Subskrybuj
Eliza Mórawska-Kmita fot. Edyta Leszczak
Eliza Mórawska-Kmita fot. Edyta Leszczak
Blogerka od 2006 r., tworzy whiteplate.com. Autorka książek kulinarnych, miłośniczka Azji i domowego wypieku chleba. Warszawianka mieszkająca od niedawna w Poznaniu. Mama trzech córek

Podróż do Krainy Przyrody

Wszechogarniająca przyroda jest tu od zawsze i po prostu wystarczy się do niej dostroić, by móc skorzystać z całego dobra, jakie ze sobą niesie.

Jeszcze jako nastolatka kupowałam książki o przyrodzie, zaczytując się w opowieściach o ziołach, pszczołach i jeziorach. Z perspektywy czasu myślę o tym, jak silne było we mnie pragnienie życia bliżej natury. A właściwie nie tyle bliżej, co w jej środku. Bo być bliżej to uprawiać pelargonie na balkonie i zioła na kuchennym parapecie. Być bliżej to chodzić do pobliskiego parku, kupować na bazarze, czytać gazety o przyrodzie, np. „Ptaki Polski”. Tak, przez całe swoje życie byłam bliżej, ale wygląda na to, że to wciąż dla mnie za mało.

Kiedy kupiliśmy ten skrawek ziemi porośnięty wysoką trawą, wśród wielkopolskich łąk, pól i lasów, jeździłam tu tylko po to, żeby siedzieć i podpatrywać. Nie wiedziałam, kiedy powstanie tu jakiś dom, więc tylko chłonęłam to, co widziałam. Miałam w sobie wielki lęk. Bałam się wszystkiego: kleszczy, węży, dzików, nietoperzy. Bałam się duchów, o których tyle słuchałam, jeżdżąc jako dziecko na wakacje na Podlasie.

Moja głowa była pełna zabobonów, jednak serce było otwarte na nowe przeżycia.

Kiedy miałam trochę czasu, jechałam tam, siadałam na „mojej ziemi” i czułam jej energię, jak pulsuje. Uświadomiłam sobie, że to jest moje miejsce, które „chce dla mnie dobrze”. Że ta wszechogarniająca przyroda jest tu od zawsze i po prostu wystarczy się do niej dostroić, by móc skorzystać z całego dobra, jakie ze sobą niesie. Potrzebowałam długich tygodni, by się zregenerować. Odpocząć za wszystkie czasy. Odespać te noce nieprzespane w mieście, kiedy budziłam się nad ranem w panice. Trwało to bardzo długo.

Kiedy już się wyspałam, poczułam się częścią „mojej” ziemi. Przede wszystkim powoli przestawałam wszystkiego się bać. To, co brałam za duchy, okazywało się trzema sarnami ukrytymi w starych olchach. Kukułka nie kukała już „w godzinie duchów”, o północy, tylko całymi dniami. Ściągnęłam aplikację do rozpoznawania ptaków, siadałam wśród drzew, słuchałam i uczyłam się, co tak śpiewa, gdacze, terkocze, krzyczy, stuka czy piszczy. Tu, na skraju puszczy, ptaki migrują, wędrują, wpadają na chwilę, a inne mieszkają na stałe. Tej zimy, która była naszą pierwszą tutaj, wieszaliśmy karmniki. Dużo karmników, bo chętnych przybywało. Głównie sikorki: modre, bogatki czy ubogie. W pewnym momencie już nic sobie nie robiły z naszej obecności, zupełnie jakby zaakceptowały nas tutaj.

Na wsi zmiana pór roku to coś innego niż w mieście. Tu każdy tydzień przynosi nowe ptaki, zioła, wyznacza kolejne prace rolnikom.

Obserwuję, uczę się i często myślę, jak bardzo nieświadomi jesteśmy my, mieszkańcy miast, bez opamiętania odkręcający wodę w kranie, wyrzucający jedzenie do śmieci czy wycinający roślinność w pień.

Na wsi susza jest przygnębiająca i dotkliwa. Rzeka wysycha, a ściółka leśna często się pali. Z perspektywy kanapy naprawdę nie widzimy tych wszystkich załamań pogody, długotrwałej suszy, majowych przymrozków, które w dwa dni powalają wielkie drzewa owocowe. Owszem, odczuwamy ich konsekwencje: drogie owoce czy ich brak, krótki sezon na to lub na tamto, ale niezbyt często zastanawiamy się nad przyczyną. Wiem, że w miastach żyjemy bardzo oderwani od natury, i boli mnie to.

A gdyby tak każdy z nas miał zapisany na receptę miesiąc w otoczeniu dzikiej przyrody, jak by to na nas wpłynęło? Wyobraź to sobie: przyjeżdżasz po południu do domu położonego gdzieś na skraju drogi, tu rzeczka, tam staw, kawałek lasu, jakieś łąki, czyjaś wakacyjna chatka. Niby jesteś na odludziu, ale tak nie do końca, bo widzisz, że gdzieś tam jacyś ludzie są. Nie spotkasz ich, a jeśli już, to tylko na szybkie „dzień dobry” – tu każdy wita się z nieznajomymi i nikt przed sobą nie ucieka.

No więc przyjeżdżasz, rozpakowujesz walizkę, jesz coś prostego: zupę, kanapkę na świeżym chlebie. Chwilę spacerujesz, ale zaraz czujesz, że sen cię morzy.

Patrzysz na zegarek, a jest dopiero 20. No dobrze, dociągniesz do 21.30, po czym zapadasz w sen i śpisz jak dziecko. Na drugi dzień budzisz się o 6.30 wyspany, chętny do tego, by coś robić, gdzieś pójść. W końcu twój organizm zaprogramowany jest na wieczną gotowość do akcji i działanie. Ale tu nie ma co robić. Nie ma zorganizowanych rozrywek, pól golfowych, sklepów, kawiarni. Nie ma nic.

Przeglądasz więc książki, trochę patrzysz w internet (o ile jest), jeszcze chwilę drzemiesz, coś jesz, czegoś słuchasz, a potem… Potem ruszasz przed siebie. Idziesz zobaczyć rzekę i staw, i las, i pobocze pełne chrzanu, pokrzywy i kwitnących ziół (myślisz: chwasty). A im dłużej chodzisz, uświadamiając sobie, że nic cię nie goni i niczego nie musisz, tym więcej zaczynasz zauważać. Z zielonej masy wyłaniają się najpierw kontury, później liście, kwiaty i nasiona. Czarne ptaki to już nie tylko wrony, a szare to nie tylko wróble. Widzisz sarny, zające, bażanty. Na początku masz ochotę im wszystkim robić zdjęcia, a potem się do nich przyzwyczajasz i witasz się z nimi jak ze starymi znajomymi. Z oddali, w dystansie i z poszanowaniem wzajemnych granic.

To jest właśnie lekcja życia. Lekcja żywej przyrody. Naturalnej, dzikiej, będącej sobą. To jest dziś moja podróż, za którą jestem wdzięczna i do której będę namawiać wszystkich, którzy zechcą mnie wysłuchać. Nie bójmy się panicznie kleszczy, jaszczurek, dzików i duchów. Zwłaszcza tych ostatnich bójmy się najmniej.

Artykuł pojawił się w numerze: Sztuka uważnego podróżowania