Miałam sen. Brałam udział w Milionerach. W pewnym momencie nie znając odpowiedzi na jedno z pytań, skorzystałam z koła ratunkowego w postaci telefonu do przyjaciela. Nim zdążyłam powiedzieć, do kogo dzwonimy, sen się skończył, a ja obudziłam się, zastanawiając, kogo bym wybrała, gdyby przyszło mi podjąć taką decyzję na jawie. Dzień wcześniej przeczytałam, że kiedy bierzesz udział w tym teleturnieju, już na nagranie przyjeżdżasz z przyjacielem, który czeka w studiu na ewentualny telefon. W sumie jasna sprawa, nic zaskakującego. Zaczęłam się zastanawiać, kogo poprosiłabym o pomoc. Czy to osoba, którą kocham najbardziej? A może ktoś, kogo uważam za najmądrzejszego? Czy może ktoś najbardziej zorientowany w wiedzy ogólnej, ten, który zawsze jest na bieżąco? Wierciłam się w łóżku, analizując stan wiedzy bliskich mi osób.
Jeden odpada, bo choć inteligentny i zorientowany w wiedzy ogólnej, to nic nie czyta poza serwisami internetowymi. Drugi, profesor, ale specjalista w wąskiej dziedzinie. Trzeci – rozczytany w literaturze pięknej, bujający w obłokach, ale fakty historyczne mylą mu się w sposób tak uroczy, że trudno mieć do niego jakiekolwiek pretensje.
Kiedy już zeszłam na ziemię, przypomniałam sobie, że czas przygotować przekąski na piknik ze znajomymi, który zaplanowaliśmy tego wieczora. Piknik pod rozgwieżdżonym niebem, gdyż tego dnia miała być Noc Perseidów – noc spadających gwiazd. Siedzieliśmy nad skrzącym się w ciemnościach ogniskiem i rozmawialiśmy o przyjaźni. Towarzystwo mieszane – od kilkuletnich dzieci, przez wszystkowiedzące nastolatki i młodych dorosłych (pozdrawiam Cię, moja córko!), na czterdziestolatkach kończąc. Wydaje się, że nastolatki i czterdziestolatki mają na ten temat najwięcej do powiedzenia.
Już wiemy, że nie ma ludzi idealnych, a przede wszystkim, że my sami tacy nie jesteśmy, że mamy swoje mocne i słabe strony. I że w przyjaźni chyba chodzi o to, żeby móc na sobie polegać, bez względu na te wszystkie przywary i słabostki. A. powiedziała coś, co utkwiło mi w pamięci: „Jeśli będziemy cały czas odrzucać ludzi, bo nam coś w nich nie pasuje, to na starość zostaniemy zupełnie sami, jak moi rodzice, którzy mieli w młodości znajomych, a na starość nie mają z kim pójść na sylwestra”. Od razu pomyślałam o sobie, bo ja wielu ludzi odrzuciłam. Wiele potrafiłam wybaczać, aż przychodziły takie zadry, o których zapomnieć nie umiałam i chyba po prostu nie chciałam. Ucinanie tych więzów w moim wydaniu jest ostre i nagłe. Zupełnie tak, jakby wpadł między nas jakiś samuraj ze świetnie naostrzonym mieczem. Czy kiedykolwiek tego żałowałam? Właśnie chodzi o to, że nigdy.
Jednocześnie muszę o tym napisać: mam wielkie szczęście do ludzi. Wierzę w dobry los i brak przypadków, więc nigdy nie uważałam, że prawdziwe przyjaźnie nawiązuje się tylko w dzieciństwie, młodości, na studiach, pierwszej pracy – niepotrzebne skreślić. Moje relacje czasem pojawiały się jako zalążek wspólnych zainteresowań, a innym razem były czymś w rodzaju porozumienia dusz.
Podczas liczenia spadających gwiazd uświadomiłam sobie, że czas zejść na ziemię i zadbać o tych ludzi, których mam.
Nie oczekiwać od innych tego, co sama daję. Bo w przyjaźni potrafię się zatracać, stawać na rzęsach, „dawać z siebie wszystko”. Późniejsze rozczarowania w takim przypadku nie są draśnięciami, lecz głębokimi ranami, których by nie było, gdybym kierowała się bardziej rozumem niż sercem.
Postanowiłam więc zatroszczyć się o te spokojne relacje, które płyną wolno jak delikatny strumyk. One zawsze były obok, brałam je za oczywistość, ale wciąż szukałam wielkich przyjaźni, ludzi, którym chciałam ofiarować wszystko. Tylko po co? Dziś nie wiem.
Spojrzałam więc na to nowym okiem i zdałam sobie sprawę, że niektóre z nich trwają tak długo, iż stały się już przyjaźniami, choć nigdy nienazwanymi tym wielkim słowem. No bo nie spotykamy się co tydzień, nie wisimy na telefonach, nie mówimy sobie wielkich słów.
Jednak kiedy trzeba sobie pomóc, nie boimy się zadzwonić i poprosić o wsparcie. Sami też nigdy nie odmawiamy, bo nawet nie przyszłoby nam to do głowy. A kiedy nam się nie chce wspólnie wyjść do kina, to mówimy prawdę i nie szukamy wymówek, bo wiemy, że nikt nas nie oceni. Bo nas zna, bo wie, że czasem nam się nie chce tak samo jak im.
Mamy też wspólne wydarzenia, planowane z dużym wyprzedzeniem, które są ważne, wręcz święte, bo służą właśnie temu, by podtrzymać te wszystkie więzi plecione latami. Trzymamy się ich.
Kogo bym zabrała ze sobą do teleturnieju? Na pewno kogoś z tych osób. Każda jest inna, ale żadna nie odmówiłaby mi pomocy, gdybym o nią poprosiła. I ja sama też bym nie odmówiła.
Pielęgnujmy relacje. Te malutkie i te większe. Te bez wielkich słów, te zwyczajne, spokojne, z pozoru nic nieznaczące. Żebyśmy na starość mieli z kim pójść na sylwestra