Dlaczego dzika przyroda i dzikość w ogóle są nam potrzebne do osiągnięcia równowagi fizycznej i psychicznej?
Na początku warto zastanowić się, co rozumiemy przez dzikie miejsca.
Czasami ludzie mówią o dzikości tak, jakby była czymś łagodnym, błogim i potulnym. Nic, tylko przytulać się do drzew. Jednak natura i cały jej zew, ten absolut, ma też przecież drugie oblicze – bardziej surowe, nieokiełznane. Nasz zachwyt i ekscytacja przyrodą wynikają również z tego – ostre szczyty, ciemne głębiny oceanów czy gęsta puszcza wzbudzają w nas szacunek, są nieprzewidywalne, może trochę niebezpieczne, nie da się ich łatwo okiełznać. Wielu miłośników gór twierdzi, że skala ludzkich problemów znacząco się zmniejsza w kontakcie z naturą, np. po zdobyciu jakiegoś szczytu. W obliczu wielkości przyrody człowiek odzyskuje poczucie właściwych proporcji. Alan Watts, brytyjski filozof i pisarz, mówił, że wyłaniamy się jak fala z całego oceanu zależności. Natura się nie spieszy, świat istnieje, nawet jeśli deadline w pracy wymknie nam się z rąk. Potrzeba przynależności do czegoś większego ma też w sobie pewien wymiar duchowy.
Jednocześnie w miejscu dzikim czujemy się dobrze wtedy, gdy nie odczuwamy stresu, że zaraz wyskoczy na nas lew czy gepard lub że spadniemy w przepaść. Zatem warunki dzikości muszą być dobrane zarówno do naszej kondycji psychofizycznej, jak też do podstawowych aspektów związanych z bezpieczeństwem. Jeśli chcemy odpocząć, nie możemy ciągle drżeć ze strachu, że coś nam się stanie.
Cieszę się, że coraz częściej wyjmujemy człowieka z opakowania pod tytułem „cywilizowany, kulturalny”. Nie ma się co oszukiwać – jesteśmy też istotami biologicznymi, zwierzętami.
Istnieją liczne badania, z których jasno wynika, co nam robi siedzący tryb życia, w którym brakuje ekspozycji na przyrodę. Architekt specjalizujący się w designie placówek opieki zdrowotnej Roger S. Ulrich już w 1984 r. w przełomowym tekście na łamach „Science” opisywał, że pacjenci tych szpitali, w których okna wychodziły na naturę, szybciej dochodzili do siebie po przeprowadzonych zabiegach i potrzebowali mniejszych dawek środków przeciwbólowych. Mówiąc krótko: potrzebujemy powrotu do tego, co jest dzikie, nieustrukturyzowane, co daje większą wolność w odnajdywaniu się w przestrzeni.
Nosimy w sobie pragnienie dzikości?
Ludzki mózg nie ewoluował w zamkniętych betonowych budynkach ani w warunkach wysoko zindustrializowanego otoczenia, tylko wśród natury. To w niej adaptowaliśmy się do zmieniającego się otoczenia. Dlatego z perspektywy paradygmatu ekopsychiatrii – nauki o zdrowiu psychicznym, która uwzględnia rolę środowiska naturalnego w jego kształtowaniu – możemy powiedzieć, że mamy w sobie biologiczny wewnętrzny głos ciągnący nas do natury, do przyrody.
Istnieje kilka komponentów, które tłumaczą tę zaszytą w nas potrzebę kontaktu z tym, co dzikie. Jednym z nich jest sensoryka. Dlaczego niektóre nasze zmysły – węch, słuch – lepiej pracują w otoczeniu wilgoci, np. w lesie? Kiedy kropla deszczu uderza w porowatą powierzchnię drzewa, powietrze z porów tworzy pęcherzyki, które wypływają i uwalniają aerozole niosące zapach, a na nie szczególnie wrażliwy jest nasz nos. Dźwięk także rozprowadza się inaczej w mokrej przestrzeni, wysokie częstotliwości są słabiej tłumione. Pytania możemy mnożyć: dlaczego lubimy fraktalność struktur, którą możemy zobaczyć i dotknąć na liściach, na szyszkach, na korze drzew? Dlaczego tak bardzo przyciągają nas uspokajający kolor zielony i niebieski?
