Subskrybuj
Nadmorski krajobraz z rowerem stojącym na piaszczystej ścieżce. Na pierwszym planie widoczny jest ciemny rower oparty na podpórce, ustawiony bokiem do obiektywu. Ścieżka prowadzi w kierunku kamiennego budynku z okrągłym dachem, stojącego na niewielkim półwyspie lub wysepce, połączonej z lądem kamiennym przejściem. Wokół budowli znajdują się grupy ludzi spacerujących i siedzących. Dalej widoczna jest spokojna woda zatoki, skaliste brzegi oraz niskie wyspy. Tło wypełnia pochmurne niebo z grubą warstwą chmur
Moulin de Birlot na Île de Bréhat w Bretanii, przystanek na trasie Vélomaritime, francuskiego odcinka EuroVelo 4 fot. Getty – MyLoupe
Autor m.in. Podkrzywdzia i Bez. Ostatnio wydał Dom ojców, opowieść o uprawie ziemi i prehistorii. Mieszka w Jurze Krakowsko-Częstochowskiej

Rowerem po Europę

Nowoczesną Europę definiuje rower. To miejsce, gdzie nieczynne trasy kolejowe przerabia się na spektakularne szlaki prowadzone przez stare tunele i wiadukty. Drogi bez bandytów za kierownicą. Bez tysiąca banerów i krzykliwych ofert. Bez galerii i Żabek, które przysłaniają świat

Dawno nie widziałem tak dziwnej granicy. Jechałem rozpędzony ścieżką rowerową, kiedy zobaczyłem przed sobą dwa głazy w granicy między Niemcami a Czechami. Miejsce to znajduje się we wsi Herrenwalde w pobliżu Waltersdorf. Po drugiej stronie, w jednym ciągu zabudowy, jest czeska miejscowość Dolní Podluží. Kamienie znajdują się na wąskiej szosie, przy znakach granicznych. Podejrzewam, że wstawiono je po to, by auta nie przekraczały tu granicy. Świetnie ilustrują obecną sytuację polityczną na kontynencie: ruch jest jeszcze swobodny, ale pojawia się coraz więcej przeszkód.

Historia rozgrywa się w mało znanym rejonie – w Górach Żytawskich. Jeśli ktoś ma teraz dostęp do mapy, choćby na telefonie, to proszę spojrzeć. Terytorium Czech wcina się niczym półwysep w Niemcy, tworząc skomplikowany układ, w którym, podróżując bez nawigacji, można się pogubić. Załóżmy, że zostawiamy auto na parkingu w polskim Zgorzelcu. Jedziemy rowerem pięknymi lasami na południe, w kierunku niemieckiego Zittau (Żytawa), dalej przez kurort Oybin i wjeżdżamy do Czech, by za parę godzin, omijając graniczne głazy, znów wjechać do Niemiec.

Typową dla całego kontynentu różnorodność wyrażają tu napisy w języku czeskim, niemieckim i górnołużyckim. Góry Żytawskie są ciemne i puste. Panuje tu szczególna odmiana ciszy właściwa nagle opuszczonym miejscom. Po stronie czeskiej mijałem stare sady w lesie i fundamenty. Należały do Niemców przed wojną. To kontynent w soczewce. Nigdy nie trafiłbym tu, gdyby nie rower. To wtedy po raz pierwszy pomyślałem, że nie ma dziś lepszego sposobu, by dotknąć Europy.

Nie do ukrycia

Niewykluczone, że dziś świat daje się już poznać wyłącznie z zaskoczenia. Daj mu czas, a skryje prawdę.

Tymczasem rowerem nakrywasz świat na gorącym uczynku. Na uboczu, na tyłach świata, gdzie chroni się rzeczy przed wzrokiem obcych. Pojawiasz się za zakrętem i zastajesz ludzi w pół gestu, w kłótni, z palcem w nosie. Rower zawsze kojarzył się z wolnością.

W czasie rządów Prawa i Sprawiedliwości wyszydzony jako symbol ekologii, pozostaje znakiem europejskich wartości, do niedawna powszechnie podzielanych. Rower stoi bowiem na końcu opowieści, która prowadzi przez czyste środowisko, rozwiniętą infrastrukturę publiczną i gwarancję czasu wolnego. W związku z tym rower może stać się, jeśli prawo siły zwycięży, niepożądany. Reżimy nie tolerują podróżników, ponieważ pochodzą z przeciwnego porządku: robią zdjęcia, zaglądają w dziury.

