Czytelniku, mam problem – jestem zadurzona w powieści, przez którą myślę o sobie źle. Powieścią tą jest Czarodziejska góra Thomasa Manna, a problem, do którego się przyznałam, wydaje się stosunkowo częsty. Coś o tym wiem, ponieważ poświęciłam ostatnich kilka lat na badanie innych czytelników i czytelniczek, którzy się z nim zmagali.
Oto ujęcie Susan Sontag, wspomnienie jej pierwszego zetknięcia z Thomasem Mannem: „Wszystko, co otacza moje spotkanie z nim, ma kolor wstydu”. Czytała Czarodziejską górę w latach 40. XX w., jako nastolatka, i lektura ją porwała, ale również onieśmieliła. Sontag odkryła wkrótce potem, że zbiegły z nazistowskich Niemiec Mann mieszkał w jej okolicy, w Pacific Palisades, odosobnionej dzielnicy Los Angeles na wybrzeżu oceanu. Wraz z przyjacielem zdobyła zaproszenie do odwiedzin – właśnie to spotkanie opisała w powyższym cytacie.
Można odnieść wrażenie, że wspomnienie tamtego wydarzenia przerodziło się w mikrogatunek literacki – sprawozdanie z wywołanego zetknięciem z pisarstwem Thomasa Manna napadu intelektualnego syndromu oszusta. Carlos Fuentes przywołuje doświadczenie Sontag, analizując swoje spotkanie ze zbliżającym się już do kresu życia Mannem w Szwajcarii: „Byłem pełen ciekawości, pełen impertynencji. Czy ośmielę się podejść do Thomasa Manna – ja, 21-letni student z Meksyku, wprawdzie nieźle oczytany, ale z nieokrzesaniem kogoś, kto wciąż nie ma pojęcia o tym, jak należy się poruszać na wyżynach społecznych i intelektualnych? W tekście, który zapadł mi w pamięć, Susan Sontag wspomina, jak, jeszcze młodsza wówczas niż ja, znalazła się w sanktuarium domostwa Thomasa Manna w Los Angeles w latach 40. i prawie nic podczas tej wizyty nie powiedziała, sporo za to zaobserwowała. Ja nie powiedziałem zupełnie nic, lecz, tak jak Sontag, sporo zaobserwowałem”.
Bilet do lepszego świata
Pierwszy raz przeczytałam Czarodziejską górę latem przed rozpoczęciem studiów. Pochłonęłam dwa grube tomy w raptem kilka dni – łapczywie, w pokaźnych porcjach, tak jak pacjenci opisanego przez Manna szwajcarskiego sanatorium pochłaniali podawane im pięć razy dziennie obfite posiłki.
Zanim jednak sięgnęłam po powieść, miałam już ukształtowany na nią pogląd, częściowo tylko świadomy. Wiedziałam, że Czarodziejska góra to jedna z tych opasłych powieści, w których niewiele się dzieje – młody Niemiec, inżynier, wybiera się w odwiedziny do kuzyna, kuracjusza położonego w Alpach szwajcarskich sanatorium dla gruźlików, i spędza tam aż siedem lat, do wybuchu I wojny światowej, długi czas, wypełniony w dużej mierze wypoczynkiem, odrobinę miłością i całym mnóstwem podniosłych myśli.
To było w istocie moje główne skojarzenie z Czarodziejską górą – że jest to książka dla prawdziwych intelektualistów, szczyt erudycji, summa kultury europejskiej.
Osnuta jest wokół dysput filozoficznych na tematy, które przewijały się w historii intelektualnej Europy od wieków: wartość demokracji, Oświecenie, dynamiczny rozwój nauki i technologii, powab totalitaryzmu, niemal nieoddzielny związek średniowiecznego państwa i Kościoła, XX-wieczny komunizm, rozmaitej maści wiedza tajemna przyobiecywana przez gnostycyzm czy masonerię.
Nic dziwnego, że nie czułam się na siłach, by nadążać za tokiem rozumowania w tego rodzaju dyskusjach. To jednak, jak sądziłam, niebawem miało się zmienić – już za kilka tygodni miałam wyprowadzić się z ojczystej Polski, gdzie w pokoju, w którym spędziłam dzieciństwo, czytałam teraz Czarodziejską górę w jedynym dostępnym polskim przekładzie z lat 30., do Wielkiej Brytanii, gdzie miałam rozpocząć studia germanistyczne na Uniwersytecie Oksfordzkim.
Nikt w mojej rodzinie nie przedsięwziął niczego podobnego, lecz wskutek naszego awansu społecznego na przestrzeni ostatnich trzech pokoleń znalazłam się w miejscu, z którego taki skok wydawał się w zasięgu możliwości. A ja chciałam skoczyć jak najdalej. Nie wiem dlaczego, ale mając ten cel przed oczami, uczepiłam się powieści Manna. Choć może uczepienie się akurat jej nie było kwestią przypadku. Pewnie nasuwał mi się na myśl, choćby w najbardziej mglisty sposób, obraz góry, na którą trzeba się wspiąć, jako wizualny odpowiednik zjawiska mobilności społecznej. Miałam zapewne poczucie, że jeśli tylko uda mi się przeczytać tę książkę – przeczytać ją „jak należy”, to znaczy stać się bystrym, wyrafinowanym czytelnikiem, dla którego, jak zakładałam, była ona przeznaczona – jakoś wpłynie to na moją pozycję społeczną. (Wtedy jeszcze oceniałam tę aspirację jednoznacznie pozytywnie).
Moją pierwszą lekturę Czarodziejskiej góry całkowicie zdominowało zatem marzenie o czytelniczce, jaką mogłabym się stać, jeśli tylko przyłożę się do studiów – lepszą niż nastoletnia Sontag, niż młody Fuentes!
