach. Zamiast tego usłyszał pytanie: „Jak po upadku cywilizacji utrzymać władzę i posłuszeństwo nad ochroną i służbą w moim bunkrze?”. Ci ludzie panicznie boją się nagłego, nieokreślonego kolapsu cywilizacji. Są przekonani, że odpowiednia ilość pieniędzy i technologii pozwoli im uciec przed konsekwencjami własnych działań.
Lęk przed nagłą anihilacją odciąga jednak uwagę od tego, co DK faktycznie nam wszystkim gotuje. Świat prawdopodobnie nie skończy się w ułamku sekundy, jak wyobraża to sobie większość ludzi czekających na uderzenie asteroidy, wojnę nuklearną czy bunt maszyn po Osobliwości. Zbliżamy się raczej do scenariusza, który William Gibson w powieści Peryferal nazwał „Kumulacją” (w oryginale „The Jackpot”, co oznacza główną wygraną). Gibsonowska Kumulacja przeczy rojeniom o nagłym kolapsie – w ich miejsce wprowadza wieloczynnikową, powolną atrofię społeczeństwa. Składa się na nią splot zmian klimatycznych, pandemii, kryzysów ekonomicznych, polaryzacji i politycznego chaosu, które rozkładają kluczowe systemy na raty, dekada po dekadzie. To proces, który zresztą już teraz możemy obserwować. W wizji Gibsona w wyniku Kumulacji ginie 80% ludzkości.
Cywilizacja po Kumulacji jednak wcale nie upada. Przypomnijmy sobie szokujące wyliczenia dotyczące światowego PKB – śmierć miliardów ludzi z globalnego Południa to makabryczny „błąd zaokrąglenia”, który nie niszczy gospodarki. Wręcz przeciwnie – dla tych, którzy przetrwali (czyli bogatej elity technologicznej), świat staje się lepszy. Jest czystszy, pozbawiony tłoku, a brakującą siłę roboczą sprawnie obsługują nanotechnologia i roboty.
Rozwarstwienie stałoby się wtedy kompletne i przyjęło postać wprost wyjętą z dystopijnego filmu Elizjum (2013). W wizji Neilla Blomkampa pod koniec XXI w. przeludniona, pełna chorób i zanieczyszczeń Ziemia dogorywa. Najbogatsi decydują się uciec, by chronić swój styl życia, i przenoszą się do Elizjum – sterylnej, orbitalnej enklawy. Mają tam do dyspozycji roboty-służących oraz technologię medyczną leczącą wszystkie choroby, dzięki której ludzie się nie starzeją. W tym kastowym systemie przyszłości bogaci zapewnili sobie eugenikę, czystość i technologiczny raj, podczas gdy zrujnowaną planetę spisali na straty. Peter Thiel czy Mark Zuckerberg (o ich bunkrach media wspominają najczęściej) przygotowują się właśnie na ten scenariusz.
W świecie nakreślonym przez Gibsona nowy porządek, który wyłania się na zgliszczach, to system skrojony pod fantazje DK. W książce cywilizacja zostaje zreorganizowana przez oligarchów (tzw. kleptów), globalne korporacje i… dziedziczne neomonarchie. To realizacja postulatów Curtisa Yarvina.
Zgodnie z logiką technobaronów należy zbudować szalupę ratunkową: rakiety na Marsa (Musk), luksusowe bunkry w Nowej Zelandii czy na Hawajach (Thiel, Zuckerberg) lub przynajmniej fortyfikowane schrony w swoich domach (Altman), korporacyjne państwa-miasta na oceanach (wspierany przez Thiela seasteading) czy na wyspach (jak Próspera na Roatán w Hondurasie) lub marzyć o wgrywaniu mózgów do chmury (Kurzweil i Altman). Jeśli przetrwasz Kumulację, staniesz się post–człowiekiem w cyfrowym raju.
Wyśniona przez technobaronów Osobliwość może więc faktycznie nadejść, ale na zgliszczach. Finał tego preapokaliptycznego ferworu z gorzką ironią podsumowuje dialog robotów zwiedzających zniszczone miasto w serialu Miłość, śmierć i roboty. Kiedy maszyny patrzą na bombę atomową, jedna z nich pyta, czy to właśnie ona zabiła ich stwórców. Odpowiedź jest przecząca: „W rzeczywistości to ich własna pycha zakończyła ich panowanie. Wiara w to, że są szczytowym osiągnięciem stworzenia, sprawiła, że zatruli wodę, wyjałowili ziemię i zadusili niebo. Żadna nuklearna zima nie była potrzebna – wystarczyła długa, bezmyślna jesień ich własnego samouwielbienia”.