Czy zatem są w Europie miejsca, które władze chciałyby przed cyklistą ukryć? Domyślam się, że np. Viktor Orbán chętnie ograniczyłby wjazd na pogranicze ze Słowacją na południe od Koszyc po stepy Parku Narodowego Hortobágy. Straszna bieda! Aż trudno uwierzyć, jeden sklep na trzy bielone wsie, z koralikami w futrynie. Faceci z flaszką pod drzewem. Jak inny świat, mimo że tylko z 400 km od Krakowa. Taka przejażdżka unaocznia mechanizm, który trzyma przy władzy węgierskich eurosceptyków. Państwo i samorządy ewidentnie nie umieją wykorzystać środków unijnych, skoro mija 20 lat od akcesji do Unii i nie widać tu zmian. Ludzie nie mają dostępu do niezależnych mediów. Rząd wini Brukselę. Bruksela wstrzymuje środki. Z perspektywy lokalsów z Brukseli płyną tylko zakazy. Wszystko stoi jak w tych wsiach.

Monfalcone nie jest turystycznym miastem, choć leży w popularnym regionie, pomiędzy Triestem a Wenecją, nad Adriatykiem. Jeśli jednak ktoś obierze ten kierunek za cel rowerowej wyprawy, np. pięknym, ale też popularnym szlakiem Alpe Adria z alpejskich przełęczy prosto nad morze (niezła jazda) czy też wzdłuż wybrzeża z Triestu w kierunku Laguny Weneckiej, to może tu trafić. W ciągu kilku lat liczba pracowników z Azji, głównie z Bangladeszu, wzrosła aż do jednej trzeciej całej 30-tysięcznej populacji miasta, które w dużej mierze utraciło dawny charakter, z czym nie mogą pogodzić się Włosi. Burmistrz weszła w ostry spór z muzułmanami, poszło o meczety. Atmosfera jest gęsta.

Z roweru widać więcej. Puste wsie Hiszpanii i Niemiec. Blaszaki zamieszkane przez Romów w rolniczo-przemysłowej strefie na północ od Kadyksu w Andaluzji, parę kilometrów od miasteczek jak z baśni. Te wsie leżały w pobliżu zakładów, chyba ferm. Śmierdziało tam tak, że można było się udusić. W tym smrodzie żyją ludzie.

Tych jednak, którzy wieszczą rychły upadek Niemiec, zabrałbym do Saksonii. Styk trzech państw jest zjeżdżony przez rowerzystów, bo ścieżki prowadzą przez skandalicznie piękne góry Saksońskiej Szwajcarii. Dla cyklistów z Dolnego Śląska to rzut beretem. Gdy tylko minąłem graniczne głazy, zacząłem odliczać kilometry, aż znów wjadę do Niemiec. Stwierdziłem, że zrobię, ponad siły, 80 km, byle spać po tamtej stronie. Zdumiewające, jak różni się niemiecka część wsi od czeskiej.

Ta sama ulica i przyroda. A jednak po czeskiej stronie wszystko jest zaniedbane i jakby porzucone. Z pochyłych płotów sterczą druty. Na widoku leżą śmieci. Z jak głębokich źródeł czerpie siła tego bezwładu? Po niemieckiej stronie, dosłownie metr dalej, jest schludnie i czysto. Trasy są starannie oznaczone i logicznie poprowadzone – zresztą kraje niemieckojęzyczne słyną z imponującej sieci ścieżek tylko dla rowerów. Na kawę i piwo zaprasza przytulny ogródek. W Czechach trasa rowerowa sprowadzała się do znaków na słupach, które prowadziły wzdłuż szos, dróg polnych albo prawie nieprzejezdnych dróg leśnych. Podobnie jak większość szlaków w Polsce, rowerowych wyłącznie z nazwy.