Można powiedzieć, że potrzeba kontaktu z naturą i dzikością jest w nas zakorzeniona głębiej, niż sądzimy. Widać to w samym sposobie, w jaki patrzymy, co stanowi przedmiot badań neuroestetyki, która skupia się na wyjaśnieniu neurobiologicznych podstaw wrażeń percepcyjnych towarzyszących nam, gdy podziwiamy to, co uznajemy za piękno. Od dziecka przyciąga nasz wzrok powtarzalność struktur, obecna w dzikiej przyrodzie: w koronie drzewa, linii brzegowej, układzie liści. Co więcej, oglądanie takich wzorów obniża obciążenie wzrokowe i poziom stresu, jakby wzrok czuł się w nich „u siebie”. Niektórzy badacze (np. w tekście Universal Aesthetic of Fractals z 2003 r.) odczytują to jako ślad biofilii, czyli wrodzonej skłonności do tego, co żywe.
Mam poczucie, że wiele osób ten głos lekceważy, wypiera lub wcale nie słyszy. Inaczej nie bylibyśmy tak przykuci do swoich telefonów, komputerów, samochodów i rzadziej chorowali np. na otyłość…
To jest paradoks: mając coraz lepsze warunki do życia, żyjąc w dostatku, z dostępem do dobrego jedzenia, opieki zdrowotnej, żyjemy w niektórych aspektach coraz gorzej i dobijają nas choroby stresozależne. Niszczy nas wszechobecny stres związany czy to z pracą, czy z sytuacją geopolityczną, czy właśnie z nadmiernym korzystaniem z technologii i nieustanną ekspozycją na niebieskie światło. Wynika to też oczywiście z odłączenia od natury. Mniej przebywania w środowisku naturalnym, żywym, dzikim degeneruje nam układ związany z radzeniem sobie ze stresem i z regeneracją. Przeprowadzony w 24 lasach w Japonii eksperyment z 2010 r. wykazał, że środowisko leśne sprzyja niższym stężeniom kortyzolu, niższemu tętnu i ciśnieniu. Kontakt z naturą aktywnie reguluje osie HPA i SAM, wycisza ciało migdałowate i wspiera odpoczynek, a przewlekłe życie w mieście wiąże się z nadreaktywnością układu stresu.
Zarazem trudno nie zauważyć, że coraz mniej jest miejsc niedotkniętych cywilizacją, zanieczyszczeniami hałasem, światłem, pyłami, z dobrze zachowaną przyrodą i bywają one trudno dostępne – nie każdy z nas jest szczęśliwcem posiadającym dom za miastem czy mającym odpowiednie środki, by móc kupić regeneracyjny pobyt w jakiejś puszczy…
Profesor Sławomir Murawiec, psychiatra i psychoterapeuta, który wykonuje wspaniałą pracę, opowiadając o terapeutycznej mocy obserwacji ptaków, podkreśla, że aby oddać się temu zajęciu, wcale nie trzeba specjalistycznej, drogiej lornetki ani kilkudniowego wyjazdu do Puszczy Białowieskiej czy w Bieszczady.
Kilkadziesiąt gatunków ptaków można zaobserwować w pobliskim parku, ewentualnie w lesie pod miastem. Wiele zależy od naszej chęci i perspektywy. Myślę, że tak samo jest z doznawaniem dzikości.
Można wyjechać za miasto i zrobić sobie dwu-, trzygodzinny trekking bezdrożami, polami, lasami lub po łące. Większość z nas nie ma możliwości, żeby wyprowadzić się z miasta i mieszkać w domu pod lasem. Liczy się regularność tych działań, np. robienie sobie takiego trekkingu raz w tygodniu, choćby w weekend. W dniach pracy skupiam się zaś na tym, by nawet na spacerze z psem czy przy przemieszczaniu się po mieście wybrać bardziej zieloną trasę i spacerować bez słuchawek, bez ekranu, tylko obserwując to, co znajduje się dookoła mnie, i próbując się złączyć z przyrodą – patrzeć, co robią owady, przechadzające się zwierzęta, jakie ptaki latają nad moją głową. To jest ten kontakt z dzikością dostępny dla każdego, ale dzikość to nie jest przecież tylko natura.
Co ma Pani na myśli?
Kojarzę też dzikość z formami wizualnymi i wyrażaniem się przez sztukę. Taniec intuicyjny, ruchy animal flow, czyli zbliżone do sposobu poruszania się zwierząt ćwiczenia z ciężarem własnego ciała, wszelkie formy ruchu, które nie są bardzo ustrukturyzowane, to jest coś, co sama testuję, i widzę tam wiele dzikości. W powtarzalności zachowań objawia się pewna rytualność, czyli to wszystko, co z nami było, gdy siedzieliśmy w jaskiniach.
