W niepozornym domu przy ul. Konstytucji 3 Maja pod numerem 26 w Karpaczu działają dziś sklep sportowy i biuro wynajmu apartamentów. Do 1884 r. mieszkał tu ostatni laborant – Ernst August Zölfel. Wcześniej było ich w całym miasteczku pełno – Karpacz, czyli ówczesne Krummhübel, słynął z laboranckiej działalności. Do najbardziej znanych i poważanych rodzin zielarskich należeli tam Grossmannowie, Exnerowie, Hamplowie, Rittmannowie, Fingerowie, Breitherowie, Wehnerowie, Drescherowie i właśnie Zölfelowie. Wszyscy oni z pokolenia na pokolenie przekazywali sobie sekretną wiedzę o uzdrawiających właściwościach roślin i sporządzanych z nich naparów, maści oraz eliksirów.
Trzeba jednak pamiętać, że wiedza ta zasadzała się nie tylko na tym, co z czasem zostało opisane i udowodnione przez znakomitych pruskich botaników, lekarzy i farmaceutów. Równie ważne dla laborantów były działania, które rosnący w siłę racjonaliści nazywali nie inaczej, jak magicznymi. O ile bowiem bezpośrednio z praw przyrody wynikała zasada, że zioła muszą być zbierane w konkretnych porach roku, najczęściej po prostu w porach ich kwitnienia, o tyle nie miała przecież żadnego naukowego uzasadnienia reguła, że powinno się to robić w dokładnie określone dni i w surowo przestrzeganych godzinach. I tak rośliny występujące tylko w ogrodzie Rübezahla, karkonoskiego Ducha Gór, wolno było laborantom zbierać wyłącznie w noc św. Jana.
Zerwanie ich w innym terminie powodowało gniew gospodarza tego miejsca i przekształcało sporządzone z nich specyfiki w trucizny.
Pod koniec XVIII w. 150 receptur laboranckich zostało spisanych i wydanych przez Johanna Gottlieba w tym, co do dziś jest znane jako Księga lekarska z Seidorfu, czyli z Sosnówki, wioski leżącej nieopodal Karpacza. Oprócz receptur znanych powszechnie ziołowych lekarstw znalazły się tam przepisy na mikstury umożliwiające widzenie w zupełnej ciemności, czytanie w cudzych myślach, lewitację oraz niewidzialność.

Zły to był czas na taką publikację. Nic więc dziwnego, że wraz z początkiem następnego stulecia pruskie władze zaczęły hamować autonomię laborantów. Najpierw zakazano im handlu domokrążnego, potem ograniczono sprzedaż jedynie do miast targowych na Śląsku. Skróceniu ulegała też sukcesywnie lista dopuszczonych do takiego obrotu preparatów. Wrócili oni do łask jedynie na chwilę na początku lat 30. XIX w., kiedy to władze prowincji żadną siłą nie umiały się uporać z epidemią cholery dziesiątkującą Śląsk. Szybko jednak zasługi w tej sprawie laborantom zapomniano, bo już kilka lat później, pod koniec panowania Friedricha Wilhelma III, specjalnymi edyktami zabroniono niemal zupełnie ich działalności, ograniczając listę specyfików ze skromnych 46 do jeszcze skromniejszych 21. Równie dotkliwe było całkowite wstrzymanie wydawania zezwoleń na tego typu przedsięwzięcia.
Gdy wychodziłem tamtego dnia z Samotni, niebo zasnuło się szarymi chmurami. Przez chwilę zastanawiałem się nawet, czy nie zawrócić i nie spędzić w schronisku jeszcze jednego dnia, ale dość ich już tam w czasie wyjazdu zmarnotrawiłem. Trzeba było mi iść dalej. Gdy mijałem pobliską Strzechę Akademicką, zaczął padać drobny śnieg. Nie był zbyt uciążliwy, raczej dodawał uroku wędrówce. Po kwadransie ustał. Na Równi pod Śnieżką mogłem więc dokładnie zobaczyć, jak wiatr rozwiewa resztki chmury, snujące się wzdłuż zachodniej ściany Riesengrundu – Kotła Olbrzyma – dokładnie tam, gdzie znajdował się ów słynny ogród Ducha Gór. Była to niewielka i trudno dostępna, bo uczepiona skał, łączka, na której swoje zioła miał zbierać słynny Rübezahl.
Niemiecki pisarz Carl Hauptmann, żyjący i tworzący w Szklarskiej Porębie, widział w Duchu Gór coś pradawnego, starszego od mitów, „równego wiekiem głazom”, lasom i chmurom przetaczającym się nad grzbietami Sudetów. Miał być wręcz Rübezahl równolatkiem źródeł bijących w sercu tych gór. W opracowanych przez Hauptmanna ludowych podaniach duch ten rzadko przybiera postać zwalistego olbrzyma z kosturem, w jakiej zwykło się go przedstawiać. Częściej bywa podmuchem wiatru, śnieżycą, wezbranym strumieniem lub oślepiającym słońcem. Jest też koniem, kogutem, krukiem, psem, żabą, jeleniem, krową. Bywa też grzybem. Nie wciela się jednak w te wszystkie role, jego przemiana nie jest jedynie zmianą materialnej postaci. Rübezahl objawia się w działaniu tych istot i zjawisk – jest nimi. Obce są mu więc kategorie dobra i zła. I gdy tak czytać te naiwne na pierwszy rzut oka bajeczki spisane przez Hauptmanna, inaczej można później spojrzeć na możliwość spotkania Ducha Gór na szlaku. Bo czyż patrząc na wiatr przewiewający chmurę znad zachodniej grani Riesengrundu, nie patrzyłem w istocie na samego Rübezahla?