Nowoczesną Europę definiuje rower. To miejsce, gdzie nieczynne trasy kolejowe przerabia się na spektakularne drogi prowadzone przez stare tunele i wiadukty, jak Vias Verdes w Hiszpanii czy wspomniana Alpe Adria. Dlatego, od wielu lat, wybieram się na Zachód. Wyczekuję jego ciszy i spokoju. Dróg bez bandytów za kierownicą. Bez tysiąca banerów i krzykliwych ofert. Bez galerii i Żabek, które przysłaniają świat. Przestrzeni, w której ład urbanistyczny zdradza szacunek do przyrody. Do czystych rzek i starannie segregowanych śmieci. Miast, w których na co drugiej sklepowej półce nie stoi małpka. Do wypielęgnowanych kempingów, gdzie kładąc się spać, mam pewność, że nie obudzą mnie pijani ludzie. Pociągów, w których nie słyszę bluzgów. Kiedy usiądę na rynku w Zittau na kawę, to kilka razy usłyszę serdeczne pozdrowienie. Tak, to gest, może pozór, który skrywa demony narodów budzące się na kontynencie – skrajny nacjonalizm i wrogość do obcych. Tym bardziej niesie ważną treść, bo w ten sposób ludzie komunikują: siedź sobie, nie zrobimy ci krzywdy. To robi dużą różnicę. Wyznacza pewien styl, który zasadniczo będzie mi towarzyszył aż do Portugalii.

Na krawędzi języka

Graniczne głazy sygnalizują, że Excel i pozycja w rankingu PKB to nie wszystko. Tak zresztą uczyły idee zrodzone w Europie, wypisane podniosłym tonem w traktatach, wkuwane na egzaminach. Obecnie coraz częściej kwestionowane, w tym przez młodsze pokolenie, które stawia uzasadniony zarzut: dyskusję o Europie wypełniają ogólniki. Najczęściej powtarzanym jest ten, że Unia znajduje się w największym kryzysie w historii. Christophe de Voogd w eseju Czym jest polityczny projekt europejski? (z tomu Historia świadomości europejskiej, red. A. Arjakovsky) twierdzi, że teoretyczne wywody na temat Europy już jej nie służą. Lepiej już, pisze autor, przyjrzeć się, pragmatycznie i konkretnie, jak działa w praktyce.

Za tempem zmian nie nadąża jednak język ułożony w innych czasach. Pełna sloganów jest mowa europejskiej lewicy, często bezradnej wobec polityki brutalności zaprowadzonej przez hegemonów, Stany, Rosję i Chiny, czy wyzwań imigracji, jak w Monfalcone, lub na polskiej granicy, gdzie o szczytne idee trudniej w obliczu agresji podsycanej ze Wschodu. W banał, do tego pełen fałszu, stacza się każdy wojujący eurosceptyk, powtarzając w kółko historie o złym Niemcu i OZE-sroze. Awersja do truizmów oddala od spraw najwyższej wagi, które się za nimi kryją. Jeszcze silniejsza wydaje się ona w Europie Środkowej, wrażliwej, za sprawą historii, na komunały, co wyrażali i Kundera, i Havel, i Kołakowski. Tego właśnie, zdaniem myślicieli, wyczulenia na pustą frazeologię, Zachód powinien uczyć się od Europy Środkowej. Wytykali Zachodowi, iż nasycony, przestał traktować kulturę i moralność na serio, psując europejską cywilizację, przepełniając jej język frazesami.

Trzydzieści pięć lat po upadku muru berlińskiego ta kwestia powraca. Europa Zachodnia odrabia tę lekcję. Wszak to znów tu, w krajach byłego bloku wschodniego, historia przyśpiesza. Do unijnej granicy wciąż napływają migranci i uchodźcy. Rakieta uderza w stodołę i zabija ludzi, a nocą terytorium wspólnoty atakują obce drony.

Każdy mit u swych źródeł wymaga kontaktu z ziemią. Gdzie więc miałaby narodzić się nowa opowieść o Europie, jeśli nie tu? Marcin Napiórkowski słusznie stwierdził w jednym z wywiadów, że mit zintegrowanej Europy umarł, bo się ziścił. Nowego nie widać. Tymczasem jest niezbędny, by zjednoczona Europa przetrwała, bo nośnikiem wartości zawsze jest wspólna opowieść. Projekt oparty jedynie na grze interesów prędzej czy później się rozleci.

Chwiejne dziedzictwo

Jakich jednak wartości? Dziedzictwa wyrosłego z Grecji, Rzymu i chrześcijaństwa, które wydawało się niepodważalne – to jest państwa prawa, demokracji i praw człowieka? Gdy znaczna część Europejczyków jest gotowa z nich zrezygnować, głosując na partie, które chcą tłumić wolne media, manipulować historią i prowadzić agresywną politykę wobec sąsiadów, jak choćby węgierski Fidesz czy niemiecki AfD?