Niedawno rozmawiałam z Jerzym Górskim, triathlonistą, mistrzem świata w podwójnym Ironmanie, który pokazuje ludziom, jak ruch może zmieniać umysł. Górski przeszedł od harpagańskiego sportu właśnie do animal flow, pływania immersyjnego, do – jak to określał – większego poczucia przypływu, pewnej zwierzęcości obecnej w tym ruchu. Wydaje mi się to ciekawą perspektywą: dzikość jako zwrócenie się do swoich pierwotnych biologicznych potrzeb. Dzikością może być nawet to, że leżymy ze źdźbłem trawy na polu albo w hamaku i oddajemy się tym wszystkim procesom, które są wpisane w naszą dziką naturę. Oswajamy się z nudą, regeneracją i relaksacją. Ryszard Kulik w swojej książce Wystarczająco dobre życie napisał, że często szukamy dzikości w ekstremalnych wyprawach na safari, a podstawową komórkę i kolebkę tej dzikości mamy bardzo blisko – w sobie. To my sami jesteśmy tym dzikim światem ożywionym. Gdy do tego złapiemy połączenie z naturą na zewnątrz, poza nami, to dostrzegamy, że jesteśmy jej przedłużeniem, jej częścią.
Ostatnio dużo mówi się o lasoterapii czy kąpielach leśnych, znanych w Japonii jako shinrin-yoku. Czy te metody kontaktu z naturą i odnajdywania równowagi w przyrodzie rzeczywiście mogą nam pomóc?
Nie jestem terapeutką ani lekarzem, tylko neurobiolożką, więc trudno wypowiadać mi się na temat skuteczności tych narzędzi terapeutycznych w konkretnych przypadkach. Jednak nie bez powodu Światowa Organizacja Zdrowia promuje kontakt z przyrodą i włącza go do swoich oficjalnych strategii prewencji i promocji zdrowia, podobnie jak kontakt ze sztuką.
Kolebką idei kąpieli leśnych i lasoterapii jest rzeczywiście Japonia. W latach 80. XX w. powstał tam pierwszy ośrodek zajmujący się leczeniem poprzez kontakt z lasem. Badania przeprowadzono na ludziach dotkniętych chronicznym stresem. Pokazały one, że kontakt z lasem, świadome i uważne przebywanie w nim, pozwalają naturze oddziaływać leczniczo na nasz organizm. Profesor Qing Li, jeden z najbardziej znanych ekspertów i pionierów medycyny leśnej, przeprowadzał liczne badania dotyczące działania kąpieli leśnych. U badanych korzystających z takiej praktyki poprawiły się parametry dotyczące układu odpornościowego – wzrosła liczba i aktywność białek odpowiedzialnych za walkę z wirusami i komórkami nowotworowymi (NK, natural killers). Uważne spacery leśne obniżają też ciśnienie krwi i tętno, a także poprawiają sen. Duża w tym zasługa drzew, a w zasadzie fitoncydów, czyli olejków eterycznych wydzielanych przez drzewa, które chronią je przed szkodnikami, a na ludzi działają wyciszająco i wspierają ich układ odpornościowy.
W Polsce o kąpielach leśnych jest głośno dopiero od kilku lat. Na rodzimym gruncie prekursorami metody kąpieli leśnych i lasoterapii są wspomniany już Sławomir Murawiec i Katarzyna Simonienko, która napisała też książkę o lasoterapii, a w swoim gabinecie psychiatrycznym przepisuje tzw. zielone recepty.
To dostosowane do potrzeb pacjenta zalecenia związane z doświadczaniem natury – od obserwacji ptaków po przechadzki na świeżym powietrzu. Obydwoje są też przewodnikami leśnymi.
Podczas takiego skonstruowanego spaceru leśnego zwraca się uwagę na wszystkie detale związane z ziemią, z glebą, wącha się liście, szyszki, korę drzew, dotyka się roślin, poznając ich strukturę. Patrzy się w mniej codzienny sposób, starając się zaangażować wszystkie zmysły. Ważne jest też patrzenie panoramiczne, widzenie obwodowe, gdy nie skupiamy wzroku na jednym punkcie, tylko bardziej rozprężamy gałkę oczną, luzujemy nerw wzrokowy, nasłuchujemy. Podobnie jak w medytacji, doświadczenie kąpieli leśnej trudno zwerbalizować, trzeba je po prostu poczuć, zanurzyć się w nim.