Czytanie Manna pobudzało mój apetyt na tego typu erudycję, jakiej zdaje się wymagać jego powieść – doskonałą znajomość niemieckiego, francuskiego i łaciny (jako że tekst najeżony jest frazami obcojęzycznymi, a nawet całe partie dialogów pozostają nietłumaczone), swobodne poruszanie się po gęstej sieci aluzji do Schopenhauera, Nietzschego, Wagnera, Novalisa, Goethego i Freuda, a także delektowanie się taką właśnie powieścią, niezmącone momentami nudy czy niezrozumienia. Tymczasem jednak delektowałam się wszystkim, co działo się między potyczkami intelektualnymi toczonymi przez kuracjuszy sanatorium Berghof, a tło dla nich stanowiła nieodwzajemniona miłość Hansa Castorpa, wspomnianego młodego inżyniera, do starszej od niego Rosjanki, silnie egzotyzowanej Kławdii Chauchat. Wtedy jeszcze nie znałam metodologii postkolonialnej krytyki literackiej, nie zastanowiło mnie więc, dlaczego pochodzący z Europy Zachodniej pacjenci Mannowskiego sanatorium określali tych, którzy urodzili się na wschód od Odry, leniwymi i nieobyczajnymi Azjatami – ani co to może oznaczać dla mnie, skoro Polska, na początku XX w. jeszcze pod zaborami, leżała za granicą tej wyobrażonej krainy zachodniej cywilizacji.
Kilka lat później przeczytałam opowieść Sontag o spotkaniu z Mannem i zrozumiałam, że opisywała ona również bardziej symboliczne zetknięcie dwóch tradycji kulturowych – starego pisarza, niemalże ucieleśniającego kulturę przedwojennej Europy, i młodziutkiej Amerykanki, która czyta jego powieść i się nią zachwyca, lecz ma poczucie, że nie ma szans kiedykolwiek mu dorównać. Ta dynamika wydała mi się znajoma. Niewyrażona podczas mojego pierwszego zetknięcia z twórczością Manna tego lata, zanim zaczęłam studia w Oksfordzie, pozostała podszyta mnóstwem obaw nadzieja, że na zawsze opuszczę to, co, za sprawą literatury Zachodu, nauczyłam się uważać za wschodni brak ogłady i światowości, a po przekroczeniu granicy przesiąknę zachodnią klasą i wiedzą. Czarodziejska góra miała być biletem w tym właśnie kierunku, bez opcji powrotu.
Na ile ważne było to w rozumieniu powieści Manna? Co łączy takich czytelników jak Sontag, Fuentes i ja? Czy nasze doświadczenie czytelnicze jest bardziej powszechne, niż można by sądzić? I czy inni czytelnicy mogliby wyciągnąć z niego jakąś naukę?
Czytelnicy idealni i zwyczajni
Kwestie reakcji czytelników na książki nie są, by ująć to eufemistycznie, mile widziane w tradycyjnych programach nauczania literatury na uniwersytetach. Wyczuwalny jest dyskomfort profesorów, gdy podczas wspólnego omawiania tekstu któryś ze studentów lub któraś ze studentek wspomni o „doświadczeniu własnym”, np. o okresie życia, z jakim kojarzy im się dany tekst, czy o tym, że wzbudził w nich smutek bądź gniew. Tego rodzaju wypowiedzi spotykają się zazwyczaj z uniesieniem brwi, zmarszczeniem czoła i wieloznacznym „hmm”. Z kolei dostrzeżenie aluzji do świata kultury – przede wszystkim do Biblii czy do starożytności – wywołuje na ogół entuzjastyczne kiwanie głową i szeroki uśmiech. Myślę, że mam podstawy, by tak twierdzić, ponieważ obserwowałam to zjawisko z obu stron, najpierw jako studentka, teraz jako wykładowczyni.
Jako studentka nade wszystko łaknęłam potaknięć i uśmiechów, nie grymasów i pomruków. Gdy czytaliśmy jednak pierwszą z zadanych lektur, Effi Briest Theodora Fontane, nie mogłam uwolnić się od myśli, że nie powinniśmy przemilczać tego, że większość z nas ta powieść nudziła.
Właśnie tak, nudziła nas – całe strony nie posuwały fabuły ani odrobinę naprzód i chciało się od tego ziewać. Czy to dlatego, że byliśmy studentami pierwszego roku, pierwszaczkami, którzy nie potrafili docenić dobrej literatury?
Niekoniecznie. Pamiętam swoją ekscytację, gdy w wyniku pierwszej w życiu kwerendy w serwisie JSTOR trafiłam na artykuł zatytułowany Performing Boredom in Effi Briest: On the Effects of Narrative Speed (Odgrywanie nudy w Effi Briest: o efektach tempa narracji). Pierwsze zdanie brzmiało: „Effi Briest to książka »nudna«”. Może więc nuda nie musiała pozostawać skrywaną przed profesorami wstydliwą tajemnicą, lecz mogła stać się katalizatorem tego rodzaju akademickiego podejścia do tekstu, jakie mieliśmy w sobie wyrobić! To brzmiało obiecująco, więc czytałam dalej: „Effi Briest to książka »nudna«. Nie jest to tego rodzaju osąd krytyczny, jaki się zwykle wygłasza, i to z dwóch powodów. Po pierwsze, słowo »nudna« brzmi negatywnie i banalnie, a zadaniem akademickiej krytyki literackiej nie jest na ogół dyskredytowanie obiektu badań, lecz raczej odkrywanie jego złożoności. Po drugie – i ważniejsze – jest to ocena o pewnym ładunku emocjonalnym, która oddala się od omawianego dzieła i zapuszcza w rejony reakcji afektywnej. Z obu tych powodów krytykowi nie wypada określać dzieła mianem nudnego”.