Nie przeczytałem nigdy piękniejszych słów o Europie niż w powieści rosyjskiego pisarza Siergieja Lebiediewa Granica zapomnienia. Ta historia zaczyna się nad Atlantykiem w Portugalii. „Odczuwam – to odczucie nadchodzi niespodziewanie, chociaż dojrzewało dawno – że jestem w większym stopniu Europejczykiem niż mieszkańcy tego kraju patrzącego w Atlantyk, jak balkon na ulicę. Byłem na drugim krańcu Europy, który zamyka się skalnymi ustępami w bagnach Syberii Zachodniej. Właśnie tam, gdzie słabnie siła witalna Europy, po raz pierwszy poczułem się jak Europejczyk. Przecież na szwie, na styku wyostrzają się zmysły. Kraniec języka, obrzeże europejskiego świata; dalej jest już tylko płaskość syberyjskich bagien. Tutaj dowiesz się, czym jest prawdziwa niemota: możesz mówić, ale świat pozostaje niewzruszony na mowę” (tłum. G. Szymczak). Być może prościej definiować dziś Europę przeciwieństwem?

Możesz mówić, ale świat pozostaje niewzruszony na mowę – to propozycja opisu cywilizacji, która gardzi europejskimi wartościami. Lebiediew wierzy, że to demokracja i legalizm stanowią o tożsamości Europy, którą traci natychmiast, gdy z nich rezygnuje, i szuka inspiracji w prawie dżungli. Lebiediew wydał tę książkę w Rosji w 2011 r., w okresie gdy wiara w idee, które tworzyły wspólnotę, była jeszcze silna. Znać było wyraźną różnicę między nimi a tym, co nieeuropejskie. Od tamtej pory nastąpił regres wywołany problemami finansowymi w krajach Południa, migracją, pandemią, wojną w Ukrainie, podsycany przez prawicowych populistów, gotowych zbić kapitał na turbulencjach. Skutecznie przysłonili fakt, że Unia Europejska powstała dosłownie na gruzach po wojnie i Holokauście. Była deklaracją: nigdy więcej. Pomogli wymazać ze zbiorowej pamięci, że prowincjonalna Europa zmagała się jeszcze w latach 50. z biedą. Wystarczy sięgnąć po liczne opowieści zachodnich pisarek i pisarzy, choćby noblistki Annie Ernaux, spojrzeć w archiwalne zdjęcia. W opowieści o Europie II poł. XX w., w natłoku dat i klauzul, umyka skala projektu ponadpaństwowej integracji. Kiedy śledzi się jego historię, w zasadzie trudno uwierzyć, że to się mogło udać, a następnie zostało podarowane pół miliardowi ludzi. Sama opowieść o tym, ile wysiłku włożono, by zgodnie ustalić grafikę europejskich banknotów, starczyłaby na długi esej.

Mity współczesnej prawicy, której narracja o Europie ojczyzn przeobraziła się w czarną propagandę izolacjonizmu sprzedawanego w terminach suwerenności, mają się zatem dobrze, ponieważ służy im prosta misja: zniszczyć to, co zbudowano przez ponad pół wieku tytaniczną pracą. Nie służą temu, by przezwyciężyć narodowe animozje. Odpowiadają na deficyt bezpieczeństwa i ukorzenienia. Ponieważ nie mają nic progresywnego w zanadrzu, oferują iluzję, bo bezbolesny powrót do przeszłości, najchętniej sprzed traktatu w Lizbonie, który wprowadził system głosowania proporcjonalny do liczby ludności kraju, na czym straciła Polska. W tej opowieści kościoły są pełne. Telefon w liniach lotniczych odbiera rodowity Europejczyk, który uprzejmie pyta o pogodę w Krakowie, a nie Hindus, którego nie sposób zrozumieć. W tej historii nie występuje lęk o zmiany klimatu. Kryzysów migracyjnych nie ma. Inne nacje są obecne w anegdotach – jak o tym Włochu, który godzinami pije jedno espresso. Wciąż popularny jest poradnik Kuracja winem doktora Vittoria Fasoli. Wszędzie można palić. W reprezentacji Francji grają biali Francuzi. Czy kiedykolwiek w drużynach ze Śląska grali głównie Ślązacy, a w klubach znad Bałtyku chłopcy z Pomorza? Przecież dopiero wtedy można by rzetelnie porównać siłę regionów. Nie żartuję, pamiętam wyraźnie tego typu propozycje wygłaszane na ulicy. Mit prawicy, celowo bądź nie, żywi się powojennymi dekadami, aż po legendę lat 90.

