Subskrybuj
Olga Gitkiewicz (fot. Anna Liminowicz)
Redaktorka i dziennikarka. Autorka reporterskich książek Nie hańbi oraz Nie zdążę. Współpracuje z Instytutem Reportażu.

Zwolnienie blokady

Rzeczy bezsensowne trzymają mnie w pionie. Nie mam żadnych decyzji do podjęcia ani informacji do przetworzenia i zapamiętania.

Wciąż coś robić, zapamiętywać, przetwarzać informacje, trwać w gotowości. Klucze, żelazko, gaz, spotkanie, wizyta, zakupy, konsultacja, warsztaty, wywiadówka, pralka, podróż, spotkanie, powrót, klucze, rachunki, zakupy, żelazko – mój mózg przypomina komorę maszyny losującej, w której kręci się parędziesiąt kul. Kiedy tylko jedna z nich wypada, zaraz na jej miejsce wskakuje kolejna.

To nie jest wyłącznie moja codzienność – mnóstwo osób narzeka na przepracowanie, nadmiar obowiązków i związane z tym zmęczenie i przebodźcowanie.

Czasami jednak mam chwilę tzw. wolną.

I oczywiście miewam również plany, te wspaniałe i imponujące, związane z zażywaniem rozrywek intelektualnych, na które na co dzień nie starcza mi czasu. Sztuki teatralne, wizyty w galeriach, całe listy książek do nadrobienia i dokończenia. Albo chociaż seriale, i niekoniecznie już nawet dokumenty – po prostu jakiś kryminał, sitcom, thriller.

Nie, to niekiedy też jest za dużo.

Właśnie wtedy sięgam po telefon. Wcale nie po to, żeby zadzwonić do znajomych.

Rozmaite think tanki, serwisy i agencje regularnie sprawdzają, dlaczego i jak często używamy internetu i, nieco zawężając, mediów społecznościowych, bo z nich korzysta już prawie 30 mln Polek i Polaków. Mimo że wśród najczęściej podawanych motywacji są pozostawanie w relacji ze znajomymi i networking, czyli nawiązywanie nowych kontaktów, to tuż za nimi dość wysoko w rankingach stoi zasięgnięcie inspiracji oraz wiadomości ze świata.

Nie wiem, jakich aktualności poszukują inni, ale moje internetowe uniwersum to abstrakcyjne filmy o niezwykłych ludziach. Osobach, które zalewają żywicą tony kredek, utwardzają tę masę, szlifują i wycinają z niej kolorowe blaty stolików, podkładki i tace. Jest coś kojącego w obserwowaniu warstw żywicznych opiłków, spod których wyłania się coraz gładsza, bardziej błyszcząca powierzchnia.

Spośród przesuwających się przed oczami treści mój mózg wyłapuje opisy i zatrzymuje się na niektórych z nich, tych najbardziej surrealnych.

„Stworzyła piękną sukienkę z dmuchanych basenów”.

„Ten kolorowy tort może stać się niezwykłą cechą każdej imprezy”.

„Dziwaczne bieliźniane hacki, które powinieneś znać”.

Płyną mi przed oczami filmy w zwolnionym tempie lub przyspieszone, rosnące ciasto drożdżowe, patelnie, na których ktoś rozrabia karmel, i kolorowe lakiery rozsmarowywane na folii, z jednej strony bardzo rzeczywiste, a z drugiej – absolutnie odrealnione.

Wiem, jak można to nazwać: marnowanie czasu i poddawanie się kontroli algorytmów. Telefon sprawdza i regularnie mi donosi, jak długo z niego korzystam. Moja średnia tygodniowa to najczęściej godzina dziennie, choć niekiedy zdarzają się i trzy. To mimo wszystko nie jest fatalnie, rozgrzeszam się. A poza tym te godziny bywają mi po prostu niezbędne.

Bo przychodzą takie dni, kiedy wiem, że nie przyswoję nic. Nic, co wymagałoby skupienia, rozumienia, jakiejkolwiek aktywności umysłowej. Żadne kotki, bo to już byłoby za dużo. Nawet nie osierocone kangury na welurowych kocykach, nie pandy, bo to za dużo emocji. Nie memy, bo trzeba je jednak przemyśleć. Raczej ręce, które powoli wyrabiają twaróg albo szatkują kapustę, tak, to jest ten kierunek. Topienie świec woskowych i robienie z nich innych świec. Sukienki z baseników dziecięcych, które ostatecznie okazują się kółkami do pływania, też nie trzeba rozumieć, nie trzeba jej analizować, można patrzeć, jak kolejne warstwy się nadmuchuje, wkłada, a potem, już na osobie, wypuszcza z nich powietrze, i nie trzeba się nawet zastanawiać, dlaczego właściwie. Bo po co to drążyć?

Wszystkie te rolki i krótkie wideo w mediach społecznościowych to moja własna klatka Faradaya. Oddaję im swój ładunek i przestaję być naelektryzowana. To one pozwalają mi zapomnieć o stu tysiącach drobiazgów, i proszę bardzo, to właśnie mój powód sięgania po telefon: rzeczy bezsensowne trzymają mnie w pionie. Nie mam żadnych decyzji do podjęcia ani informacji do przetworzenia czy zapamiętania. Komora maszyny losującej jest pusta.

Artykuł pojawił się w numerze: W kulturze ciągłej terapii