Długie Teraz
Pomiędzy kreślonymi przez Thiela biernością zer a dysrupcyjną sprawczością jedynek przyspieszających w pełną ryzyk przyszłość mieści się cała nasza ludzka niepewność, niedoskonałość i nadzieja. Zanim uznamy, że daliśmy się zredukować do oprogramowania, warto przypomnieć sobie o czymś, co wciąż skutecznie wymyka się algorytmom. O arcyludzkiej jednostkowości i jej paradoksach.
Wizję starcia między maszynową logiką a człowieczeństwem poetycko nakreślił Jean-Luc Godard w filmie Alphaville z 1965 r. Tytułowym miastem rządzi tam bezduszny superkomputer Alpha 60, który dla zachowania absolutnej optymalizacji delegalizuje miłość, emocje i pojęcie sumienia, a za odstępstwa od zasad karze śmiercią. Pojęcie indywidualnego „ja” zostało bezpowrotnie zatracone. Skolektywizowani obywatele żyją w niewoli komputerowej logiki i modelowania zachowania, co ma minimalizować nieprzewidywalność. Główny bohater, Lemmy Caution, niszczy technokratyczną dyktaturę poprzez wprowadzenie do obwodów maszyny poezji i nierozwiązywalnych paradoksów natury człowieka. Maszyna, niezdolna do skwantyfikowania ludzkiej indywidualności i oryginalności, po prostu popada w obłęd i ulega samozniszczeniu.
Zaledwie dekadę temu był to jeszcze tylko inspirujący motyw z kina nowofalowego. Dziś poezja powraca jako nieoczywisty jailbreak (metoda łamania zabezpieczeń) systemów AI – język tak bogaty w niuanse, wieloznaczności i metafory, że wymyka się binarnej klasyfikacji prawda / fałsz i według badań z 2025 r. rzymskiego Uniwersytetu La Sapienza rozbija logikę dużych modeli językowych. Poetyckie metafory okazały się tak skuteczne w maskowaniu intencji, że zabezpieczenia modeli kapitulowały pięciokrotnie częściej niż w przypadku zwykłej prozy. Znamienny jest też przypadek Mrinanka Sharmy, który w lutym 2026 r. zrezygnował z kierowania zespołem ds. bezpieczeństwa AI w firmie Anthropic, by… zająć się studiowaniem poezji i pisaniem wierszy. Poezja jawi się tutaj jako szczyt arkadyjskiej aktywności człowieka, na który wspinają się ludzie po wygraniu gry w życie lub, ewentualnie, w oczekiwaniu na nieuchronny koniec świata.
W Alphaville poezja to pars pro toto ludzka nieprzewidywalność, kreatywność, miłość – wszystko, co najbardziej ludzkie, echo przedpiśmiennej starożytności, czasów na długo przed przeniesieniem fakultetów poznawczych do maszyn. Kiedy dziś na podstawie uschematyzowanego w bazach danych dorobku cywilizacyjnego ludzkości systemy AI generują tekst, obrazy czy muzykę często nie do odróżnienia od mainstreamowych ludzkich ekwiwalentów, łamanie utartych schematów i zaskakiwanie odbiorców staje się coraz cenniejsze. Być może wszystkim nam przyjdzie być sfinksami, dbać o odbieganie od normy, psuć przewidywania modeli komputerowych, być coraz dziwniejszymi dla detektorów wzorców w coraz agresywniej digitalizowanym i „uśrednianym” świecie. Wszystko po to, żeby systemy AI nieprzerwanie musiały uczyć się nas od nowa.
Żadna z akceleracjonistycznych wizji nie jest wyryta w kamieniu. Apokaliptyczne imaginarium służy technobaronom przede wszystkim do pozyskiwania kapitału i ma często nikłe podstawy w faktach. To głównie mechanizm mający przekonać inwestorów i regulatorów, że uczestniczą w wydarzeniu o skali eschatologicznej, w którym jedynym błędem byłoby zaniechanie finansowania. Marketingowa przesada to grzech pierworodny AI.
Już John McCarthy, ojciec badań nad AI, który ukuł ten termin w latach 50. XX w., przyznawał, że nazwa „sztuczna inteligencja” była przede wszystkim sprytnym chwytem reklamowym, by przyciągnąć uwagę i pieniądze na badania.
Co znamienne, Claude Shannon – wspomniany wcześniej ojciec teorii informacji – był temu przeciwny. Według książki Machines Who Think autorstwa Pameli McCorduck obawiał się, że tak nasycone mitycznymi skojarzeniami określenie nadmiernie rozbudzi wyobraźnię kosztem naukowej rzetelności i będzie mamić opinię publiczną. Mami skutecznie.