Zdanie, iż na Zachodzie była to prawdopodobnie najlepsza dekada w dziejach nowożytnych, podziela wielu komentatorów. Mur runął. Obwieszczono koniec historii i triumf wartości demokratycznych. Podejmowano działania, by przeciwdziałać zmianom klimatu. W dniu 9 maja 1992 r. w Nowym Jorku została sporządzona Ramowa konwencja Narodów Zjednoczonych w sprawie zmian klimatu. Internet i telefony komórkowe nie zniewalały umysłów. Ostatnia dekada względnego luzu – przynajmniej na Zachodzie, bo Wschód cierpiał na transformację.

To wówczas w naszej części świata dojrzewały opowieści o Zachodzie, których wariantami karmi się dziś tłum. To właśnie konwulsje transformacji sprawiały, że w dekadzie, gdy Zachód triumfował, na Wschodzie dojrzewały opowieści o Unii, których wariantami karmi się dziś tłum. Zresztą sam im uległem. Nienawidziłem Europy.

Jak nienawidziłem Europy

Gdyby ktoś zapytał mnie, jak głosowałem w referendum na temat akcesji do Unii Europejskiej, to musiałbym uciec od odpowiedzi. Nie wiem. Umysł wyparł to zdarzenie, prawdopodobnie dlatego, że zaznaczyłem NIE. Zdziwiłbym się, gdyby było inaczej. Polska wieś bała się jej z początku jak ognia. Zachód to byli złodzieje, burżuje i degeneraci. Polska to była swojskość i naturalność. Kiełbasę potrafili robić tylko Polacy. To gadanie było tak skuteczne, że jako dziecko uwierzyłem, iż w innych krajach nie umieją robić dobrych wędlin. Byłem pewny, że ludzie z Zachodu nie potrafią szaleć jak my na wiejskich zabawach, a bujają się tylko, udając radość, na Oktoberfeście. Sztucznie się nawet uśmiechają. Są kategorycznie inni.

Tu trwało święto ognia. Pod blaszakiem z piwem na wiejskich zabawach, które odbywały się na leśnej polanie, były regularne bójki. Na uboczu kobiety opatrywały zakrwawione głowy. Mama zasłaniała mi oczy ręką. Wchodziło się do domów bez pukania. Byliśmy blisko ciał i ziemi. Zasypiało się gdzie bądź. Dosłownie. Wracałem z zabawy przez gęsty las, dobre 500 m, by dojść do jezdni. Nagle potknąłem się i przewróciłem. Sądziłem, że to konar, ale usłyszałem chrapanie. Było ciemno jak w piekle. Miałem może z 13 lat. O świcie zbieraliśmy zgubione monety z mokrej trawy. Lśniły jak dar boski.

Żyliśmy jak w półśnie między starym a nowym, które można było sobie tylko wyobrażać. By przetrwać w bałaganie, wymyślaliśmy najpiękniejsze opowieści. Miały lokalnych herosów i wytłumaczenie wszystkiego. Były piękne, bo wyroiły się z przeciwnych żywiołów, nieprzewidywalności i nudy. Niektórzy nazywali to potem mitem Europy Środka. Bałem się, że wyobrażony Zachód odbierze jedyną wieś, jaką znam. Wyrwie nam ławki sprzed domów, nasz parlament. Nie trzeba więc było długo szukać winnego, kiedy w istocie tak się stało, gdyż stare nieuchronnie odchodziło w przeszłość, a ludzie emigrowali. Jak lubić twór, który kradnie ci świat?

Lęk umacniał „syndrom Dänikena”, któremu trudno oprzeć się w małych społecznościach – jakie dziś tworzą internetowe bańki. Jego książki leżały wówczas w wielu domach. Erich von Däniken to Szwajcar, który sprzedał ponad 60 mln egzemplarzy książek z niezliczonymi dowodami na to, że w dzieje ludzkości ingerowali kosmici. Świat nauki zgodnie miażdżył jego hipotezy, ale czytelnicy wiedzieli swoje. Metoda polegała na produkcji kolejnych serii i koncentracji na szczególe wydartym z kontekstu. Analogicznie budował się dyskurs antyunijny – ilość danych miała być nieprzebrana, system skojarzeń tak rozległy, by nie widzieć brzegu z fałszywym założeniem. Korzystali z niej zaciekli wrogowie integracji. Pamiętam przed referendum szarże Andrzeja Leppera, który w telewizji z pamięci deklamował kolejne liczby. Wspominam bezradne miny jego oponentów, którzy w tej formule bywali bezradni.

