Różne rzeczy można przewidzieć, studiując ofertę wynajmu mieszkania w obcym kraju, ale nie sposób przewidzieć, że mieszkanie będzie znajdowało się naprzeciwko budynku aresztu. I że z aresztu dobiegać będą wrzaski i łomoty, walenia o kraty i wycia jak u cierpiących zwierząt.
Jest trzecia nad ranem. Z jakiego miejsca w duszy bierze się ten szczególny rodzaj siły, który pozwala więźniom krzyczeć całą noc? Przez moją głowę przelatują w zapętleniu strzępki rozmów z ostatnich dni – fragmenty cudzych utyskiwań, boleści, dramatów i rozczarowań. Ciało jest spuchnięte i obolałe: to przebodźcowanie Tiraną, zmęczenie opowieściami i przygniecenie ciężarem zadań, które muszę wykonać w kolejnych dniach i tygodniach.
Ciało mówi do mnie bólem: zabierz mnie stąd. Zabierz mnie tam, gdzie noc jest cicha. Gdzie nie słychać klaksonów, krzyków, wiercenia młotów pneumatycznych. Gdzie powietrze jest czyste. Zabierz mnie tam, gdzie nie będziesz musiała przepychać się w tłumie. Gdzie światło nie będzie takie białe, ostre. Jeśli mnie stąd nie zabierzesz, będę cię boleć.
Ale ja nie słucham swojego ciała. Musisz wytrzymać, mówię mu. Wycisz się wreszcie. To zmęczone przedsięwzięcie zwane Małgorzatą Rejmer potrzebuje się zregenerować, żeby jutro było sprawne, cierpliwe i czujne.
Przewracam się na łóżku, chcąc zmienić pozycję, i czuję ból, który przeszywa mnie, jakby ktoś puścił prąd wzdłuż kręgosłupa. Na wysokości klatki piersiowej ciało pulsuje zapętlonym bólem. Ty cholerny zdrajco.
Niekończące się godziny nad ranem to czas, żeby powspominać. Sześć tirańskich lat wystawiło mojemu ciału rachunek: stan przedcukrzycowy, TSH starszej pani, przewlekły stan zapalny. Studiowałam wyniki kolejnego badania krwi, w którym wszystko się rozjeżdżało, i racjonalizowałam: może niektórzy po prostu tak mają, może dla innych wyniki poza normą są rodzajem normy. Nie chciałam się przed sobą przyznać, że zorganizowałam sobie życie, w którym moje ciało zużywało się nadmiernie i przedwcześnie. Ciało mówiło „nie”, a ja mówiłam „nie” swojemu ciału.
Jakbym chciała wymazać myśl, że ta konstrukcja z mięśni i tkanek, w której bije nieprzerwanie serce, też będzie miała swój termin przydatności i pewnego dnia po prostu się zużyje, a mechanizm wyłączy się na zawsze.
W końcu musiałam wybrać: albo życie w Tiranie, albo długie życie. Jeśli ktoś, tak jak ja, jest wrażliwy na kolory, hałas i światło, to Tirana ze swoim ruchem ulicznym, wąskimi ulicami, tłumami, jazgotem z placów budowy i przeszywającymi zapachami jest pandemonium dla zmysłów. Marzysz o tym, żeby się wyciszyć, ale nie masz jak. Jest tylko jeden park, kilka skwerów, a w barach ciągle dudni muzyka. Kokaina potaniała do tego stopnia, że czasem w knajpie można dostać ją za darmo, jak się zagada do tych, którym wysypuje się z kieszeni. Jedna dziesiąta grama kosztuje 10 euro, więc nawet stolarz czy mechanik z przedmieścia Tirany może sobie wciągnąć ścieżkę z kolegą po pracy. Taksówkarze rozwożą białe torebki, bo miasto nie chce spać, miasto chce krzyczeć.
A jednak znowu tutaj przyjechałam. Jest środek nocy, przez zamknięte okno dobiegają wrzaski, a ja w myślach zabieram swoje ciało nad wodę. Morze z aplikacji w telefonie szumi mi do ucha. Ciało, przypomnij sobie wodę. Jak luzują się w tobie napięte struny, jak dryfujesz w bezczasie, kołyszesz się w swoim rytmie. Fale oddychają miarowo. Światło księżyca załamuje się na tafli, obrysowuje kręgi wody.
W końcu sen porywa mnie w niebyt, tak jak fala porywa w bezkres wody. Przespałam kilka czarnych głębokich godzin i prawie nie czując bólu, poszłam na kolejny wywiad.
Mój rozmówca jest znanym aktywistą i dobrym, wspaniałym człowiekiem. Opowiada mi, jak trudno było mu dorastać w Pogradecu, małym miasteczku nad brzegiem Jeziora Ochrydzkiego, gdzie ci, którzy nie powinni tego wiedzieć, zorientowali się, że mój rozmówca, wówczas bezbronny, nastoletni chłopiec, jest homoseksualny.
– Lata 90. w Albanii były straszne. Między 14. a 18. rokiem życia zostałem zgwałcony wiele, wiele razy.
Milczymy nad tymi słowami. W końcu pytam:
– Jak to przetrwałeś?
– Nauczyłem się każdego skrótu w mieście. Znałem każdą boczną uliczkę. Każdy kamień. Cały czas chodziłem opłotkami, żeby tylko mnie nie znaleźli. Gdy było najgorzej, patrzyłem na wodę. Woda mnie uratowała. Latem była niebieska, wiosną zielona, jesienią brązowa. Wiesz, ile odcieni może mieć woda? Siedziałem nad wodą i pozwalałem, żeby mnie leczyła. Dzięki jezioru przetrwałem.
Tego samego dnia spakowałam swoje rzeczy i nazajutrz wyjechałam z Tirany. Zawiozłam swoje ciało nad wodę, w ciszę, w głębię lasu. Woda bawiła się ze światłem, migotała, płynęła. Rozlewała się aż po horyzont, daleko, czysta i dzika. Sen, który przyszedł do mnie później, był smoliście czarny i bezkreśnie głęboki.