Artykuł analizuje następnie nudę jako trop kulturowy i narracyjny wykorzystany do uchwycenia i przekazania cierpienia młodej bohaterki powieści – oraz do przytaczania Kanta i Heideggera w sporych dawkach. Zaciekawił mnie, jednak zaproponował niezadowalającą odpowiedź na trawiące mnie pytanie o to, jak wykorzystać swoje uczucia jako czytelniczki. Fakt, artykuł nie kazał mi ich pominąć, co zalecało, w sposób jawny bądź ukryty, wiele innych tekstów krytycznych, które czytałam. Pokazywał jednak, jak legitymizować własne uczucia za pomocą przeładowanych żargonem cytatów z szacownych filozofów i specjalistów z zakresu teorii literatury. To wciąż wydawało się nie tym, o co mi chodziło, szukałam więc dalej.
Znalezienie lepszej odpowiedzi na moje pytanie nie było łatwe.
Literaturoznawcy mają zwyczaj pisać o czytelnikach „domyślnych” bądź „idealnych”, a nie uwzględniać relacje prawdziwych czytelników, w tym również własne doświadczenia lekturowe.
Obydwu przywołanych wyżej terminów używa się do określania czytelnika „hipotetycznego” – osoby, do której, jak ujmuje to Andrew Bennett, „tekst jest skierowany”, która może „z danego tekstu najwięcej wyczytać”, osoby „przygotowanej do lektury danego tekstu pod względem posiadanej wiedzy, żywionych sympatii i antypatii, strategii czytelniczych i uprzednich doświadczeń lekturowych”. To normatywne pojęcie abstrakcyjnego czytelnika implikowanego przez tekst może być jednak niezwykle ograniczające, gdy bierze się pod uwagę czytelników rzeczywistych – prawdziwych ludzi.
W gronie mannologów to pojęcie również jest czymś fundamentalnym. Hermann Kurzke zaczyna swoją autorytatywną monografię zatytułowaną Thomas Mann: Epoche – Werk – Wirkung (Thomas Mann. Epoka – dzieło – oddziaływanie) od opisu „optymalnego czytelnika Thomasa Manna” – połączenia czytelnika „idealnego” z rzeczywistymi odbiorcami prozy Manna. Opis Kurzkego prowadzi jednak do dosyć krótkowzrocznych wniosków, jeśli chodzi o grono osób, które mogą produktywnie czytać Manna w XXI w. „Optymalnym czytelnikiem Thomasa Manna nadal jest wywodzący się z klasy średniej tradycyjnie wykształcony człowiek, który zbłądził, to znaczy nie utożsamia się już ze swoją klasą społeczną i jej interesami, lecz nie znalazł jeszcze innego duchowego domu – pisze Kurzke. – Tradycyjne dla klasy średniej Bildung to niemal nieodzowny warunek owocnego czytania Thomasa Manna, ponieważ (…) trzeba być obeznanym z konwencjami, które ulegają ironicznej subwersji, by tę subwersję docenić”. Kurzke martwi się jednak, że nawet grupa tak zdefiniowanych czytelników „poniosła ogromne straty, straty, których nie może zrekompensować oferowany obecnie w szkołach i na uczelniach wyższych substytut nauczania”.
Dlatego jedynymi czytelnikami, którzy wedle tej teorii mogą dziś naprawdę doceniać Manna i czerpać przyjemność z lektury jego powieści, są piastujący stanowiska akademickie niemieccy specjaliści od jego twórczości.
Wszyscy czytelnicy spoza Niemiec są skazani na niepowodzenie już na starcie, nie mieli bowiem okazji doświadczyć charakterystycznego dla Niemiec modelu Bildung, edukacji kulturalnej przesyconej moralnymi ideami w zakresie budowania charakteru i integracji jednostki ze społeczeństwem. Nawet wśród czytelników niemieckich szanse mają tylko osoby wywodzące się z konkretnej klasy, mianowicie synowie porządnych mieszczańskich rodzin, których ojcowie przypominają protoplastów samego Manna. Z każdym pokoleniem jednak tradycje mieszczaństwa hołdującemu ideałowi Bildung blakną coraz bardziej, przez co odpowiednie wyedukowanie młodych Niemców staje się niemal niemożliwością. Ostatnimi pozostałymi na posterunku są więc profesorowie literatury niemieckiej starszego pokolenia, którzy zajmują się badaniem twórczości Thomasa Manna (przedmiotem opisu Kurzkego jest der beste Thomas-Mann-Leser, czyli czytelnik płci męskiej, stąd „profesorowie”, nie „profesorki i profesorowie”).
Zatrzymam się dłużej przy pojęciu Bildung – pojęciu kluczowym, choćby dlatego że Czarodziejska góra czerpie z tradycji Bildungsroman – by podważyć argument o idealnym czytelniku Thomasa Manna. W powieści słowa Bildung (wykształcenie) i gebildet (wykształcony), oznaczające posiadanie wykształcenia kulturalnego i ogłady, pojawiają się znacznie rzadziej niż ich przeciwieństwa. Unbildung, ungebildet oraz Bildungsschnitzer(„gafy wynikające z braku wykształcenia”) to słowa, które pojawiają się w kontekście pewnej postaci drugoplanowej, niejakiej pani Stöhr, ponad 20 razy (pierwsze z nich – siedem, drugie – dwanaście, trzecie – trzy razy). Owe gafy wynikające z braku wykształcenia to zwykle przekręcone wyrazy pochodzenia łacińskiego, używane po to, by sprawić wrażenie osoby wykształconej: pani Stöhr mówi, że ma „tempus”, mając na myśli „temperaturę”, symfonię Beethovena nazywa „Erotica” zamiast „Eroica” itd.
Równocześnie jednak pani Stöhr z przyjemnością opisuje innego kuracjusza jako człowieka pozbawionego Bildung. Tematem powieści jest w tej samej mierze dążenie do Bildung, co lęk przed tym, że można się okazać ungebildet. Czytelników zaprasza się do tego, by kpili z pani Stöhr, ale mogą oni również żywić obawę, że są do niej podobni. Szczególnie jeśli, jak ja, mają tak samo na imię – Karoline.
