Kiedy słyszę kolędę Dzisiaj w Betlejem, myślę nie tylko o Bożym Narodzeniu, lecz i o żydowskiej Chanuce, również obchodzonej w grudniu. Przypominają mi ją słowa o cudach ogłaszanych przez cały stworzony wszechświat: aniołów, królów, pasterzy, a nawet bydlęta. Bo oba te święta, choć tak różne, są wielką proklamacją cudu. Dla chrześcijan jest to – mający wymiar wyraźnie metafizyczny („moc truchleje, ogień krzepnie, blask ciemnieje…”) – cud Wcielenia. Dla Żydów: zwycięstwo nad okupantem, odzyskana wolność i niepodległość, ale i bardzo konkretny cud pomnożenia oliwy, potrzebnej do oddania czci Bogu oraz oczyszczenia sprofanowanego sacrum. Jak widać, w obu przypadkach to, co niemożliwe, staje się rzeczywistością.
Cudu potrzebuje dziś Ziemia Izraela i Strefa Gazy. I Zachodni Brzeg…
Myślę tu, rzecz jasna, o cudzie pokoju, trwalszego niż samo „tylko” zawieszenie broni, choć trudno mi nie doceniać tego, co udało się już dokonać prezydentowi Trumpowi.
Kiedyś, w II poł. XX w., dzieło głębokiej – będącej według mnie prawdziwym cudem – zmiany myślenia o drugim („innym”) prowadził w Izraelu o. Bruno Hussar, dominikanin, twórca żydowsko-arabskiej wioski Newe Szalom / Wahat as-Salam („Oaza pokoju”). W projekcie tym chodziło o wspólne życie, o sąsiedztwo, edukację, wykorzenianie nienawiści i rezygnację z fanatyzmu. Laureat Pokojowej Nagrody Nobla Elie Wiesel nazywał to cudem.
Dziś jest o to wszystko o wiele trudniej niż kiedyś…
Z nadzieją (która – wierzę w to – nie musi być wcale „matką głupich”) patrzę na listopadowe rzymskie spotkanie młodzieży z Izraela i Palestyny. Może tak właśnie – poprzez warsztaty edukacyjno-artystyczne, wzajemne wysłuchiwanie swych racji i próbę zrozumienia lęków – możliwy jest pierwszy maleńki krok z ciemności ku światłu.
Powiedział o tym jeden z uczestników tego spotkania (pomijam jego narodowość i religię, bo moim zdaniem jego słowa mają wymiar uniwersalny): „Nie wierzę, że świat zmieni się po tym tygodniu, ale coś zmieniło się we mnie”.
I o to chyba właśnie chodzi. Dostrzegają to nawet tacy polityczni realiści jak była amerykańska sekretarz stanu i kandydatka na prezydenta USA Hillary Clinton: „W rzeczywistości pokój zaczyna się w naszych domach, w społecznościach takich jak Newe Szalom i w naszych sercach. Tego trzeba się nauczyć, a następnie przekazać naszym dzieciom”.
*
Budowniczym tak pojętego pokoju – rodzącego się w ludzkich głowach i sercach – był zmarły 31 października Jan Turnau, dziennikarz, przyjaciel ludzi, uważny czytelnik Ewangelii. Człowiek, który uczył ją rozumieć i zgodnie z nią żyć.
Jan przez ponad ćwierć wieku redagował Arkę Noego – rubrykę religijną w wysokonakładowym świeckim dzienniku (nielubianym, co gorsza, przez instytucję Kościoła). I tak ludzie, którzy nie sięgnęliby po prasę wyznaniową, dostawali co tydzień (a czasem częściej) solidną i mądrą refleksję przypominającą, że „nie samym chlebem żyje człowiek”.
Była to prawdziwa „arka Noego”, bo – tak jak biblijny patriarcha nie wahał się wziąć na pokład zwierzęta, które mogły budzić strach czy obrzydzenie – Turnau nie bał się dialogować z ludźmi inaczej myślącymi, z którymi niejeden tzw. porządny katolik nie zasiadłby nawet do stołu.
Był do szpiku kości ekumenistą – otwartym na drugiego, ciekawym jego myślenia, szukającym w nim dobra. Człowiekiem dostrzegającym odruch serca w ludziach, którzy w czasie wojny nosili na swych czapkach hitlerowską gapę lub gwiazdę czerwonoarmisty. To dlatego zebrał i zredagował tomy wspomnień Dziesięciu sprawiedliwych i Bracia zza Buga.
*
Dziękuję Redakcji „Znaku”, że przez kilkanaście ostatnich miesięcy mogłem dzielić się z Czytelnikami swoją fascynacją judaizmem i żydowskimi korzeniami chrześcijaństwa. Dziękuję wszystkim, którzy kiedykolwiek sięgnęli do tych krótkich tekstów.
Żegnam się słowami XVII-wiecznej kolędy, na którą zwrócił mi kiedyś uwagę Jan Turnau: „Żydóweczka Bogu miła / Hebrajczyka nam powiła…”.