Subskrybuj
fot. Michał Lichtański
Publicysta katolicki, wieloletni redaktor „Znaku”, były prezes Klubu Chrześcijan i Żydów „Przymierze”.

Poparzeni

Przywołując obraz Kościoła jako płonącego domu, jedni podkreślają konieczność gaszenia pożaru, drudzy natomiast myślą przede wszystkim o ratowaniu zagrożonych czy już „poparzonych” przez ogień i niemających siły uciekać.

Gdyby św. Franciszek żył w wieku XXI, to być może w jego Pieśni słonecznej znalazłaby się pochwała internetu jako przestrzeni ułatwiającej czy wręcz budującej relacje pomiędzy ludźmi. Myślę tu zwłaszcza o – przez wielu z nas odkrytej dopiero w czasie pandemii – eklezjotwórczej sile mediów społecznościowych i platform webinaryjnych. Wystarczy wspomnieć o tych wszystkich zoomach i teamsach, dzięki którym mógł w całej Polsce ruszyć Kongres Katoliczek i Katolików, a takie uroczystości jak choćby przejmująca listopadowa gala wręczenia Nagrody im. ks. Józefa Tischnera stały się dostępne dla (prawie) wszystkich zainteresowanych nimi osób. Niemniej rola internetu okazuje się większa niż tylko bycie użytecznym kanałem informacyjnym. Internet nas bowiem ośmielił, pozwolił na to, żebyśmy „się policzyli” – i, nie tylko w skali lokalnej, przestali uzależniać swoje działanie od przyzwolenia udzielonego nam (lub nie) przez biskupów.

Co najmniej raz w tygodniu udaje mi się uczestniczyć w jakimś – ważnym dla mnie jako chrześcijanina właśnie – spotkaniu internetowym. W otwierającej głowę i serce (i ducha!) wymianie myśli i doświadczeń. W debacie, która pozwala na podtrzymanie przygasającego płomyka nadziei. Ostatnio np. udostępniono mi link do odbywających się w listopadzie 2022 r. w Gdańsku „Dialogów Świętojańskich” – organizowanej przez tamtejsze Duszpasterstwo Środowisk Twórczych i Europejskie Centrum Solidarności imprezy cyklicznej, które tym razem za temat rozmowy obrało „stres pourazowy ludzi Kościoła”. To znaczy: stan ducha będący dziś także i moim udziałem (w przypadku wielu polskich katolików ten stres wciąż jeszcze dotyczy teraźniejszości, a nie tylko tego, co już minęło; doświadczanie urazów w Kościele to dla nich zatem stan permanentny).

Ważnym i szczególnie dla mnie poruszającym wątkiem gdańskiej dyskusji był obraz Kościoła jako płonącego domu – i zarysowana przy tej okazji różnica perspektyw. Z jednej strony podkreślano bowiem konieczność gaszenia pożaru i ratowania Kościoła (nie tylko jako instytucji, ale także wspólnoty, która jest dla nas wartościowa), z drugiej – mówiono o tym, że trzeba przede wszystkim ocalić ludzi, którym zagraża ogień, co nieraz oznacza umożliwienie im wyjścia z płonącego Kościoła (a przynajmniej z toksycznych, raniących wspólnot, w których dotąd tkwili).

To może być dla nich jedyny ratunek. Przejmująco zabrzmiały w tym kontekście słowa jednej z panelistek o „poparzonych”, którzy „nie mają siły uciec, a uciec powinni”.

To, oczywiście, nie był jedyny temat tej interesującej rozmowy. Gdybym miał ją podsumować jednym tylko zdaniem, powiedziałbym, że unosił się nad nią – sprzeciwiający się wszelkiemu (!) totalizmowi – duch wolności. To, że toczyła się ona tuż obok dawnej Stoczni Gdańskiej, w instytucji, której celem jest upowszechnienie dziedzictwa Solidarności, ma głęboki wymiar symboliczny. Przypomina, że nigdy nie wolno się nam godzić na poniżanie drugiego człowieka.

Wdzięczny jestem Jakubowi Kiersnowskiemu, prezesowi warszawskiego KIK-u, za zwrócenie mi uwagi na tę debatę. Bo rzeczywiście jest ona niezwykle inspirująca. Daje do myślenia. Wybija z drzemki, do jakiej przyzwyczaił nas polski Kościół, zwłaszcza jego hierarchowie (i to nie tylko biskupi), którzy z definicji wiedzą wszystko lepiej.

Wiele łączy mnie z osobami zgromadzonymi w gdańskim ECS. Wraz z nimi czuję się Kościołem, razem go współtworzymy. Jest między nami więź, którą coraz trudniej mi dostrzec, kiedy myślę o swoim biskupie. Czytam właśnie jego (tj. abpa Marka Jędraszewskiego) list pasterski na Adwent i przecieram oczy ze zdumienia, próbując zrozumieć związek pomiędzy adwentowym oczekiwaniem na Paruzję i święta Bożego Narodzenia a uwagami o „różnego rodzaju naciskach wywieranych z Zachodu na Polskę, które częstokroć mają charakter czysto ideologiczny, bezsprzecznie wrogi wobec głęboko wpisanego w tożsamość naszej Ojczyzny chrześcijańskiego systemu wartości”.

Przywołując metaforę płonącego domu i potrzebę jego gaszenia, zastanawiam się, czy autorowi listu beczka z wodą nie pomyliła się czasem (nie po raz pierwszy zresztą) z… kanistrem.

Artykuł pojawił się w numerze: Filozofowie Doliny Krzemowej i przyszłość ludzkości