Mam może pięć lat. Poranny sobotni gwar, dziadek pakuje do bagażnika samochodu plastikowe skrzynki na pomidory. Pudełko herbaty yunnan, paczka papierosów i w drogę.
Jedziemy jakieś pół godziny, czasem trzeba się zatrzymać przed przejazdem kolejowym. Żeby nam się nie dłużyło, liczymy wagony pociągu: dziesięć, jedenaście, dwanaście… Ruszamy!
Parkujemy samochód, idziemy żwirową alejką, dziadek otwiera kłódkę, dłonią popycha starą furtkę. Jesteśmy.
Od progu zaczynam zajmować się swoimi działkowymi sprawami: obchód kwiatowych rabat, kontrola mrowiska, które postanowiło nieustraszenie tkwić pod betonową płytą chodnika, poszukiwania ślimaków i biedronek, sprawdzenie stanu wody w starej żeliwnej wannie.
Czasem wyprawiam się dalej, poza obręb naszej działki, i odwiedzam pobliski kanałek. Idę tam szukać żab. Zawsze wracam z jakąś w garści.
Bywają sezony, w których dziadek pomaga sąsiadom – a to trzeba przekopać grządki, a to coś naprawić, przytrzymać, zebrać.
Jest jeszcze ciocia, żona dziadka. Moja ukochana przyszywana babcia. Kwiaty to jej pasja. Ciocia bardzo mnie kocha, a ja o tym wiem. Kiedy chcę, kroi grube pajdy chleba, smaruje masłem, posypuje cukrem. To moja przewodniczka po świecie roślin, religii, spraw mniejszych i większych.
W sezonie spędzamy na działce całe dnie. Pierwsze wiosenne wizyty nie przynoszą żadnych owoców poza naszym zmęczeniem. Dopiero z czasem, gdy w lecie ogród rozkwita w pełni, wracamy do domu zaopatrzeni w kolejne skrzynki z kwiatami, pomidorami, włoszczyzną, jabłkami, agrestem, długimi bukietami świeżego kopru. Wieczory to czas porządkowania tych darów ziemi. Wekowania, gotowania, suszenia.
Cała kolekcja słoików ląduje później w piwnicy, by tam czekać na zimę. A potem jestem już dorosła. Na tym świecie nie ma już ani dziadka, ani cioci.
Wspomnienia pięknych chwil spędzonych z nimi i miłość do przyrody sprawiają, że przy pierwszym większym zastrzyku gotówki podejmuję decyzję o zakupie działki ROD.
Nie jest to jednak wcale proste. Bez rezultatu oglądam kolejne i kolejne skrawki ziemi wśród bloków albo niedaleko lotniska z samolotami latającymi niemal nad głową. Działki w kształcie ostrego trójkąta z posadzonymi gęsto żywotnikami, działki z gołębnikiem, działki z lokatorem.
Ale później znajduję właśnie to ogłoszenie. Dzwonię i słucham o starej moreli, dzikiej jabłoni, o tym, że jest podłączona woda i jest prąd.
Jadę, wchodzę, po pięciu minutach, mówię, że jestem zdecydowana. „Może się pani jeszcze zastanowi” – podpowiada starsza kobieta, która mnie oprowadza. Ale ja już wiem, że to moje miejsce, że tego szukałam.
Pierwsze tygodnie są intensywne. Działka nie była uprawiana przez kilka lat, więc zamiast trawy i kwiatów rosną na niej szerokie połacie podagrycznika, nie widać ścieżek, niemal na środku poletka znajdują się resztki kompostownika. Ale ja jestem zachwycona.
Po pierwszych ambitnych planach stworzenia tu namiastki angielskiego ogrodu, a może i „małej białej chatki w skandynawskim stylu”, już wiem, że nic nie będzie tu pod linijkę, że będzie dziko, będzie po mojemu.
Kiedy kilkanaście lat temu zaczęłam wspominać, że marzę o działce ROD, znajomi patrzyli na mnie z lekkim politowaniem.
Działki są przecież dla starych ludzi, którzy uprawiają tam natkę pietruszki i potem handlują nią na rogu ul. Marszałkowskiej i Świętokrzyskiej, czyż nie? Oj, nie, drodzy Państwo. Wszyscy dobrze zrozumieli to dopiero w czasach pandemii, gdy ceny ROD-osów wystrzeliły w kosmos.
Pęka mi serce, bo przyszłość tych działek jest dziś wielką niewiadomą. Do końca 2025 r. rady gmin mają uchwalić tzw. plany ogólne, które zaważą na losach Rodzinnych Ogrodów Działkowych. Tereny gmin zostaną podzielone na 13 stref planistycznych, z czego jedynie 3 pozwalają na uwzględnienie ROD w miejskim planie zagospodarowania przestrzennego. To, do której z nich trafi ROD, zdecyduje zatem, czy zostanie zlikwidowany.
Pamiętajcie o ROD-osach.
Idźcie tam na spacer, otwórzcie serca i oczy, cieszcie się nimi, zanim kolejny deweloper zrówna wszystko z ziemią, stawiając bloki otoczone gęstym ogrodzeniem symetrycznie obsadzonych żywotników. Cieszcie się jeżami zjadającymi ślimaki, pszczołami zbierającymi nektar i robiącymi (także dla was) miód i zapachem napęczniałych, rumianych od słońca owoców na koniec lata.
Marzę o tym, by te ogrody przetrwały, by wciąż mogły być miejscem wytchnienia, towarzyskich i dobrosąsiedzkich relacji, a przede wszystkim namiastką dzikiej przyrody w betonowych miastach, gdzie doskwiera nam coraz większa samotność.