W naszej rodzinie zawsze była jakaś działka ROD. Tak daleko, jak sięga moja pamięć, do lat dziecinnych, które zostały utrwalone na czarno-białych zdjęciach, gdzie bawię się z bratem w prowizorycznej piaskownicy na działce. Trzymam w ręku konewkę, on robi babki z piasku. Miałam pewnie jakieś cztery lub pięć lat, kiedy co tydzień pakowaliśmy się całą rodziną do auta i jechaliśmy pod Warszawę na działkę pracowniczą moich dziadków. I choć czas zatarł w mojej pamięci wiele wspomnień, to kiedy zamknę oczy, dokładnie widzę szeroką aleję, którą się szło. Po lewej stronie prowizoryczne toalety, w dole strumyk, gdzie łapaliśmy żaby, a dalej po prawej wejście na naszą działkę. Prosta ścieżka z płyt chodnikowych, stara wanna wypełniona zazielenioną deszczówką i otulona winoroślą, po lewej murowany domek, a w domku wielka szafa, w której były robocze ubrania i półki z nasionami. Ulubione chwile to te, kiedy wszyscy byli zajęci pracą, a ja mogłam buszować w szafie, przymierzać stare ubrania i szperać w nasionach. Tu astry, tam maciejka, tu pomidory. Niewiele było nasion ze sklepu. Raczej te uzbierane pod koniec sezonu przez moją ciocię albo jej sąsiadki.
Miałam swoje ulubione zakątki, tamta działka wydawała mi się ogromna, choć dziś myślę, że nie miała więcej niż 300 m2, bo takie są zwykle działki pracownicze.
Moi dziadkowie bardzo poważnie podchodzili do upraw. Doskonale pamiętam te wszystkie sadzonki pomidorów, ogórków i papryk, podpędzone dalie, zwarte kępy truskawek i poziomek. Wszystko miało swoje miejsce, a każdy z członków rodziny miał przydzielone inne zadania. Po latach łatwo mi odtwarzać tamte rabaty, wydaje mi się, że dobrze pamiętam, co gdzie rosło, choć nazwy znałam tylko potoczne, jak np. smolinosy. Smolinosy, czyli lilie tygrysie, należały do ulubionych roślin moich dziadków i rosły niemal wszędzie. Podobnie jak piwonie, których płatki zbierano i niesiono do kościoła na Boże Ciało. Pamiętam wielkie chodnikowe płyty, które ojciec podnosił, by pokazać mi mrowisko – to wtedy po raz pierwszy zobaczyłam labirynt ścieżek, skrzydlate mrówki i mrówcze jaja. Nie zawsze było tylko kolorowo, bo przecież czasem trzeba było też zbierać stonkę, jabłonie chorowały, wiśnie nie owocowały i niekiedy coś umarło.
Później dorosłam, poszłam swoją drogą, o działkowaniu na chwilę zapomniałam, zajmując się innymi sprawami, ale gdzieś w sercu wciąż tkwiło to małe, rzucone niedbale nasionko, które czekało na odpowiedni moment.
Wyzwalaczem tego momentu okazało się moje macierzyństwo i pragnienie, by pokazać córce przyrodę w formie, w jakiej mi ją pokazano. Biedronek zjadających mszyce, dżdżownic spulchniających glebę, siania i czekania na plon. Chciałam pokazać córce sprawczość, jaką możemy mieć, uprawiając niewielkie poletko.
Na własną działkę przyszło mi trochę poczekać.
Szukałam w Warszawie miejsca, które będzie przypominało mi to z mojego dzieciństwa. Nie było to łatwe. A to działka w kształcie trójkąta z budową apartamentowców za siatką, a to bliskość lotniska i samoloty nad głową. Albo nieuregulowany status prawny, brak prądu czy opuszczony gołębnik. Pewnego dnia szczęście się do mnie uśmiechnęło i kupiłam działkę od starszej pani, której brakowało już sił do jej uprawy.
Pierwsze tygodnie to była szalona praca kilkanaście godzin dziennie, bo działka nie była uprawiana od wielu lat. Zrywaliśmy z chodnika połacie podagrycznika, odkrywaliśmy zapomniane rośliny, zakładaliśmy kompostownik, sprzątaliśmy chatkę z rzeczy, które leżały tam od lat 80., i ta praca dawała nam satysfakcję i szczęście. Kupowałam rośliny i pełna nadziei, tworzyłam kolejne rabaty.
Kiedy nadeszła pandemia, to miejsce stało się dla mnie rajem na ziemi. Mogłam godzinami patrzeć, jak owady uwijają się na niewielkiej kwietnej łączce, jaką założyłam. Robiłam działkowe bukiety, a na przenośnej turystycznej kuchence smażyliśmy kiełbaski i plastry ugotowanych ziemniaków. Dzieci mogły biegać po trawie, bujać się na prowizorycznej huśtawce zawieszonej na starym orzechu włoskim.
Paradoksalnie nie było czasu na leniuchowanie i bezczynne leżenie w hamaku. Właśnie to mnie uratowało przed marazmem i popadaniem w coraz większy smutek.
Kiedy wyprowadziłam się z Warszawy, pożegnałam się z działką i przekazałam ją w nowe ręce. Nigdy jednak o niej nie zapomniałam i dziś wracam do zdjęć robionych w ciągu wielu lat, gdy się nią opiekowałam. Dopiero z perspektywy czasu zobaczyłam, jak wiele pracy jej oddałam i jak wiele dostałam w zamian. Każdemu, kto mieszka w mieście i pragnie odrobiny dzikości, polecam to samo: poszukaj swojej działki na RODOS, czyli Rodzinnych Ogródkach Działkowych Otoczonych Siatką. Te miejsca mają zawsze swój specyficzny klimat, trochę retro, nawet jeśli są uprawiane przez całkiem młodych ludzi. Dziś na działki jest moda i czasem odkupienie prawa do ich użytkowania osiąga astronomiczne kwoty, ale są też te bardziej przystępne cenowo – nieraz mocno zaniedbane, opuszczone lub znajdujące się nieco dalej od miejsca naszego zamieszkania. Kiedy uprawiasz ziemię, głowa odpoczywa, a wszystko zdaje się mieć swój właściwy ciężar i sens.