Subskrybuj
Olga Gitkiewicz (fot. Anna Liminowicz)
Redaktorka i dziennikarka. Autorka reporterskich książek Nie hańbi oraz Nie zdążę. Współpracuje z Instytutem Reportażu.

Babie lato

Moja wyobraźnia od lat jest niezależna od mojej woli. Czasem chciałabym ją wyłączyć, ale nawet kiedy śpię, ona czuwa i podsuwa mi sny

Moja babka miała głowę pełną historii, a ja byłam dzieckiem, które lubiło słuchać. Dobrze się dobrałyśmy. Kiedy nie chciałam jeść – a często miało to miejsce – zagadywała mnie, snuła opowieści o znanych nam albo zupełnie nieznanych ludziach, coś tam od siebie dodawała, zmieniała szczegóły, żeby były ciekawsze, żeby się plątały jak nitki babiego lata. Widziała je wszędzie. Nie czytała książek, za to namiętnie czytywała nekrologi. Przystawała przy miejskich tablicach ogłoszeniowych i skanowała prostokąty tekstu. O, 54 lata, mruczała pod nosem, o, 90, piękny wiek, przenosiła wzrok niżej i sprawdzała, kto żegna zmarłego, ile osób, jaki stopień pokrewieństwa. A kiedy ul. Limanowskiego szedł pogrzeb – pamiętam jeszcze takie konne, z oszklonym karawanem – babka biegła ile sił w nogach, żeby obejrzeć kondukt, twarze żałobników, drapowanie wieńców i ułożyć z tego historię czyjegoś życia.

Lubiła sobie dopowiadać. Analizować. Sytuować siebie w przestrzeni i wśród innych ludzi. I lubiła zajmować wciąż te same ustalone miejsca – również na ławce, na której codziennie siadywała z sąsiadkami, żeby obserwować i komentować.

Babka miała bardzo rozbudowany aparat, który dziś bym nazwała potoczną wyobraźnią socjologiczną: jej świat porządkowały mądrości ludowe, przysłowia, powiedzenia, przedrukowywane z pokolenia na pokolenie przekonania dotyczące pracy, wypoczynku, czasu i logiki cyklu życia.

Na tym gruncie wyrosła moja własna wyobraźnia, ale się znarowiła. Dokarmiałam ją książkami i lubiłam z nią eksperymentować, przekraczać granice ustanowione przez moją babkę. Łączyć pomidora z ogórkiem. Kłaść torebkę na podłodze i witać się przez próg. Wciąż na nowo analizować jakieś związki i na nowo je układać.

Może właśnie dlatego moja wyobraźnia od lat jest niezależna od mojej woli. Czasem chciałabym ją wyłączyć, ale nawet kiedy śpię, ona czuwa i podsuwa mi sny. Są jak wieloczęściowe filmy fantastyczne, mają rozbudowaną fabułę i kolory, czasem przepuszczone przez filtr. Lata 90., sepia, klisza orwo, gołębia szarość. Czasami mi się śni, że czytam jakąś książkę – znam jej temat, fabułę, bohaterów. Później jej szukam, sprawdzam na półkach, staram się przypomnieć sobie tytuł, mija chwila, nim się orientuję, że istniała tylko przez moment, w mojej głowie. Jeszcze gorsze są te sny, w których tworzę własne teksty – dokumentuję temat w terenie, piszę rozdział książki, jestem z niego bardzo zadowolona, wszystko się logicznie łączy, znalazłam język, znalazłam strukturę, w dodatku na czas. A potem się budzę.

Jako reporterka muszę często wyłączać wyobraźnię – tego, tak mi się wydaje, od reporterskich tekstów oczekują czytelnicy i czytelniczki. A zatem sprawdzam wszystko po pięć razy, weryfikuję, potwierdzam w kilku źródłach. Ale reporterce wyobraźnia jest też potrzebna: trzeba umieć spojrzeć na problem z różnych stron, wczuć się w sytuację rozmaitych osób. Do tego wymyślać nowe sposoby zdobywania informacji i nowe sposoby oglądania rzeczywistości, bo ta rzeczywistość się przecież zmienia.

Dlatego wciąż, czasem bezwiednie, praktykuję ćwiczenia z wyobraźni. A ona regularnie zwodzi mnie na manowce – choćby wtedy kiedy odwiedzam kogoś, z kim chcę po reportersku porozmawiać. Po drodze zwykle kreślę sobie w głowie jakiś obraz tej osoby, scenariusz spotkania. Przeprowadziłam ich już dziesiątki, więc wydaje mi się, że wiem, jak przebiegnie kolejne. I prawie zawsze wygląda inaczej. Lubię te zaskoczenia. Są jak wszystkie „aż tu nagle” z opowieści mojej babki.

Bo moja babka, choć nie skończyła wielu klas, umiała znakomicie skonstruować narrację: znaleźć bohaterów, wymyślić zwroty akcji oraz satysfakcjonującą puentę.

Lata mijają, a ja jestem coraz bardziej pewna, że to po niej odziedziczyłam skłonności do znajdowania w świecie detali, z których buduję historie. To musi być genetyczne: nieustannie analizuję i obracam w głowie różne sytuacje. Jeśli wydarzyło się A, to wydarzy się później B, C czy może jednak D? Wymyślam nagłówki nieistniejących tekstów, oczywiście odpowiednio celne i zgrabne. Rozmawiam z ludźmi na przystankach. Jadę pociągiem i obserwuję sytuacje w przedziale, budynki za oknem, nieznane dworce – są scenografią nieustannych widowisk. Idę ulicą i zawieszam wzrok na przechodniach, na jadących obok mnie samochodach.

Czasem przystaję, gdy widzę nekrolog.

Artykuł pojawił się w numerze: Wyobraź sobie