Subskrybuj
Eliza Mórawska-Kmita fot. Edyta Leszczak
Eliza Mórawska-Kmita fot. Edyta Leszczak
Blogerka od 2006 r., tworzy whiteplate.com. Autorka książek kulinarnych, miłośniczka Azji i domowego wypieku chleba. Warszawianka mieszkająca od niedawna w Poznaniu. Mama trzech córek

Bez fajerwerków i nadmiaru

Może to starość, droga Elizo? Ta wieczna tęsknota do miejsc, których już nie ma. Może rzeczywiście coś w tym jest?

Wyjmuję z półki The Cranks Recipe Book. Kartkuję pożółkłe kartki książki, którą po raz pierwszy wydano w 1981 r., 20 lat po otwarciu restauracji stawiającej na ekologiczny, dobry produkt w czasach, kiedy niewielu o tym myślało.

Przeglądam stare przepisy na zupę z cheddarem, nadziewane bakłażany, pieczone jabłka, staromodne pierniki, proste pomidorowe sałatki i czuję ukłucie w sercu, które przychodzi do mnie zawsze wtedy, kiedy zaczynam czuć żal za czymś, co minęło.

Krótkie szperanie w internecie – restauracja dawno przestała istnieć. „Wyszła z mody”, „Miała kłopoty finansowe” – to tylko niektóre z nagłówków, jakie udaje mi się znaleźć.

Mimowolnie zaczynam dryfować w przeszłości. Przychodzą mi do głowy miejsca, do których kiedyś chodziłam i nie wyobrażałam sobie, że przestaną istnieć.

Traffic na Brackiej w Warszawie. Kilka pięter z książkami, gazetami i płytami. Spędzałam w nim długie godziny, to był mój mały azyl. Wracałam objuczona zakupami i mogłam dalej żyć.

Bar z zapiekankami na pl. Zawiszy otwarty do późna w nocy. Mieszkałam nieopodal, robiłam sobie do niego piesze wycieczki, kiedy moje dzieci były niemowlętami. Zapiekanka, oranżada, ławka, kontemplacja widoku na ul. Grójecką, falujący tłum, uciekające tramwaje i stojące w korku samochody. Już wtedy bar był kultowy, istniał w tym miejscu ze 30 lat. Teraz go nie ma.

Empik przy rondzie de Gaulle’a. Wydawało się, że był tam od zawsze. W drodze na uczelnię można było spędzić w nim godzinkę czy dwie podczas odwołanych wykładów.

Naleśniki na tyłach Nowego Światu. Ukryte, ciche i niewielkie pomieszczenie. Dla mnie zawsze jeden naleśnik z ruskim nadzieniem i drugi z serem żółtym i ziemniakami. I czasem jeszcze jeden na słodko, jeśli było miejsce w żołądku.

Kawiarnie i kawiarenki, budki z zapiekankami, wegetariańskie bary z najlepszą zupą soczewicową, księgarnie z książkami dla dzieci, małe sklepiki z biżuterią. Mapa miasta była upstrzona moimi ulubionymi miejscami, do których chodziłam regularnie.

Potem zaczęły znikać, jedno po drugim, najczęściej bez żadnego ostrzeżenia. Wypaliło się, wyszło z mody, podnieśli im czynsz, zmarł właściciel.

Przeglądam kartki The Cranks Recipe Book i widzę czasy, które były proste, w których miałam ulubione miejsca i potrawy. To wszystko funkcjonowało bez fajerwerków, bez nadmiaru, bez poczucia, że każdy, kto do nas mówi, coś sprzedaje.

Kiedyś mi się wydawało, że szczęście to możliwość zjedzenia angielskiego flapjacka, kiedy tylko zechcę. Bo flapjacki można było zjeść tylko w Anglii. Można było poprosić kolegę Anglika, by nam wysłał w liście (tak było), albo liczyć na to, że ktoś nam przywiezie kilka sztuk w podręcznym bagażu. Rzeczy, które zdobywało się z wysiłkiem, smakowały lepiej, a smak pozostawał na języku i w sercu dłużej. Dziś, kiedy flapjacki można dostać w każdej drogerii, nie kupuję ich wcale. Możliwość zabiła chęć.

I podobnie mam z chodzeniem do nowych restauracji. Wszystko jest „w stylu kopenhaskim”, pączki już nie są pączkami jak dawniej, dziś nadzienie wylewa się z nich gęstymi strumieniami. W restauracji nie ma pieczonego pstrąga z płatkami migdałów, nie ma dobrego chleba, jest tylko rzemieślniczy. Jeśli sernik, to wyłącznie baskijski. Już nawet poczciwa szarlotka na gorąco z bitą śmietaną i lodami odeszła do lamusa. Brak mi normalności, tak po prostu. Prostych smaków, szczerych miejsc, gdzie można było wypić filiżankę tureckiej kawy, siedząc na workach po kawie, gdzie nieistotny był wystrój, bo najważniejszy był klimat.

– A może to starość, droga Elizo? Ta wieczna tęsknota do miejsc, których już nie ma.

Może rzeczywiście coś w tym jest?

Czuję się samotna w nowoczesnych miejscach. Jakby ktoś wyrwał mnie z domu babci i postawił na środku tokijskiego skrzyżowania Shibuya. Byłam tam, dałam się porwać tłumowi, mam dziś co wspominać, gdy wracam do domu rodziców i po solidnej porcji naleśników z prażonymi jabłkami zasypiam na kanapie okryta przez mamę kocem. Może to właśnie szczęśliwe powroty są kwintesencją życia? Już wiem, że wszystkie dobre chwile, świadomie celebrowane i doceniane, są dokładnie takim samym mgnieniem jak czas spędzony w pociągu, który wiezie nas z miejsca A do B. Choćbym nie wiem ile cieszyła się tą wspólną herbatą wypitą z dziećmi, to nieubłagany czas porywa je w wir coraz szybszego dorastania i oddalania się od domu i ode mnie. Im jesteśmy starsi, tym tęsknota za tym, co minęło, jest bardziej dotkliwa. A może to jeszcze nie starość, lecz dopiero dojrzałość, która pozwala widzieć życie takim, jakie ono jest naprawdę?

Artykuł pojawił się w numerze: Ile nas dzieli od szczęścia