Subskrybuj
Olga Gitkiewicz (fot. Anna Liminowicz)
Redaktorka i dziennikarka. Autorka reporterskich książek Nie hańbi oraz Nie zdążę. Współpracuje z Instytutem Reportażu.

Lewym pasem

Agresywne zachowania za kierownicą to najbardziej jaskrawa emanacja toksycznej męskości.

To jest felieton pisany na road rage’u. Na drogowej złości, ręką wystawioną przez szybę i wyprostowanym palcem. Mój road rage, moja autostradowa furia, nie polega na wyzwiskach, na podjeżdżaniu, na trąbieniu ani na agresywnej jeździe. Jest tego wszystkiego efektem.

Czasem naprawdę lubię jeździć samochodem. Lubię te chwile, gdy jestem sama ze sobą, mogę włączyć dowolnie żenującą muzykę i po prostu patrzeć na drogę. Niestety, muszę też wciąż patrzeć w lusterka, bo nigdy nie wiem, kiedy się zjawią. Choć wiem, że zjawią się na pewno, w ułamku chwili.

Poganiacze. Przeważnie jadą sami. Na ogół mają ciemny eliptyczny samochód, względnie SUV. Zawsze zapominają, że można po prostu lekko ruszyć nogą i nacisnąć hamulec, mechanizm zwalniania, jest mniej skomplikowany niż wyprawa w kosmos. A jednak niezależnie od sytuacji, od warunków nadjeżdżają już z daleka, migając długimi światłami. Nie zwalniają. Może to jest zbyt trudne połączyć tyle czynności, trzymanie jednej ręki na kierownicy, jednej nogi na gazie, drugiej ręki na przełączniku świateł. I jeszcze oddychanie.

Mam mały czerwony samochód, widywałam w tym modelu mężczyzn, a jednak sądzę, że 90% użytkowników dróg, widząc moje auto, od razu myśli: kobieta. Przedmiot żartów i kąśliwych komentarzy, babka za kierownicą. Może dlatego tak mnie popychają, kobiety przecież można popychać, wystarczy mrugnąć, pstryknąć, a ona się dostosuje.

Czasami staram się złapać wzrok tych, którzy mnie zepchnęli. Jednak najczęściej i tak nie patrzą w bok. Może szyja im odmawia posłuszeństwa, a może kręcenie nią to już jednak za dużo czynności do opanowania.

Nie jeżdżę wolno, czasem nawet przekraczam dozwoloną prędkość, na drogach szybkiego ruchu i autostradach sporo wyprzedzam. Ale to jest zawsze, zawsze za wolno, i niezależnie od wskazań prędkościomierza irytuję swoją obecnością na drodze panów lewego pasa.

Po prostu oni lewy lubią. Bo lewy pas jest ich, a lubią go szczególnie, gdy jest pusty. Jakby ich bolało, że taki mały czerwony przedmiot narusza im krajobraz złożony z asfaltu i ekranów dźwiękochłonnych.

Mam całą kolekcję esencjonalnych wspomnień z polskich autostrad. Wyprzedzano mnie z prawej strony slalomem, wyprzedzano mnie pasem awaryjnym i spychano mnie pomiędzy tiry. W rzęsistym deszczu, w gradobiciu i oślepiającym słońcu. Świecono mi światłami po oczach tak, że musiałam przełączać playlistę na disco, a potem na rave.

Tacy kierowcy często mówią, że się spieszą, ale zapominają o tym, gdy muszą dokonać drogowej zemsty. Wtedy mogą mnie przyblokować i potem tak sobie jedziemy, koleś przez 50 km zajeżdża mi drogę przy prędkości 90 km/h lub niższej. To mnie akurat nie rusza, mogę tak jechać, po prostu zmieniam playlistę. A czasem demonstracyjnie robię zdjęcie tablicy rejestracyjnej. Działa.

Samochód ma wyraźny genderowy wymiar, naukowcy są w tej kwestii zgodni od lat, a tego typu agresywne zachowania za kierownicą to najbardziej jaskrawa emanacja toksycznej męskości. Są też zakazane. Są za nie punkty karne i mandat. Tylko że prawo, przepisy, kto by to zrozumiał, kto by zapamiętał, kto by się tym przejął. Przepisy są dla biedakierowców, zresztą nigdy nie widziałam na autostradzie patrolu, który by zatrzymał kogoś, kto przekracza prędkość, kto agresywnie wymija, kto stwarza zagrożenie.

Źle jest też wtedy, kiedy wpuszczam tira wyprzedzającego innego tira, przepraszam kierowców ciężarówek, wiem, że nie każdy duży wóz to tir. Ach, jak się wtedy poganiacze złoszczą, mrugają, więc wyjaśnię: prowadzenie ciężarówki to jest praca. Kierowca musi dowieźć towar na czas, inaczej będzie musiał czekać kilka godzin na rampie, na granicy albo na parkingu w krzakach, gdy tam wypadnie mu obowiązkowa pauza.

Dlatego nigdy nie złoszczę się na kierowców ciężarówek, dlatego zawsze złoszczę się na kierowców, którzy siedzą mi na dupie.

A ja zdecydowanie stawiam przecież na świadomą zgodę. Dlatego manifestuję opór. Nie zjeżdżam, bo nie zamulam przecież. Jadę tyle, ile warunki dają, przede mną zwykle ktoś jest. Nie blokuję lewego pasa, po prostu wyprzedzam kolumnę tirów na prawym. Kiedy będzie można, to zjadę. A oni mi podjeżdżają jeszcze bardziej, slalomem coś próbują zdziałać, gestykulują, krzyczą nawet, widzę to w lusterku. Może owsiki mają. Albo inne przykre dolegliwości. A może to jedyna forma bliskości, jaką są w stanie praktykować. Ej, chłopaki, odwagi. Można próbować budować relacje bez agresji, nawet jak się ma niski ciemny samochód sprowadzony z Europy Zachodniej.

Artykuł pojawił się w numerze: Odczarowanie Jezusa