Machineria pożądania i aspiracji
Pociesza mnie to, że nawet Mann nie uniknął porównania do pani Stöhr, obiektu własnej parodii. Franz Josef Scheuren przeanalizował notatki na marginesach egzemplarza Czarodziejskiej góry należącego do Ernsta Bertrama. Bertram, którego w latach 20. XX w. Mann zaliczał do swoich bliskich przyjaciół, był pisarzem, profesorem uniwersyteckim, a później sympatykiem reżimu nazistowskiego. Scheuren przytacza liczne kąśliwe uwagi Bertrama odnoszące się do popełnianych przez Manna błędów w pisowni wyrażeń obcojęzycznych, przede wszystkim francuskich. Bertram posuwa się wręcz do porównania tego, co postrzegał jako starania Manna, by jawić się jako człowiek lepiej wykształcony i o większej ogładzie, z częstymi Bildungsschnitzer popełnianymi przez panią Stöhr. Ze złośliwą satysfakcją wyłapuje językowe potknięcia Manna, tak samo jak Mannowski narrator fiksuje się na wyszydzaniu błędów pani Stöhr. W pewnym momencie Bertram pisze na marginesie: „I kto szydził z pani Stöhr?”.
Oczywiście to wszystko więcej mówi nam o Bertramie niż o Thomasie Mannie, niemniej jednak pokazuje też, jak uwrażliwieni byli przynajmniej niektórzy czytelnicy na budowaną przez Manna aurę znawstwa i jak delikatną kwestią może być kulturowy performance erudycji. Jak ujmuje to Sara Danius, Czarodziejska górajest „powieścią o wiedzy – o jej uwarunkowaniach, rządzących nią procesach, płynących z niej konsekwencjach”, lecz również o wiążących się z nią lękach, mitach, fantazjach i fantomach.
Czarodziejska góra tworzy fantom niemożliwie erudycyjnego „czytelnika idealnego”, przez co prawdziwi czytelnicy mogą mieć poczucie, że lektura tej powieści jest zadaniem znacznie przekraczającym ich możliwości.
W największym skrócie tak właśnie działa ta powieść: zmusza czytelniczkę do zmierzenia się z własnymi lękami dotyczącymi przekonania, że nie jest czytelniczką wystarczająco dobrą.
Kiedy to sobie uświadomiłam, wyklarował się mój osobisty stosunek do powieści Manna – uznałam, że moja pierwsza lektura niekoniecznie była wybrakowana, nie stanowiła zaledwie przedsmaku jakiejś domniemanej bardziej wyrafinowanej, bardziej dojrzałej przyszłej lektury. Zrozumiałam, że jako nastoletnia Polka, bez reszty pochłonięta ideą społecznego awansu poprzez edukację, byłam otwarta na jeden z najważniejszych aspektów powieści, który łatwo przeoczyć, jeżeli jest się pochodzącym z klasy średniej naukowcem bezpiecznie zakotwiczonym na prestiżowym uniwersytecie na Zachodzie.
Tak jak ja wielu czytelników boryka się z obawą, czy mogą stać się godni lektury Czarodziejskiej góry, a jest to proces, dla którego tytuł powieści stanowi doskonałą metaforę – metaforę wspinania się.
Jest ona trafna, ponieważ uwzględnia zarówno wysiłek, jakiego ten tekst wymaga od czytelnika, jak i jej stylizację na szczytowe osiągnięcie kultury wysokiej. Tytuł idealnie oddaje to, co Frederic Jameson nazwał „typową dla kultury silącej się na wysoką dumę z umiejętności przedzierania się przez grube i trudne książki”. Gdy powieść ukazała się w przekładzie na język angielski, reklama amerykańskiego wydawcy głosiła zwięźle: „Góruje niezmiennie do dziś” – zapewne dając do zrozumienia, że góruje intelektualnie nad tobą, amerykański czytelniku. Nic dziwnego wobec tego, że reakcją Sontag na spotkanie z Mannem był przede wszystkim wstyd.
To niesłychane, jak wiele uznanych pisarek wspomina zetknięcie się z Czarodziejską górą po raz pierwszy w podobnym świetle co Sontag. W opowiadaniu Amundsen Alice Munro użyczyła tego doświadczenia jednej ze swoich narratorek pierwszoosobowych, Vivien Hyde, młodej kobiecie, która podczas II wojny światowej zatrudnia się w położonym na kanadyjskiej prowincji sanatorium dla chorych na gruźlicę. Usiłując oswoić się ze swoim nowym otoczeniem i nawiązać kontakt z ordynatorem (starszym od niej mężczyzną), Vivien Hyde porównuje sanatorium do miejsca akcji Czarodziejskiej góry. Doktor Fox początkowo z niej drwi, ona jednak potrafi wybrnąć z impasu w tej niełatwej relacji za pomocą pytań o konkurujące odczytania Czarodziejskiej góry:
„– Z którym z nich się pan zgadza, doktorze, z Naphtą czy Settembrinim?
– Słucham?
– Mówię o Czarodziejskiej górze. Lubi pan Naphtę czy raczej Settembriniego?
– Jeśli mam być szczery, to zawsze uważałem ich obu za straszne gaduły. A pani?
– Settembrini jest bardziej ludzki, ale Naphta chyba ciekawszy.
– Tak pani mówili w szkole?
– Nie czytałam tego w szkole – odparłam chłodno.
– Przepraszam. Jeżeli jest coś, co panią interesuje, proszę się nie krępować. Proszę przychodzić tu do mnie i czytać sobie w wolnym czasie” (tłum. A. Kuc).
Vivien wywalcza sobie w ten sposób pewną intelektualną niezależność – podobnie jak młoda Munro, o czym dowiadujemy się z autobiograficznego eseju Drogie życie, zawartego w tym samym zbiorze co Amundsen, opublikowanego raptem kilka miesięcy przed przyznaniem Alice Munro literackiej Nagrody Nobla.
