Subskrybuj
Eliza Mórawska-Kmita fot. Edyta Leszczak
Eliza Mórawska-Kmita fot. Edyta Leszczak
Blogerka od 2006 r., tworzy whiteplate.com. Autorka książek kulinarnych, miłośniczka Azji i domowego wypieku chleba. Warszawianka mieszkająca od niedawna w Poznaniu. Mama trzech córek

Czy potrzebujemy dziś kulinarnych bohaterów?

Kiedy trochę ponad 20 lat temu wchodziłam do kulinarnego świata, nie musiałam poruszać się w nim po omacku. W telewizji było co najmniej kilka wielkich gwiazd, takich jak Martha Stewart, Nigella Lawson, Julia Child, Delia Smith. Łatwo było się którąś z nich zachwycić, podziwiać ją i za nią podążać. Śledzić kulinarne programy, książki kucharskie, gazety kulinarne.

Śmiało mogę powiedzieć, że najbliższa z nich była mi Martha Stewart. Uwielbiałam jej dopracowany do perfekcji magazyn „Martha Stewart Living”. Do dziś pamiętam, jak były tam prezentowane odmiany tulipanów czy indycze jaja. Martha miała dar opowiadania o tym, że kolor ścian przypomina np. odcień piór jakiegoś ptaka. Martha Stewart to legenda. Czytałam jej biografię (zawierającą m.in. ciekawą historię o tym, jak trafiła do więzienia i jak potem znów stawała na nogach). Kupowałam jej książki. Podobnie było z Nigellą Lawson, piękną Brytyjką, która gotowała po swojemu, inaczej niż reszta.

Moja miłość do nich trwała długie lata, a potem… Coś się skończyło, coś się wypaliło. Zajęłam się dziećmi, wciąż kupując kolejne książki popularnych w danym momencie autorów. Nowych gwiazd, młodych twarzy. Okładki wołały do mnie: musisz to mieć!

W końcu przyszedł czas znużenia nowymi książkami kucharskimi. Miałam wrażenie, że wszystko już było, wszystko widziałam. Przez kilka lat kupowałam zdecydowanie mniej, koncentrując się na własnych kulinarnych zainteresowaniach i rozwijając swoje przepisy, które były w głowie i w sercu. Pytanie: skąd się tam wzięły? Kto mnie nauczył robić cherry pie albo baklava muffins? Kto mnie przekonał, że w kuchni nie można się bać, że można jeden składnik zastąpić drugim? Kto pokazał mi, jak przyrządzać dania kuchni świata, jak łączyć kolory, jak nakrywać do stołu?

Kiedy ktoś mnie pyta o źródła mojej miłości do gotowania, pierwsza do głowy przychodzi mi babcia, mieszkanka Podlasia, która otworzyła dla mnie serce i kuchnię, ucząc mnie, jak można gotować proste potrawy. Dziś już wiem, że za moją miłością stoi też grupa postaci z kulinarnego świata, od których nauczyłam się może nie tyle przepisów, ile podejścia do gotowania.

Ostatnio zapytałam ChatGPT: „Kto jest współczesną Marthą Stewart?”. Odpisał mi tak: „Dziś nie ma jednej osoby, która jednoznacznie przejęła koronę Marthy Stewart, ale kilka współczesnych kobiet (i marek) uchodzi za jej duchowe następczynie – zależnie od tego, które aspekty stylu Stewart cenisz najbardziej (kulinarne, domowe, estetyczne, biznesowe). Dziś »ikona stylu życia« częściej jest marką zbiorową: Instagram, Pinterest, blogerki i YouTube zastępują centralne postacie”.

Zrobiło mi się żal czasów, kiedy emocjonalnie podchodziłam do moich kulinarnych bohaterek, które były przewodniczkami w sztuce kreowania domowego ogniska, nie tylko gotowania, ale też pielęgnowania ogrodu, organizowania przyjęć czy prowadzenia domu.

Mam w swoich zbiorach książkę Marthy, w której uczy ona, jak nakrywać stół, wywabiać plamy, organizować pralnię. Zgadnijcie, jaką pozycję wyjmuję z półki, kiedy dzieci muszą do szkoły zrobić rysunek nakrycia stołu: ułożenia sztućców i zastawy stołowej?

Zrobiło mi się żal, że blask wielkich gwiazd przygasł, rozproszył się. Początkowo wydawało się, że próbują one nadążyć za współczesnym trendami: Instagramem, TikTokiem, lecz… to już nie było to. Po lekturze ich artykułów czy obejrzeniu programów miałam przecież czas na refleksję, bywało, że w środku nocy, stojąc boso w kuchni, zastanawiałam się, czym zastąpię golden syrup i skąd wezmę cream of tartar.

Dziś wystarczy włączyć Instagrama, TikToka albo Pinteresta, by otworzyć magazyn przepisów, zdjęć, porad, instrukcji obsługi. Wielki, niekończący się ocean możliwości i informacji. Ale jak często zastanawiamy się: kto stoi za tymi przepisami? Czy ufamy autorowi?

Przyznaję, że po fascynacji „oceanem możliwości”, gdzie zapisywałam przepisy na bliżej nieokreślone „później’, które nigdy nie nadeszło, powoli zaczęłam zdawać sobie sprawę z tego, że brakuje mi dawnych autorytetów. Marthy Stewart, Nigelli Lawson, Julii Child. Chciałam, żeby powróciły do mojego życia dzięki spokojnym, dopracowanym książkom, na które czekało się niecierpliwie kilka lat, pięknym programom, które nigdy nie nudziły, lecz zawsze wciągały i oferowały coś więcej niż przepis. Wyjęłam z półek ich książki, nieco przykurzone, noszące ślady gotowania sprzed lat – plamy z masła, kartki z kalendarza, którymi zaznaczałam przepisy, czy podkreślenia złotych myśli, ważnych dla mnie w tamtym czasie.

Miła jest dziś refleksja, że tak wiele się od nich nauczyłam. Jestem przekonana, że obecnie nadal mamy bohaterów kulinarnych, ale jest ich tylu, że łatwo się w ich świecie zgubić. Czy dają nam oni więcej niż tylko przepisy? Czy będziemy z sentymentem pisać o nich za 20 lat? Czas pokaże.

Artykuł pojawił się w numerze: Glukozowe pułapki