Warto jednak tutaj zaznaczyć, że to nie jest żadna newage’owa wymyślona metoda. Możemy korzystać z kąpieli leśnych i lasoterapii na własną rękę, nie musimy wynajmować przewodników. Nie ma dnia, żeby nie pojawiały się kolejne metaanalizy czy duże badania przeglądowe na temat dobroczynnych skutków przebywania w przyrodzie dla zdrowia człowieka.
Co w zasadzie dzieje się na poziomie biochemii naszego mózgu, gdy przebywamy świadomie w lesie czy po prostu na łonie przyrody?
Na poziomie mózgu aktywuje się część przywspółczulna, czyli ta odpowiedzialna za relaksację naszego układu nerwowego. Organizm „wrzuca” niższy bieg działania – spada poziom kortyzolu i adrenaliny oraz białek związanych ze stanem zapalnym, które wynikają z przewlekłego stresu. W badaniach obrazowych widzimy, że zwiększa się tzw. zmienność zatokowa serca, HRV, będąca wyznacznikiem naszej skutecznej adaptacji do tego, co się dzieje. Mówiąc inaczej – to zdolność „powrotu do siebie” po stresie.
W naszym układzie limbicznym, czyli części mózgu odpowiedzialnej za emocje, pod wpływem stresu często dochodzi do nachalnych ruminacji, potocznie mówiąc: natłoku myśli, co jest wynikiem wzmożonego działania ciała migdałowatego. Kontakt z przyrodą je wycisza, podobnie jak korę przedczołową, która w przyrodzie zmniejsza swoją aktywność. Dzięki byciu w przyrodzie stajemy się bardziej kreatywni, ona sprzyja myśleniu dywergentnemu, szukaniu rozwiązań. Natura „odświeża” umysł, pozwala nam nabrać dystansu. Te procesy zachodzą u ludzi niezależnie od wieku – zatem każdy moment życia jest dobry, by zacząć „kąpać się” w naturze.
W 2019 r. na łamach prestiżowego magazynu „The Lancet” poinformowano o badaniach populacyjnych przeprowadzonych w Nowej Zelandii na grupie wszystkich dzieci urodzonych w 1998 r. Wynikało z nich, że ci najmłodsi, którzy regularnie obcują z przyrodą, wykazują mniej objawów nadpobudliwości i nieuwagi (ADHD) oraz niższy poziom stresu, co jest dzisiaj szczególnie ważne w kontekście problemu z przebodźcowaniem.
Naukowcy twierdzili w nich, że życie na wsi oraz większa ekspozycja na zieleń są silnie i niezależnie powiązane ze zmniejszonym ryzykiem wystąpienia ADHD.
Kontakt z przyrodą tonizuje również układy nerwowe dorosłych i seniorów. Wiele badań wskazuje, że wspiera zachowanie zdolności poznawczej, neuroplastyczności mózgu w późnym wieku.
Powiedziała Pani, że kontakt z przyrodą musi być intencjonalny i pełen skupienia, by można było mówić o jego terapeutycznym charakterze. Już samo to wydaje się wyzwaniem w czasach, kiedy wyjście z domu bez telefonu i włączonych aplikacji wielu jawi się jak wyjście bez ręki…
Szybki spacer po parku czy lesie z telefonem w ręku czy skupieniem na tym, by smartwatch pokazał odpowiednią liczbę kroków, nie zadziała terapeutycznie – nasze mózg i ciało nie będą miały szansy wejść w tryb wyciszenia. Przebodźcowanie bywa uzależniające, ale przede wszystkim odczuwa się je jako wyczerpujące. Dlatego zostawienie smartfona czy smartwatcha w domu i skupienie się na obserwacji konkretnego obiektu, np. jednego drzewa, jego kolorów, kształtów, zapachów, faktury kory, a później ptaków, które je zamieszkują, w połączeniu z głębokim i świadomym oddychaniem może stać się pierwszym krokiem do wejścia w kontakt z naturą i jej terapeutyczną mocą. Oby dla jak największej liczby z nas stał się on równie uzależniający jak nowe technologie.
To może być forma medytacji?
