Zastanawiałam się ostatnio, czy istnieje kanon filmów o miłości, które podobałyby się wszystkim. Czy jest miłość uniwersalna, z którą każdy może się utożsamić? Wybrałam się w podróż do czasów mojego dzieciństwa, później przebrnęłam przez wczesną młodość, dorosłość i dotarłam do dojrzałości. Przywoływałam filmy, które zrobiły na mnie wystarczające wrażenie, by myśleć o nich do dziś i czasem do nich wracać. Rozmawiając ze znajomymi, zrozumiałam, że dla każdego z nas co innego jest idealnym filmem o miłości. Niektóre ze znanych produkcji zupełnie do mnie nie przemówiły, mimo że ich twórcy mówili o miłości. Z jakichś powodów trudno mi było jednak poczuć klimat.
Lubię filmowe bajki, które opowiadają zupełnie nierealne scenariusze i kończą się happy endem. Lubię filmy sensacyjne, w których miłość rodzi się przypadkiem, na marginesie głównego wątku. Bywa, że pojawia się i znika, ale pozostawia w widzu to nieuchwytne coś, które nie pozwala o sobie zapomnieć.
Lubię filmy, które kończą się nieoczekiwanym rozstaniem, kiedy masz ochotę wykrzyknąć: o nie, dlaczego? Jedno wiem na pewno: nie muszę utożsamiać się z bohaterami, by czuć z nimi więź i chcieć przeżywać ich miłosne perypetie. Wybrałam pięć z wielu filmów o miłości, które pozostawiły w moim sercu wspomnienia i czasem do nich wracam.
1) Dekalog VI, czyli Krótki film o miłości Krzysztofa Kieślowskiego (1988): Miałam 12 lat, kiedy po raz pierwszy zobaczyłam ten obraz w telewizji. Rzecz dzieje się w latach 80. XX w. i opowiada historię pracującego na poczcie 19-letniego Tomka (Olaf Lubaszenko). Bohater mieszka u matki kolegi, który wyjechał do Australii. Jest sierotą, a w wolnych chwilach uczy się języków obcych i podgląda przez lunetę mieszkającą naprzeciwko sąsiadkę Magdę, graną przez Grażynę Szapołowską. Magda ma ok. 30 lat, jest malarką, która spotyka się z wieloma mężczyznami. Sucha fabuła jest niewspółmierna do ilości wrażeń, jakie czułam w zależności od tego, w jakim byłam wieku, gdy oglądałam film, i jak go oceniałam przez pryzmat swoich doświadczeń. Minęło wiele lat, a ten obraz wciąż robi na mnie piorunujące wrażenie. Subtelne uczucia na tle siermiężnej rzeczywistości.
2) Ukryte pragnienia Bernarda Bertolucciego (1996): Gdybym miała wybrać jeden film o miłości, z którym można dojrzewać, padłoby właśnie na ten tytuł. Byłam nastolatką, kiedy po raz pierwszy oglądałam podróż 19-letniej Lucy (Liv Tyler), która po śmierci matki wybiera się do Włoch, by odnaleźć biologicznego ojca. Przy okazji szuka swojej miłości z dzieciństwa. W tym pięknym filmie jest więcej miłosnych związków, które przeżywają wzloty i upadki. Jest miłość, która się rodzi, i taka, która umiera. Emocje, piękne krajobrazy, wspaniała ścieżka dźwiękowa. Film oglądałam wiele razy, a w każdym momencie odnajdywałam się w innych bohaterach.
3) Rzymska opowieść Bernarda Bertolucciego (1998): Ten film przeszedł bez większego echa, a szkoda. Jego akcja dzieje się w Rzymie. Shandurai (Thandie Newton) to młoda kobieta z Afryki, która przyjeżdża do Włoch, by studiować medycynę, i pracuje jako pomoc domowa w domu Jasona Kinsky’ego (David Thewlis), ekscentrycznego angielskiego pianisty i kompozytora. Ten zakochuje się w niej i zaczyna obsypywać ją prezentami, wśród których znajduje się pierścionek zaręczynowy. Dziewczyna oświadczyny odrzuca, ujawniając, że jest mężatką, a jej mąż przebywa w więzieniu. To historia o życiowych wyborach, ale przede wszystkim o uczuciach. Gdzie jest źródło rodzącej się miłości, dokąd sięga i skąd czerpie swoją moc?
4) Notting Hill Rogera Michella (1999): A teraz klasyka komedii. Kto jej nie zna? Tej uroczej historii o miłości zwykłego londyńskiego księgarza (Hugh Grant) i słynnej amerykańskiej aktorki Anny Scott (Julia Roberts). Klasyczna bajka, którą się dobrze ogląda, a po seansie zostaje pytanie: czy to jest w ogóle możliwe? Dziś myślę, że zdecydowanie nie, ale kiedyś…
5) Tune in for love Jung Ji-woo (2019): Ten film był jednym z powodów, dla których tak bardzo zainteresowałam się nie tylko kinem południowokoreańskim, ale również Koreą Południową. Otworzył mi oczy na inną kulturę, a w miarę jak poznawałam jej meandry, wracałam do niego jeszcze wiele razy, odczytując jego niuanse i rozumiejąc jego symbolikę. Jak to często w południowokoreańskich melodramatach bywa, historia jest subtelna i nie mówi o miłości dosłownie. Akcja rozpoczyna się w Seulu w latach 90., a później zostaje pokazany rok 2000 i 2005. Mi-soo i Hyun-woo spotykają się w piekarni w Seulu, w której pracuje ona. Chłopak właśnie wyszedł z więzienia, szuka pracy i zatrudnia się w tym samym miejscu co dziewczyna. Ten film to historia rodzącego się uczucia opowiedziana na tle historii Korei Południowej. Uczucia, które zmienia się na przestrzeni lat, ale wydaje się, że nigdy nie będzie spełnione, bo za każdym razem bohaterowie są na innych etapach życia. Oglądasz ich perypetie i tak bardzo chcesz, żeby tym razem się udało. Ten film jest piękny, oszczędny w słowach, dający do myślenia i rozbudzający miłość do kina innego niż to, które znamy na co dzień.
Gdy przypomniałam sobie te filmy, zrozumiałam, że czasem nie potrzeba wielkiej historii i rozbudowanego scenariusza, by w obrazie, muzyce i emocjach płynących z ekranu znaleźć to, czego szukamy. Zdarza się, że jest to coś zupełnie nieoczekiwanego, ale może właśnie o to chodzi?