Metodę Dänikena eksploatuje dziś młoda prawica, a jej dawni fani, znów pobudzeni, wtórują. Nieco dosadniej niż w internecie brzmią groźby wypowiadane na żywo: „Co to za słowo: »ministra«, już ich posrało w tej Unii” – to słyszę od kobiet najczęściej w pracy. „Zawsze paliło się węglem i nikt nie narzekał” – to od mieszkańców wsi. Dwóch panów w saunie, jeden około trzydziestki, drugi emeryt: „Widziałeś pan, jaka ostra zima? Ideologia idiotów! Barany!”. Ostatnio: „Ci ekolodzy… To zielone bydło niedługo wyginie” – wypowiedziane na serio, w cztery oczy.

Oczekując na Europę, dorastaliśmy w świecie, który historyk i filozof polityki Luuk van Middelaar nazwał wprost: wyniszczony. Krajem trzęsła mafia. Można na to trzeźwo spojrzeć dopiero z tej krawędzi, na starych fotografiach czy w serialach o tamtej dekadzie. Przekroczyć linię horyzontu pomógł mi dopiero różowy rower z komunii. Pozwolił rozpocząć trudną wyprawę – poza siebie. Ale kiedy usamodzielniłem się, odruch wciąż był jeden: Wschód, Rosja.

To było jak kompres na świeże rany, ucieczka, proste przedłużenie lat 90. Każdy gest czytelny, ta sama rytualna pogarda. Swój bajzel. Żywioł aż miło. Nie wybrałem się na Zachód z własnej woli. Tak jak większość pojechałem za pieniędzmi.

Najpierw do Anglii z milionami rodaków. Potem zaproszono mnie, bym prowadził wyprawy rowerowe w Toskanii. Długo się opierałem. Sądziłem, że nie ma nic nudniejszego. Wkrótce okazało się, jak bardzo się myliłem.

Opowieści o wewnętrznych transformacjach okupionych stratą, o wyboistej drodze, którą przeszliśmy, opatrzyły się. W środowisku kultury słyszałem nieraz: to już było. Sprowadzone do banału, nie przetrwały jako siła na przyszłość. Nie wybrzmiały mocno historie o tym, jak polubiliśmy Zachód, które dziś mogłyby stać się zalążkiem nowej narracji. Gadaliśmy w kółko o stracie tradycji, swojskiej wsi i bólu emigracji.

Po wielu latach rower zaprowadził mnie znów na wschód, do pewnej białoruskiej wsi nad rzeką Szczara. Poruszony, z trudem łapałem oddech. Była kopią tej, które znałem z dzieciństwa. Tak może wyglądałyby, gdyby nic, podług woli sąsiadów, się nie zmieniło. To miejsce pełne ludzi, którzy jednak, poza dziećmi, nie wyglądali na szczęśliwych. Zresztą mówili to wprost. Brak perspektyw i smutek wyzierały ze zniszczonych domów. Miejscowość tonęła w butelkach wódki, tak jak ten patologiczny świat, w którym dorastałem. Nie mogłem na to patrzeć. Za bardzo przypominał minione. Wegetował na krawędzi, bo nie miał wyjścia.

Dom spotkania

Jeśli jesteśmy w Zgorzelcu, to stamtąd można wsiąść w wygodny pociąg, który w siedem godzin zabierze nas do francuskiej Alzacji, gdzie prowadzi wspaniała Véloroute du Vignoble d’Alsace, Alzacki Rowerowy Szlak Winny. Powiedzieć, że jest przyjemnie, to nic nie powiedzieć. Bądź do Holandii, której nie trzeba reklamować. Belgia jest mniej oczywista. Tymczasem trasy wokół Ardenów to bajka. Kempingi położone są nad najczystszymi rzekami, jakie widziałem w życiu. Można w nich pływać godzinami. Wyprawę warto skończyć w Brukseli pod Parlamentem Europejskim. Na parkingu stoją setki rowerów. Pewnego razu przez kilka dni podglądałem życie tej instytucji.