Trzy lata później Jenny Erpenbeck, odbierając Nagrodę im. Thomasa Manna, rozpocznie swoją przemowę od następującej anegdoty: „Jako nastolatka co roku pytałam ojca, czy mogę już przeczytać Czarodziejską górę, ale on co roku dawał mi do czytania coś innego, prozy Adalberta Stiftera czy powieść Laurence’a Sterne’a, ponieważ Czarodziejską górę stale uważał za »zbyt trudną«. Ostatecznie wyrobiłam w sobie przekonanie, że to chyba rzeczywiście jakaś czarodziejska góra, szczyt zbyt wysoki, by mogła go zdobyć byle nastolatka, a może coś w rodzaju pełnego skarbów sezamu, który może się otworzyć wyłącznie przed dorosłą kobietą. Gdy w końcu sięgnęłam po tę książkę, gdy postawiłam pierwsze kroki w świecie tej rzekomo poważnej i trudnej czarodziejskiej góry, początkowo byłam zbita z tropu”.
Pod wieloma względami wspomnienia Erpenbeck pokrywają się z moim pierwszym doświadczeniem lektury powieści Manna. Uprawomocniają one również doświadczenia wielu innych czytelników i czytelniczek – przede wszystkim, choć nie wyłącznie, młodych czytelniczek. Możliwe, że owi czytelnicy i czytelniczki nawiązali silną więź z powieścią właśnie z powodu uruchamianej przez nią skomplikowanej psychologicznej machinerii pożądania i aspiracji – czegoś, co bardziej tradycyjne akademickie interpretacje Czarodziejskiej góry dotychczas całkowicie ignorowały bądź przeoczały. A wydaje się to w badaniach nad Czarodziejską górąniezwykle istotne, ponieważ jest pod pewnymi względami sprzeczne z intuicją – takie odczytanie powieści Manna może potencjalnie zmienić nasz sposób myślenia o kulturowym używaniu (i nadużywaniu) pojęcia erudycji. Moglibyśmy zacząć od analizy erudycji jej autora Thomasa Manna.
Mann wszechwiedzący?
Czarodziejska góra często bywa opisywana – zarówno przez czytelników ze świata akademii, jak i spoza niego – jako powieść intelektualna, powieść filozoficzna, powieść idei bądź encyklopedyczna panorama kultury europejskiej. Dyscypliny, z jakimi styka się Hans Castorp w toku akcji, to m.in. filozofia, socjologia, ekonomia, historia, polityka, filologia klasyczna, językoznawstwo, retoryka, literatura, muzyka, malarstwo, rzeźba, fotografia, kino, psychologia, psychoanaliza, teologia, anatomia, biologia, botanika, astrologia, astronomia, inżynieria, ekologia, fizyka, matematyka, meteorologia, medycyna, patologia, geografia, alchemia, farmakologia, chemia, a nawet kompilacja encyklopedii, gdyż jeden z pacjentów sanatorium tym właśnie się zajmuje. Ze względu na to „przeładowanie informacjami” Geoffrey Winthrop-Young nazwał Czarodziejską górę „pierwszą powieścią epicką o współczesnej rzeczywistości informacyjnej”.
Niektórych czytelników może więc zaskoczyć to, że autor tej niezwykle erudycyjnej powieści nie odebrał formalnego wykształcenia uniwersyteckiego, nie czytał źródeł pierwotnych z zakresu większości zagadnień intelektualnych, które poruszane są w powieści, jego znajomość filozofii ograniczała się niemal wyłącznie do lektury Nietzschego i Schopenhauera, dzieła Goethego poznał systematycznie dopiero wiele lat po ukazaniu się Czarodziejskiej góry, a ponadto bez skrupułów przepisywał z niewielkimi zmianami całe akapity z publikacji popularnonaukowych oraz popularnych tekstów poświęconych medycynie, polityce, muzyce i innym dziedzinom, w niektórych wypadkach zmieniając tak niewiele, że ocierało się to o plagiat. „Naprawdę sporo czytałem na potrzeby Czarodziejskiej góry, ale nadzwyczaj szybko zapominam o tym, z jakich pomocy korzystałem, ba, zapominam nawet, czego się z nich dowiedziałem” – przyznał Mann w liście z 1937 r.
Wbrew pozorom wiedza Manna z zakresu filozofii była nikła, jak twierdzi Helmut Koopmann, jeden z czołowych badaczy jego twórczości.
Użyte przez Koopmanna słowo „nikła” brzmi jak bezwzględna ocena, niewątpliwie jednak mamy do czynienia z oceną głęboko relatywną. W kulturze, w której panuje silny lęk przed niespełnianiem standardów intelektualnych, Mann te standardy przekraczał, a jednocześnie nie do końca je spełniał. Czytał dużo i z łatwością przyswajał nowe treści, lecz jego wiedza pochodziła zwykle z drugiej ręki i była dość wyrywkowa – często nadrabiał braki czytelnicze w dziedzinie, która w danym momencie była mu potrzebna w pracy, po czym prędko przechodził do innych lektur. Na przykład w roku 1930, zapytany o źródło przytoczonego w Czarodziejskiej górze cytatu z Wergiliusza, nie umiał go sobie przypomnieć. Słynne jest jego wyznanie, że gdy pisał Czarodziejską górę, nie znał jeszcze żadnego dzieła Freuda. „Zapewne można by przypuszczać, że wszystko to przestudiowałem – wyjaśniał w liście. – Część, owszem, przestudiowałem. Ale większość po prostu »krążyła w atmosferze«”.
