Wymuszona przez Watykan rezygnacja abp. Dzięgi przejdzie do historii Kościoła w Polsce nie tyle ze względu na sam fakt jego dymisji, ile z powodu towarzyszących jej okoliczności.
Zacznijmy od tego, że Stolica Apostolska – jak ma to w zwyczaju – nie wyjawiła przyczyn odejścia metropolity szczecińsko-kamieńskiego. Nuncjusz ogłosił jedynie enigmatyczny komunikat o przyjęciu jego rezygnacji przez papieża (24 lutego). A przecież duża część wspólnoty Kościoła w Polsce od lat czekała na tę dymisję, uważając urzędowanie Dzięgi – w sytuacji, kiedy stawiane są mu zarzuty (m.in. o tuszowanie przestępstw seksualnych popełnionych przez ludzi Kościoła) – za skandal i źródło zgorszenia, i licząc na ujawnienie prawdy o czynach i zaniechaniach arcybiskupa.
Jak można się było spodziewać, milczenie nuncjusza wykorzystał sam zainteresowany, ogłaszając (24 lutego) ociekający pobożnością list do księży, w którym tłumaczył swą rezygnację pogarszającym się stanem zdrowia. Obciążony tak poważnymi oskarżeniami, nie skorzystał przy tym ze sposobności, aby wyrazić skruchę, ograniczył się jedynie do ogólnikowych przeprosin. Jednak nie zwrócił się z nimi do pokrzywdzonych i zgorszonych, tylko do współbraci w kapłaństwie – na wypadek gdyby „[ jego] słabości, w tym niepełne zrozumienie określonych okoliczności, a czasem nawet (…) zwykłe ludzkie zmęczenie”, stały się przyczyną ich „niepokoju” (!).
Te słowa wywołały burzę. I nie chodzi tu tylko o komentarze takich osób jak Tomasz Terlikowski, Zbigniew Nosowski czy ks. Alfred Wierzbicki, ale o fakt niemający precedensu we współczesnej historii Kościoła w Polsce. Mam tu na myśli publiczne zabranie głosu przez kilku biskupów pomocniczych, dla których wierność Ewangelii okazała się silniejsza od quasi-korporacyjnej lojalności wobec współbrata w episkopacie. Warto zapamiętać nazwiska tych biskupów: Artura Ważnego (to on zaprotestował jako pierwszy – i uczynił to już 25 lutego), Grzegorza Suchodolskiego, Adama Baba i Piotra Wawrzynka. Co w tym kontekście ważne, wszyscy czterej spotkali się niedawno z Tośką Szewczyk, osobą skrzywdzoną, autorką książki Nie umarłam.
Być może – oby! – dołączą do nich kolejni hierarchowie, pomimo wylewanego na nich przez niektóre środowiska wiadra pomyj.
Bo przecież – jak napisał w mediach społecznościowych bp Suchodolski – „są wybory (moralne) ważniejsze niż wybory nawet najważniejszego prezydium; jest kapitał duchowy (…) o wiele ważniejszy niż stary lub nowy fundusz kościelny; jest prawda formująca (…) bardziej niż jedna lub dwie godziny religii w tygodniu”.
Te słowa – i wyrażona przez biskupów solidarność ze skrzywdzonymi – są dla mnie promykiem nadziei dla Kościoła w Polsce. I już teraz jakoś zmieniają kościelną rzeczywistość.
Świadczy o tym chociażby kolejne stanowisko nuncjatury apostolskiej, która – pod naciskiem opinii publicznej – zdecydowała się (26 lutego) jednak ogłosić, że powodem dymisji abp. Dzięgi nie były problemy zdrowotne, ale wyniki dochodzenia prowadzonego przez Stolicę Apostolską. Szkoda tylko, że nawet teraz nie nazwano rzeczy po imieniu (i nie powiedziano wprost o tuszowaniu przestępstw popełnionych przez ludzi Kościoła, ochronie sprawców, matactwach procesowych itp.), ograniczając się jedynie do stwierdzenia, że chodzi tu o „zaniedbania, o których mowa w dokumencie papieskim Vos estis lux mundi”.
To wielka sztuka: tak mówić, żeby powiedzieć jak najmniej.
*
Śmierć niemieckiego teologa i tłumacza Winfrieda Lipschera (1938– 2024) odnotowuję na tych łamach nie tylko z poczucia kronikarskiego obowiązku, ale i z potrzeby serca. Ten niemiecki Warmiak, do 1957 r. mieszkający w Barczewie, był bowiem przyjacielem Polski (a także szeroko pojętego środowiska Znaku), jednym z pionierów pojednania niemiecko-polskiego, człowiekiem, który mawiał o sobie, że jest „Niemcem z polską wrażliwością”, „człowiekiem funkcjonującym równolegle w dwóch światach i dwóch kulturach: polskiej i niemieckiej”.
Jako radca ambasady RFN w Warszawie, świetnie znający nasz język, a w dodatku świadomy katolik, nawiązał bliski kontakt z kard. Wyszyńskim i stał się nieformalnym pośrednikiem (jak sam mówił: „listonoszem”) pomiędzy prymasem i kanclerzem Helmutem Schmidtem.
Był człowiekiem nadziei. Mimo ostatnich lat, w których pojednanie polsko-niemieckie z wyboru naszych władz bywało tak mocno kwestionowane, on wciąż w nie wierzył i nie poddawał się pokusie zniechęcenia. I do końca życia – mimo zmniejszających się wraz z wiekiem możliwości – ciągle to dialogiczne poletko uprawiał.