Jakkolwiek to zabrzmi, medytacją może być wszystko, jeżeli tylko poświęcamy temu uwagę oraz nie analizujemy myśli, które pojawiają się w naszej głowie. Medytacją może być obieranie marchewki, uważny spacer, klasyczna praktyka „na macie”, ale też modlitwa. Nasze zdrowie psychiczne i fizyczne w obecnych warunkach dominacji technologii i siedzącego trybu życia mogą ocalić wszystkie praktyki związane z powrotem do biologicznych korzeni. Do tego zaliczam również żywność. Dzisiaj zewsząd podsuwa nam się żywność wysoko przetworzoną, słodką, słoną, rozpływającą się w ustach, od której łatwo się uzależnić, lecz która nie ma nic wspólnego z naturą. Jest zlepkiem emulgatorów, tłuszczów trans, cukru, soli. Dobroczynny kontakt z naturą to także zwracanie się w stronę żywności nieprzetworzonej, która – jak sama nazwa mówi – żywi, a nie tylko zapycha czy wypełnia. Ziemniak nie ma składu jak z laboratorium, jest po prostu ziemniakiem. Podobnie sezonowe warzywa, nowalijki, jajka, ryby – to wszystko są pierwotne formy z przyrody, które wspierają nasz dobrostan, pomagają też w jakimś sensie nie stracić z oczu wrażliwości na plony ziemi, inne stworzenia, a to wszystko sprzyja zakorzenieniu w naturze.
Od wielu już lat wiemy, że bioróżnorodność na świecie maleje na skutek działalności człowieka i spalania przez niego paliw kopalnych. Ziemia się nagrzewa, przez wiele tygodni w roku w wielu miejscach na świecie panują ekstremalne warunki – upały, susze, powodzie. Może chęć powrotu do dzikości i kontaktu z naturą jest też formą żałoby po tamtym świecie sprzed kryzysu, który bezpowrotnie zniszczyliśmy?
Myślę, że coś w tym jest.
Rozmawiamy w dniu 100. urodzin sir Davida Attenborough, propagatora piękna i różnorodności przyrody oraz – chyba można tak powiedzieć – orędownika dzikości, który jednocześnie bez lukru pokazywał, jak niszczymy rafy koralowe, amazońską puszczę i wiele innych dziewiczych miejsc. Trzeba być zupełnie impregnowanym na dane, wykresy i obserwacje „gołym okiem”, również z funkcjonowania naszych organizmów, by nadal uparcie zaprzeczać ociepleniu klimatu i degradacji bioróżnorodności.
U wielu z nas ta tęsknota za naturą i dzikością może być formą żałoby za ginącą przyrodą. Jednak mimo że jest już bardzo późno i bardzo źle, staram się nie popadać w katastrofizm.
Wierzę, że każdy nasz krok w kierunku świadomego życia oraz ciągła edukacja związana z procesami biologicznymi, fizycznymi i neurobiologicznymi mogą pomóc opanować kryzys. Polska to piękny kraj, mamy wciąż wiele miejsc, w których dzikość jest na wyciągnięcie ręki. Od kilku miesięcy sama mieszkam na wsi i staram się cieszyć każdą obserwacją budzącej się do życia czy odnawiającej się przyrody. Mam też w sobie zew podróżnika, wspaniale czuję się w dalekich krajach Azji, jednak ostatnio odkrywam to bliższe piękno. Niedawno trafiłam do parku narodowego Czeska Szwajcaria. W 2022 r. miał tam miejsce największy pożar w historii Czech. Ogień rozprzestrzenił się na obszarze ponad 1000 hektarów. Przez 21 dni z płomieniami walczyło 6 tys. strażaków, w gaszeniu pomagali też polscy piloci, wielu mieszkańców okolicznych gmin ewakuowano. Gdy odwiedzałam to miejsce trzy lata po pożarze, wzruszyłam się, jak ogromne są siły natury do odnawiania się. Zobaczyłam mnóstwo nowych brzóz, paproci, grzybów. Obserwowanie tej dzikości i odradzania się natury było dla mnie bardzo inspirujące i pokazało, że ten cykl życia może się odnawiać także w trudnych warunkach. Nie chcę przez to powiedzieć, że natura sama sobie poradzi, bo to dość oklepane hasło, poza tym nie uwzględnia tego, co jako ludzie będziemy musieli przechodzić ze względu na nasze zaniedbania i ignorowanie nauki. Jeżeli chcemy zachować dzikość, to powinniśmy nie tylko czytać wiarygodne naukowe źród–ła na temat tego, co się dzieje, ale przede wszystkim obserwować najbliższe nam skrawki otoczenia i angażować się w mniejsze lub większe inicjatywy, które je chronią. Od prostej segregacji śmieci we własnym domu, przez podpisywanie petycji, po sadzenie w okolicy łąk kwietnych, drzew czy uprawianie własnej działki – czyli właśnie bycie w naturze i słuchanie jej głosu.