Subskrybuj
fot. archiwum własne autora
Pisarz i fotograf. Autor cykli reporterskich oraz książek tłumaczonych na angielski, niemiecki, rosyjski i węgierski. Współtwórca festiwalu literackiego MiedziankaFest. Razem z Julią Fiedorczuk założył Szkołę Ekopoetyki przy Instytucie Reportażu. Ostatnio opublikował Dwunaste: Nie myśl, że...

Już nie słychać

Kiedy ostatnio słyszeliście skrzypienie śniegu, wrzask gawrona, dzieci wołające kolegów na podwórku?

W środku pachniało tak, jak powinno pachnieć w porządnym warzywniaku. Już sam ten zapach przenosił w czasie. Za ladą nie było nikogo. Przez chwilę w milczeniu wybierałem mandarynki. W końcu za sfatygowaną firanką coś się poruszyło, a potem rozległ się ten dźwięk. Ktoś wybierał stację, kręcąc gałką radia. Piski i przesterowania zlewały się z fragmentami audycji i piosenek. Wreszcie niewidzialna ręka zatrzymała się na wybranym punkcie skali, z charczącego nieco głośnika popłynęła klasyczna melodia. Chrząknięcie, ruch firanki, zakutana w kufajkę właścicielka spojrzała na mnie zdziwiona.

– To się pan przyczaił! – powiedziała z uśmiechem, a potem przeniosła wzrok na moje mandarynki. – Bardzo słodkie, skórka ładnie schodzi. Ale drogie jak cholera.

Nie chciałem stamtąd wychodzić, lecz nie za dobry jestem w takie rozmowy. W gruncie rzeczy trochę liczyłem, że wróci na zaplecze i znów pokręci gałką radia. Żeby mi się te mandarynki, zimny, pachnący ziemią warzywniak i ten dźwięk zlały w jedno i wlazły pod skórę.

– Bierze pan? – zapytała bez nuty zniecierpliwienia.

– Biorę.

Zapłaciłem i wyszedłem na zewnątrz. Miałem stanowczo za dużo mandarynek i poczucie, że wróciłem z dalekiej podróży.

Szedłem do domu okrężną drogą i zamyślony, skubałem owoce. Dźwięk radia snuł mi się gdzieś tam w środku głowy. Nie słyszałem go od tak dawna, że zapomniałem o jego istnieniu. Ale teraz wróciły mi niemal wszystkie związane z nim wspomnienia. Jak choćby to, kiedy pojechaliśmy całym zastępem do Puszczy Noteckiej na długi majowy weekend, żeby jak zwykle przejść ją całą z zachodu na wschód. Gdy tylko wysiedliśmy z pociągu, zaczęło lać. Schowaliśmy się w lesie, rozbiliśmy namioty z pałatek i włączyliśmy przenośne radyjko. Łukasz chwilę szukał na skali właściwej stacji, a potem z małego głośniczka rozległa się piosenka, jaką w tamtym czasie melodyjnie zapowiadali pogodę w Radiu Zet: „Bęęęęędzieeeeeee pa-aaaaa-daaać! Będzie zimnieeeeej!”. Spędziliśmy w namiotach dwa kolejne dni, kompulsywnie przejadając zapasy.

Jednak to nie przywołane wspomnienia tak mną zabełtały w warzywniaku. To raczej uświadomienie sobie, że nawet nie zauważyłem, jak ten konkretny dźwięk zupełnie zniknął z mojego życia. Nie żeby znowu miał on dla mnie jakieś fundamentalne znaczenie, ale coś mi tam robił. Był. „Dźwięki w pamięci są niczym oddechy, którymi mierzy się odległość do minionych światów. Jak długo słychać echo, jak długo wybrzmiewa głos, tak długo pamięć pozostaje żywa” – pisze Marcin Dymiter w swoich znakomitych Notatkach z terenu. Coś w tym jest. Zaraz też zacząłem się zastanawiać, jakich jeszcze dźwięków ubyło z mojego osobistego dźwiękowego pejzażu. Moje myśli od razu pobiegły najprostszymi, technologicznymi ścieżkami. Z takiej przecież pochodziło to doświadczenie z radiem. Stare odbiorniki tak już miały, że trzeba było pokręcić i prześlizgnąć się po wierzchołkach radiowych fal, by znaleźć to, czego się szukało. Podobna zmiana dokonała się w fotografii. Dźwięk lustra analogowego aparatu puentował proces poszukiwania kadru, tak jak stukot maszyny do pisania stanowił audialny ekwiwalent dość szczególnego rodzaju namysłu nad zdaniem, akapitem i całym tekstem, jaki ta maszyna wymuszała.

Gdy jednak zboczyć z technologicznych ścieżek, atlas dźwięków minionych odsłania kolejne opustoszałe terytoria. Bo co z takim skrzypieniem śniegu? Kiedy ostatnio spadło go tyle i zmroziło wystarczająco, by można było, idąc nocą przez puste miasto, zanurzyć się w tym odgłosie? Nawet gdy to się jeszcze czasem zdarzy, słyszę w tym skrzypieniu już tylko żałobny lament za czymś, co odeszło. A gawrony? Kto słyszał ostatnio gawrona? Ich wrzeszczenia jest w miastach coraz mniej, skutecznie się udało gawrony wytępić, ornitolodzy alarmują, że ptaki te są już poważnie zagrożone wyginięciem. Albo dzieci wołające z podwórka kolegę mieszkającego na ostatnim piętrze (bo od czego są domofony i telefony). Trochę mi tego darcia się z dołu brakuje.

Nie słychać też ciszy, bo te stare dźwięki są przecież szybko zastępowane przez odgłosy nowe – bardziej zachłanne i wszędobylskie.

To szum silników, popiskiwania komunikatorów, szmer serwerów. „Cyfrowa rzeczywistość buduje sieć pomostów i już nie można być pewnym, gdzie kto jest i kiedy to się dzieje – pisze jeszcze Dymiter. – Kłącza zapętlają się wokół świata, tworząc nowe konstrukcje, nowe połączenia”.

Nie wszystkie z tych nowych połączeń wywołują nostalgię, niektóre prowadzą wręcz do konfuzji. Unia Europejska rozważa np. wprowadzanie obowiązku montowania w samochodach elektrycznych generatorów dźwięku poruszającego się pojazdu. Okazuje się, że auta te są za ciche, powinny głośniej szumieć. Gdy jadą z prędkością nieprzekraczającą 20–30 km/h, właściwie ich nie słychać. A to właśnie ograniczenie do takiej prędkości obowiązuje w wielu europejskich miastach. Rośnie więc liczba wypadków i kolizji z udziałem elektryków – piesi i rowerzyści nie słyszą nadjeżdżających pojazdów. Unia chce, by było je lepiej słychać.

A stare dźwięki? Można się na nie natknąć już tylko w rezerwatach. Takich jak ten mój warzywniak.

Artykuł pojawił się w numerze: Jak wzmacniać odporność psychiczną