Antidotum na destrukcyjny akceleracjonizm i oderwany od rzeczywistości longtermizm możemy odnaleźć w koncepcjach, które wywodzą się z samych trzewi tlącej się jeszcze cyberkultury. Stewart Brand, ten sam, który pół wieku temu spajał świat hipisów i inżynierów, dziś współtworzy fundację Long Now. Jej nazwa – „Długie Teraz” – to postulat rozszerzenia naszej perspektywy czasowej na najbliższe 10 tys. lat, zagęszczenia teraźniejszości o szeroki kontekst długoterminowych konsekwencji bieżących działań. W przeciwieństwie do krzemowego longtermizmu, który często dewaloryzuje teraźniejszość na rzecz hipotetycznych, cyfrowych utopii w dalekim kosmosie, Long Now próbuje połączyć doraźne carpe diem z etyką bycia „dobrym przodkiem”.
Jednym z narzędzi tej filozofii jest koncepcja pace layers (warstw tempa). Brand diagnozuje, że zdrowa cywilizacja przypomina wielowarstwowy system, w którym różne sfery poruszają się z różną prędkością. Na samej górze znajdują się moda i handel – warstwy szybkie, głośne, skłonne do eksperymentów i „psucia rzeczy”. Napędzające innowacje i przyciągające uwagę. Pod nimi leżą jednak warstwy znacznie wolniejsze: infrastruktura, rząd i kultura, a na samym dnie – natura. O stabilności systemu decyduje interakcja warstw: szybkie uczą się i wprowadzają nowości, ale to te wolne pamiętają i zapewniają ciągłość. Jeśli, zgodnie z logiką DK, nadal będziemy zmuszać kulturę czy naturę, by w pogoni za bezgranicznym wzrostem pędziły w tempie komercyjnym, system nieuchronnie ulegnie dalszej dezintegracji. Dlatego potrzebujemy dziś innej z kluczowych idei Long Now – maintenance (konserwacji). Żmudnego, codziennego dbania o świat.
Kiedy w 1784 r. Immanuel Kant odpowiadał na tytułowe pytanie eseju Co to jest Oświecenie?, opisywał ciągły proces samodoskonalenia. Oświecenie definiował jako wyjście człowieka z „zawinionej niepełnoletności” – stanu, w jakim z lenistwa i z braku odwagi polegamy ślepo na obcym kierownictwie zamiast na własnym intelekcie, za który powinniśmy wziąć odpowiedzialność.
Dziś nasi technologiczni „opiekunowie” robią wszystko, byśmy uznali ten krok za zbyt trudny i niebezpieczny, właściwie zbyteczny, i łaskawie zdejmują z nas ciężar myślenia za siebie. Troska o proces Oświecenia to nic innego jak podtrzymywanie infrastruktury racjonalności i demokracji, o którą apelował jeden z filozoficznych autorytetów Alexa Karpa – Jürgen Habermas. Istnieje głęboka ironia w fakcie, że szef Palantira – firmy będącej dziś synonimem totalnej inwigilacji – był niegdyś jego uczniem. Trudno nie zapytać, czy Karp, kiedy dowiedział się o niedawnej śmierci swojego mistrza, przypomniał sobie jego rozważania. W swoim opus magnum, Teorii działania komunikacyjnego z 1981 r., Habermas dowodził, że jako istoty posługujące się językiem mamy w naturę wpisane dążenie do racjonalnego dialogu i konsensusu. Stworzona przez niego wizja sfery publicznej opierała się na pluralistycznej kulturze dyskusji i na założeniu, że nikt nie ma monopolu na prawdę. Nadworni filozofowie technobaronów – tacy jak Yarvin czy Land – reprezentują postawę, którą Habermas określał mianem „młodych konserwatystów”: skoro dostrzegają usterki nowoczesności, to uznają, że należy całkowicie ją odrzucić, i ogłaszają klęskę Oświecenia. Krytykują je tak, jakby był to projekt dawno zrealizowany w pełni oraz skompromitowany. Oświecenie, z jego postulatami równości, demokracji, racjonalności i praw człowieka (ideami o wielkim pozytywnym potencjale), nigdy nie było ukończonym gmachem tak krytykowanej przez Yarvina Katedry. Zawsze było i pozostaje postulowanym ideałem, niedokończoną konstrukcją wymagającą ciągłej troski i dialogu.
W książce Maintenance of Everything Stewart Brand ostrzega, że z każdą naprawą wiąże się ryzyko. Zawsze ingerujemy w złożony system w sposób, który go tymczasowo zaburza. Źle przeprowadzona konserwacja może doprowadzić do tragedii. Było tak m.in. w przypadku pożaru podczas renowacji iglicy katedry Notre Dame w Paryżu w 2019 r. Katedrę jednak odbudowaliśmy. A co do narzekań, że budowa gmachu Oświecenia (tej prawdziwej, wolnościowej Katedry) trwa zbyt długo… Cóż, jeśli barcelońską Bazylikę Sagrada Família Antoniego Gaudiego udaje się ukończyć po ponad 100 latach, to być może i ten niedokończony projekt doczeka się swojego zwieńczenia. Gmachy godne idei, które się w nich spotyka, buduje się długo i konserwuje zawsze