Tymczasem jego starannie budowana reputacja była zgoła inna. Tobias Boes na podstawie archiwalnych dokumentów zrekonstruował niedawno publiczny wizerunek Manna z końca lat 30., kiedy był on wykładowcą na Uniwersytecie Princeton. Często przedstawiano go wtedy jako „kogoś, kto w okamgnieniu potrafi przywołać kilkaset lat interdyscyplinarnej wiedzy humanistycznej”. Na początku lat 40. Bertolt Brecht następująco skomentował swoje spotkania z Mannem w Los Angeles: „Patrzą na mnie z góry trzy tysiące lat”. Mniej więcej w tym samym okresie córka Manna, Erika, doradziła mu żartem, by, występując w audycjach BBC nadawanych w okupowanych Niemczech, „pozostał możliwie podobny do Boga”. Mann zaś zapamiętywał i czasem przekręcał zdania wyczytane w czasopismach, często pracował na podstawie rozpowszechnionych wyobrażeń o tekstach zamiast samych tekstów i był aktywnie stylizowany na kulturowy symbol za pomocą starannie aranżowanych wieczorów autorskich oraz kampanii reklamowych planowanych przez doświadczonych niemieckich i amerykańskich speców od marketingu.
Nie chcę powiedzieć, że Mann był oszustem; chcę tylko zaznaczyć, że przy dokładniejszym przyjrzeniu się temu, w jaki sposób zdobywał, budował i prezentował erudycję oraz jak odbierali ją czytelnicy, uwidocznia się kontrast między tym, na czym zazwyczaj polega erudycja, a tym, jak ją sobie zwykle wyobrażamy i jak ją opisujemy. Innymi słowy, Thomas Mann jako człowiek z krwi i kości nie był erudytą w takim sensie, w jakim był nim domyślny autor Czarodziejskiej góry, który na ogół wywiera na czytelnikach wrażenie „niemal onieśmielająco oczytanego” (W.H. Bruford) czy „ostentacyjnie wszechwiedzącego” (Erich Heller). Niemniej mylne rozumienie erudycji Manna, a także mit o szczególnym rodzaju czytelnika, jakiego wymaga jego twórczość, trwają w czasie i zdominowały percepcję tego autora i w Niemczech, i poza ich granicami, co poskutkowało stosunkowym spadkiem popularności wśród czytelników, których odstrasza jego onieśmielająca reputacja. (Gdy mówię nowo poznanym Niemcom, że zajmuję się naukowo twórczością Manna, prawie zawsze reagują wyrażającym uznanie i niejaki przestrach „uff!”).
Aby zrozumieć rozpowszechnione założenia na temat tego, jakiego czytelnika czy jakiego rodzaju odczytania wymaga Czarodziejska góra, warto wziąć pod uwagę gorące dyskusje filozoficzne toczone przez dwóch pacjentów sanatorium w Berghof, które często postrzega się jako samo sedno powieści (czego przykład widzieliśmy przed chwilą w dialogu z opowiadania Alice Munro). Z jednej strony mamy Settembriniego, samozwańczego rzecznika Oświecenia, potomka włoskiej rodziny o długiej demokratycznej tradycji, z drugiej – Naphtę, galicyjskiego Żyda, który stał się jezuitą i komunistą. Właśnie ze względu na poważne intelektualne debaty Settembriniego i Naphty Czarodziejska góra wydaje się lekturą tak onieśmielająco trudną. Literaturoznawstwo zwykle podchodzi do tych debat na jeden z dwóch sposobów.
Pierwszym jest tzw. Quellenforschung, czyli badanie źródeł, wpływów innych tekstów w dziele literackim. Długie ustępy w wypowiedziach Settembriniego i Naphty składają się z niedokładnych cytatów z Nietzschego, Schopenhauera i rozmaitych popularnych historyków i myślicieli z przełomu XIX i XX w., w tym także samego Manna, który w duchu niemarnotrawienia wykorzystał w powieści kilka własnych esejów. Ambicją Quellenforschung jest odkrycie maksymalnej liczby tego rodzaju źródeł. Innym dość powszechnym podejściem jest próba przesądzenia, który uczestnik te debaty wygrywa, za pomocą drobiazgowej analizy intencji autora. Czy Mann w gruncie rzeczy popierał poglądy Settembriniego? Czy poglądy Naphty? Czy nie popierał ani jednych, ani drugich? Podobnie często pojawiają się próby rozstrzygnięcia, czy powieść zawdzięcza więcej filozofii Schopenhauera czy Nietzschego.
Powieści nie są jednak traktatami filozoficznymi i tylko te kiepskie potwierdzają bądź obalają jakąś tezę na drodze argumentacji logicznej.
Mnie interesuje pytanie postawione inaczej: dlaczego Mann postanowił napisać powieść o filozofii, a nie traktat filozoficzny? Zarówno Quellenforschung, jak i badacze odczytujący Czarodziejską górę jako tekst poświęcony konkretnym argumentom filozoficznym pozostawiają to ważne pytanie bez odpowiedzi. Ani nie proponują przekonującej koncepcji autorskich strategii kształtowania pojawiających się w powieści debat filozoficznych, ani nie uznają trudności, jakie może sprawiać czytelnikom natykanie się na tak wymagające fragmenty. Uznają tę trudność za coś, z czym należy się zmierzyć i co trzeba pokonać, nie jako pełnoprawne osobne doświadczenie. Jeśli chcemy to doświadczenie pełniej zrozumieć, może pomóc nam w tym szersza perspektywa na czytelnicze spotkania z filozofią na kartach Czarodziejskiej góry.
Settembrini i Naphta na Goodreads
Na naukowca mającego odwagę zapuścić się w świat czytelników Czarodziejskiej góry, których doświadczenia standardowo pomija się w akademickich badaniach nad tą powieścią, czeka prawdziwa kopalnia ciekawych odkryć. Oto przykład zaczerpnięty z opublikowanej niedawno w internecie recenzji Czarodziejskiej góry: „Jako czytelnik (…) nie musisz wnikać w te rozmowy – wystarczy po prostu przewracać strony i kiwać głową, nurzać się w myślach Thomasa Manna wyrażonych ustami Herr Settembriniego czy Herr Naphty”.