Dopiero w tym jasnym gmachu widać, że jest to nade wszystko miejsce spotkania. Korytarzami przechodzą się politycy, którzy kształtowali historię świata, i rozmawiają. Na wyższym piętrze jest duże bistro, w którym Estończycy poznają się z Hiszpanami. W tym przeszklonym budynku, jak w krysztale, odbija się różnorodność kontynentu. Wynosi się stamtąd wrażenie, że jeśli tych miejsc zabraknie, to zwycięży entropia. Przed sesjami parlamentu publikuje się harmonogram ambitnych celów, o których nie słyszy się w krajowych wiadomościach, bo da się je podjąć wyłącznie wspólnie – ponadto wymagają najwyższej kultury prawnej i politycznej. Do tego miejsca wstęp mieli przedstawiciele wyłącznie tych krajów, które akceptują reguły gry. W stronę Turcji płynął jasny komunikat: możemy rozmawiać, jeśli, tak jak my, podejmiecie rzetelne rozliczenie z własną historią i kwestią ludobójstwa Ormian w 1915 r. Ten budynek był strefą negocjacji granicy między tym, co warto porządkować dyrektywami, a co racjonalniej, w imię zasady pomocniczości, załatwić na poziomie państw. Ale jest też jednocześnie historią porażek na drodze do zgody i hipokryzji wielu zachodnich rządów, których nie warto dla sensownej dyskusji o Unii ukrywać. Przykładem są Niemcy, które w imię partykularnych interesów po wprowadzeniu wspólnej waluty blokowały pełną integrację fiskalną, bojąc się odpowiedzialności za cudze długi. Zyskując na wprowadzeniu euro najwięcej, forsowały na poziomie europejskim własne zasady stabilności waluty, przez co biedniejsze kraje takie jak Grecja, pozbawione już własnej polityki monetarnej, były skazane na trudny kryzys. Zwątpiły w Europę.

Jeśli znów, racja, dotykamy tu banału, to jednocześnie sedna zarzutu wobec Unii: elitarności, nadmiernej biurokracji, a także złej komunikacji. Po co powtarzać banał? W tym tkwi jego destrukcyjna siła: skłania, by ignorować, co kryje. Europa uznała, że wszystko jest jasne. Młodsi jej członkowie prędko zapomnieli, ile wysiłku kosztowało oswojenie Europy i jaką robotę robiły popularne w latach 2000. programy rozrywkowe o innych nacjach. Było pogodnie, pamiętacie? Tego brakuje. Historyk Timothy Garton Ash twierdzi, że zatarł się „silnik pamięci” o tragedii wojny, będący źródłem integracji.

Unia Europejska nie obroni się, jeśli nie zadba, by treść rozbudowanych preambuł nie przysłaniała celu. Zaiste, wie, o czym mowa, ten, kto zmierzył się z instrukcją do wypełnienia dokumentu JEDZ (Jednolity Europejski Dokument Zamówienia) w przetargu europejskim bądź raportuje obecnie w ESG (Environmental, Social, Governance). Praktyka wskazuje, że na trasie z Brukseli do gminnego urzędu, czy rodzinnego domu, rozmywa się, co zyskujemy dzięki RODO – bezpieczeństwo naszych danych i prywatność; czy ESG – środowisko, w którym prócz zysku należy mieć na względzie stan środowiska i relację z otoczeniem.

Zakaz greenwashingu służy temu, by firmy nie wciskały kitu, że są eko, gdy nie są. Adresatami zawiłych procedur są często kadry, które wypaczają ich sens, bo nie rozumieją, czemu służą. Drwią. Nie czują przez to, że Europa jest dla nich bezpieczną przestrzenią.

Tymczasem warunek, już w latach 90., akcesji do wspólnoty był jasny: akceptacja prymatu prawa europejskiego nad narodowym, zasada ukształtowana w zajadłych sporach w latach 60., i wchłonięcie prawie 100 tys. stron przepisów prawa. Trzeba zmartwić wszystkich, którzy wierzą w postulat spektakularnej syntezy przepisów. Jest to niemożliwe, ponieważ prawo jest funkcją języka, który w miarę rozwoju technologii będzie puchł – otwarte formuły, jak „równe traktowanie wykonawców”, nie rozwiązały jeszcze żadnego sporu w praktyce.

Dyrektywa „work–life balance”, żeby była jasność, służy natomiast temu, by każdy miał możliwość w wolnej chwili pójść na rower.