Efekt, który opisuje ten czytelnik, przypomina sformułowaną przez Rolanda Barthes’a koncepcję l’effet de réel, „efektu rzeczywistości”. Odnosząc się do powieści realistycznych, Barthes zauważył, że opisy literackie nie tylko mówią czytelnikom o konkretnych szczegółach danego przedmiotu, lecz również przekazują ogólne wrażenie, że jest to przedmiot rzeczywisty. Na podobnej zasadzie możemy mówić o „efekcie erudycji” – dyskusja filozoficzna przedstawiona w tekście literackim nie liczy się wyłącznie z powodu niesionych treści, tylko ze względu na wywoływane w czytelniku wrażenie uczestnictwa w erudycyjnej wymianie zdań. Ujęcie tej frazy po francusku – l’effet de l’érudition – może być jeszcze bardziej efektowne. Nie dość, że bliższa jest wówczas oryginalnemu terminowi ukutemu przez Barthes’a, to jeszcze w świecie anglojęzycznym terminologia francuska często dodaje tekstom naukowym posmaku intelektualnego wyrafinowania.
Co ciekawe, użyty przez zacytowaną recenzentkę czasownik „nurzać się” bardzo dobrze wpisuje się w zakres metafory czytelniczej immersji, sugerując tezę, że zanurzyć się w lekturze można nie tylko w przypadku tekstów prostych, takich jak kryminały, ale również tekstów trudniejszych i mniej przystępnych.
Innych czytelników jednak ta nieprzystępność bardziej niepokoi. Na forum portalu Goodreads w 2013 r., w dyskusji na temat fragmentu o Państwie Bożym, pewna czytelniczka wyznała: „Powiem zupełnie szczerze, był to mój najmniej ulubiony rozdział z powodu niekończących się debat Naphty i Settembriniego. Zacytuję zdanie o Hansie, z którym się zgadzam: »Hans Castorp ze spuszczoną głową grzebał laską w śniegu i zastanawiał się nad wielkim pomieszaniem pojęć«. Może mi ktoś pomóc w tym, żeby mnie te ich dyskusje zainteresowały?”.
Ostatnie zdanie-prośba czytelniczki powinno zelektryzować każdego literaturoznawcę. Czy nie stanowi ono podsumowania jednej z najważniejszych funkcji badań nad literaturą? Czyż krytycy nie powinni pomagać czytelnikom w tym, by lektura Thomasa Manna ciekawiła ich i sprawiała im przyjemność? Na forum nie było jednak żadnego literaturoznawcy. Na szczęście z pomocą przybyli inni czytelnicy, niezajmujący się naukowo literaturą.
Jeden z nich odpowiedział argumentem, że Mann pewnie przewidział taką reakcję czytelników na niekończące się debaty filozoficzne i wplótł w narrację ironiczne metakomentarze, by dać temu wyraz, takie jak komentarz o wielkim pomieszaniu Hansa Castorpa.
Rzeczywiście, pracując nad Czarodziejską górą, Mann był mocno pochłonięty kwestią zdolności czytelników do wejścia w świat powieści.
W 1923 r. opisał ją w liście do przyjaciela jako „powieść bestię, mocno spóźnioną, zdecydowanie zawierającą wiele nudnych fragmentów”. Kilka miesięcy przed datą wydania Czarodziejskiej góry Mann podzielił się z wydawcą swoim zmartwieniem, że „tekst ma poważne niedociągnięcia i miejscami nuży”.
I co z tego, że nuży? Ta czytelniczka na forum Goodreads, która rozpoznała siebie w zdaniu o pomieszanym Castorpie, pisała dalej tak: „Na pewno dużo bardziej by nam się podobały dialogi Settembriniego i Naphty, gdybyśmy rozumieli te wszystkie szczegóły – nie możemy czerpać przyjemności z tekstu z powodu naszych ograniczeń jako czytelników”. Tekst sprawia, że czytelnicy mają poczucie niższości – nie wystarcza im erudycji, by go rozumieć.
Rozumienie bądź nierozumienie tekstu to nie jest jednak opozycja binarna, lecz spektrum. Cytowane czytelniczki nie umiały skupić się na szczegółach dyskusji filozoficznych, wychwyciły jednak inne aspekty tekstu. Pierwsza z nich zauważyła emocjonalne napięcia w omawianym fragmencie, a także ciekawy wątek czasu i przemijania w powieści – Set tembrini i Naphta „mają wyrok śmierci – umierają – to jest ich koniec. Ich debaty są przez to bardziej przejmujące – mimo pełnej świadomości, że zaraz ich życie się skończy, zachowują się tak, jakby mieli do dyspozycji niczym nieograniczony czas”. Inna czytelniczka dorzuciła: „Mnie te ich debaty fascynowały, taki intelektualny ping-pong. Lubię podobne debaty na tej samej zasadzie, na jakiej inni lubią oglądać mecze tenisa”.
Obraz intelektualnego meczu tenisa stołowego to świetna ilustracja l’effet de l’érudition, który polega nie tyle na szczegółach argumentacji, ile na performatywnym popisie wiedzy.
By uczestniczyć w dyskusjach Settembriniego i Naphty, trzeba nauczyć się naśladować ich strategie retoryczne, ton głosu i mowę ciała. Możliwe, że Mann wpadł na pomysł takiego zainscenizowania l’effet de l’érudition, gdy słuchał Georga Lukácsa, którego poznał w ostatniej fazie pracy nad Czarodziejską górą: „W Wiedniu słyszałem raz, jak Lukács perorował o swoich teoriach przez bitą godzinę. Dopóki mówił, wszystko to miało sens. Potem jednak zostało jedynie wrażenie niemal niesamowitej abstrakcyjności”. Jak pysznie opisuje ten cytat intelektualny habitus niejednego filozofa! Przywodzi na myśl takie właśnie wrażenie, jakie Mann chciał stworzyć na potrzeby swoich czytelników – wrażenie oglądania pokazu erudycji, której mimo najlepszych chęci nie sposób przeniknąć.
Łatwo jest temu wrażeniu ulec. A.S. Byatt we wstępie do angielskiego wydania powieści w przekładzie Johna E. Woodsa napisała, że jej „pierwsze lektury Czarodziejskiej góry, zakłócane przez naukową powagę, usiłowania zorientowania się w oceanie nieznanych słów (…) właściwie zaślepiły ją na to, jak zabawne są w dużej mierze te dyskusje i debaty, jak ironiczne i subtelne”. Mamy zatem kolejną młodą czytelniczkę o literackich aspiracjach, która nie czuje się na siłach czytać Manna. Używając metafory lektury immersyjnej, Byatt odmówiła sobie przyjemności zanurzenia się w tym „oceanie”, ponieważ w kontakcie z takimi książkami jak Czarodziejska góra nauczono ją cenić jedynie „naukową powagę” refleksji krytycznoliterackiej. Można by podsumować: skoro nie umie się pływać, można tylko pójść na dno.
Literatura nie powstaje dla literaturoznawców
Wyrażone przez Byatt poczucie niższości z całą pewnością pokrywa się z tym, jak czuło się wielu czytelników, którzy wypowiedzieli się na forum portalu Goodreads. Czytelniczka, która jako pierwsza napisała o czytelniczych ograniczeniach w czerpaniu przyjemności z Czarodziejskiej góry, wyraziła później pogląd bardziej zniuansowany: „Myślę, że problem polega na tym, że Mann dał nam »za dużo« i większość czytelników ma w końcu poczucie, że to ich przerasta, czują, że to dla nich za wysokie progi, i winią za to nieprzyjemne uczucie autora. A ja przez tę książkę nabrałam pokory”. Słownictwo, jakim posługuje się ta czytelniczka w opisie zetknięcia z Czarodziejską górą – „czucie, że to za wysokie progi”, „nabranie pokory”, „nieprzyjemne uczucie” – świadczy o silnej emocjonalnej reakcji na postrzegany brak kapitału kulturowego.
Najwyraźniej jednak wywołane przez powieść uczucie pokory ta czytelniczka uważa za coś cennego, może podobnie do tego, jak ja ceniłam sobie swoją przesyconą ambicją lekturę Manna przed rozpoczęciem studiów. Kompletne sprawozdanie z czytelniczych spotkań z tego rodzaju trudnością, z jakiej słynie Czarodziejska góra, musi zawierać zarówno pozytywne, jak i negatywne uczucia wzbudzane przez tę trudność. Albo mieszaninę bardziej złożoną – mnie trudno teraz wrócić do tego ciepłego, niewyraźnego uczucia, że chcę stać się z pomocą Manna kimś lepszym. Gdy wspominam, jak czytałam go po raz pierwszy, pamiętam, że pomijałam całe fragmenty lub szybko przelatywałam je wzrokiem i miałam poczucie, że czytam niewłaściwie, sądziłam, że mój sposób czytania wymaga pilnej naprawy poprzez wyraźne wskazówki i wiedzę.
Nie przyszło mi wtedy do głowy, że wskazówki i wiedza – choć cenne i poszerzające horyzonty – mogą mi również coś odebrać.
I nie mam na myśli radości – uczenie się o co mniej oczywistych odniesieniach w twórczości Manna, przedzieranie się przez trudne teksty naukowe o jego pisarstwie, dostrzeganie i tropienie aluzji, które inni przeoczyli, wiążą się z pewnego rodzaju radością. Chodzi mi o wiedzę wygenerowaną poza protokołami odczytań akademickich.
Literatura nie powstaje dla czytelników zajmujących się nią naukowo ani nie jest jedynie przez nich czytana, niemniej większość akademickich podejść do tekstów literackich wydaje się milcząco przyjmować takie właśnie założenie. To zadziwiające, zważywszy na to, że jednym z najważniejszych uzasadnień prowadzenia naukowych badań nad literaturą jest to, iż dla ludzkości jako gatunku opowiadanie i słuchanie opowieści mają ogromne znaczenie. Co jednak miałoby oznaczać dla literaturoznawstwa uwzględnianie doświadczeń czytelników spoza akademii? Pierwszym krokiem musi być zauważenie ich i wysłuchanie, i uczenie się od nich. Obok „wywodzących się z klasy średniej tradycyjnie wykształconych ludzi, którzy zbłądzili”, widzianych przez Kurzkego jako „optymalni czytelnicy” Czarodziejskiej góry, chciałabym umieścić wielu innych, a wśród nich na pewno niepewne siebie młode kobiety z ambicjami akademickimi, trwające w narzuconym im poczuciu, że żyją w miejscu kulturowo marginalnym. Rzecz w tym, tak naprawdę, że nie ma czegoś takiego jak optymalni czytelnicy – są po prostu czytelnicy wyczuleni na różne aspekty tekstu, choć niektórzy cieszą się większym posłuchem niż inni.
Jak wiele powieści modernistycznych, Czarodziejska góra to książka o trudności oraz o lęku, jaki ta trudność w nas rodzi. Naukowcy szkoleni są wprawdzie, by w zetknięciu z trudnością reagować dostarczaniem wyjaśnień, ale musimy też zapytać, czemu właściwie trudność służy. Czy ma alienować? Promować poczucie wyższości? Budzić lęk? Być może da się z lęku przed trudnością wyciągnąć jakąś naukę, szczególnie jeśli pojawia się on zazwyczaj wzdłuż pewnych linii podziału, np. płci czy klasy społecznej. Ostatecznie powieść Manna odzwierciedla współczesny lęk przed przytłoczeniem ogromem zalewających nas złożonych informacji, a mimo to pozostawaniem wiecznymi ignorantami w każdej dziedzinie. Do tego rozumienia możemy jednak dojść tylko wtedy, gdy rzeczywiście zostaniemy z uczuciem lęku, zamiast natychmiast rzucać się do wypełniania luk, nawet jeżeli początkowo takie podejście do trudnych książek może okazać się – trudne.
Esej ukazał się po raz pierwszy w „The Point” (2022, nr 27) Tłumaczyła Agnieszka Pokojska