Do Matki Europy

Timothy Garton Ash w Homelands. Historia osobista Europy, jednej z najlepszych w ostatnich latach, bo pełnej konkretu opowieści o Europie, twierdzi, iż jest to konieczne. Łatwiej, mówi, czuć się Europejczykiem w ruchu – oswajać miejsca i zachwycić nimi, jak czyniło to w czasach PRL pokolenie Zbigniewa Herberta, a później pierwsi studenci na Erasmusie. Dziś w dobie masowych podróży to już nie przywilej mobilnych elit. Mapy rowerowe Europy w popularnych aplikacjach są pełne transgranicznych śladów. Przypominają szwy na krajach.

Europie brakuje dobrych stories, które pomagają poznać i polubić jej miasta, wsie, nastrój. Żadna wspólna opowieść nie rodzi się łatwo. Niewykluczone, iż jesteśmy tego świadkami, i impuls, by wziąć się w garść w obliczu zagrożeń, stanie się zalążkiem nowej tożsamości ukształtowanej w debacie z udziałem różnych środowisk. Przy ryzyku wojny Europa nie ma wyjścia, musi działać, więc jest nadzieja. Wymierzona w nią agresja powinna skłaniać do tego, by trzymać się razem i odświeżyć pamięć o tym, co dobre. Trudno prorokować, jak podzielana wizja Europy mogłaby wyglądać. Można jednak przypuszczać, że powinna kompensować deficyty wyrażane lub zmanipulowane przez populistów – dodawać poczucia siły i bezpieczeństwa, troski o wartości lokalne i rzeczywistego szacunku dla wynikających z nich odrębności. Całą resztę opowieści – wolność i wartości demokratyczne – jeszcze mamy do dyspozycji, ale wielu Europejczyków nie potrafi ich docenić. Być może brak pozytywnego mitu, którego poszukujemy, to w dużej mierze rezultat ślepoty. Ślepi nie są ci, którzy od lat ryzykują życie, by dobić do jej brzegów na pontonach. Znają cenę wolności. Tym bardziej smuci, gdy część z nich nie potrafi później uszanować reguł, obierając drogę przestępczą i wpływając negatywnie na odbiór migrantów przez Europejczyków.

Pewne jest jedno: nowa opowieść, bez względu na to, jaką formę obierze, jeśli ma zostać przyswojona, musi ukazać, jak wielką szansą dla świata jest Europa. Jest niezłą ofertą na życie. Jest klasą, znakiem jakości pożądanym na świecie. Nowa opowieść będzie to wyrażać prosto i jasno, jak każdy, kto nie ma problemu z własną tożsamością.

Na razie jednak jedna czwarta Polaków chce polexitu, a ta kwestia staje się powoli tematem najbliższej kampanii wyborczej do parlamentu. Zanurzeni w podarowanej rzeczywistości, uwierzyliśmy, że Europa nie wymaga wysiłku poznania. Nikt z wykształconych znajomych, z którymi o tym rozmawiałem, nie wiedział o niedawnym zamachu na premiera Słowacji. Nikt też nie znał jego nazwiska. Być może warto zacząć, od tego, co za płotem – co o sobie wiemy? Znad Szczyrbskiego Jeziora w Tatrach można, z dobrą książką o Europie, wyruszyć szlakiem rowerowym przez regle i słoneczne łąki do Liptowskiego Mikułasza. Po pierwszym razie już leci.

Niewiele dalej jest Austria, gdzie przy cudownej trasie wzdłuż Dunaju, w miasteczku Willendorf, znaleziono słynną figurkę paleolitycznej Wenus. Mogła powstać ok. 22–24 tys. lat temu. Mierzy 11 cm, pierwotnie pokryta czerwoną ochrą – stanowi symbol sił witalnych. Przedstawia kobietę o krągłej sylwetce, atrybut płodności i kanon piękna przez tysiąclecia. Kiedy wybieram się tam, mówię bliskim, że jadę do „Matki Europy”. W knajpie nieopodal sprzedają breloczki z jej podobizną, które można zawiesić na szyi. W miejscu, gdzie wykopano ją w 1908 r., w zaciszu zieleni, stoi kamienna replika o rozmiarach człowieka. Można usiąść na ławce i patrzeć w środek kontynentu o nazwie, której etymologii nie znamy.

Artykuł pojawił się w numerze: Analogowe nawyki