Ile można mieć sekreter w domu? Tyle, ile się zmieści! Ja na 38 m2 upchnąłem trzy, a prócz tego kredens, dwa stoły, sześć krzeseł, trzy niciaki, komodę, biurko, cztery spore regały, karciak, fotel, serwantkę, zegar stojący, tysiące książek oraz setki obrazów i fajansów. Uważam zresztą, że nie zrobiłem sobie w ten sposób ani graciarni, ani muzeum. Gdy ktoś niedawno powiedział mi, że aby tak mieszkać, trzeba mieć dużo odwagi, początkowo zdziwiłem się – o co mu, do licha, chodzi? Dopiero potem przypomniałem sobie o ironicznych pytaniach, gdzie schowałem babcię, i wysłuchiwanych przez lata „życzliwych” sugestiach, żebym sprawił sobie nowoczesne i wygodne meble (które, jak nic, rozlecą się po 10 latach). Prawa do własnego ekscentryzmu musiałem się długo uczyć, podobnie jak stosownego odpowiadania na podobne rady: „Wybacz, ale ty tu chyba jeszcze nie mieszkasz?”.
Ze wszystkich typów mebli największym sentymentem darzę właśnie sekretarzyki i sekretery (o różnicach pomiędzy nimi za chwilę). Myślę, że chodzi tu o pewien, niejako programowo w nie włączony, intelektualny sznyt – służą bowiem do pisania. Są też niesłychanie praktyczne – spora liczba szuflad i szufladek pomaga w utrzymaniu porządku w dokumentach i przedmiotach, rzecz nie do przecenienia dla pedanta lubiącego gromadzić rzeczy i trzy razy zastanawiającego się, zanim wyrzuci zużyty bilet (bo to przecież pamiątka!). Z kolei dla mojego kolegi Rafała liczy się sama forma mebla, która daje mu spokój i skupienie oraz wyznacza zamkniętą przestrzeń do pracy. Rafał najchętniej wstawiłby sekretarzyk do ustawionej w rogu pokoju angielskiej budki telefonicznej i w ten sposób odizolował się od świata.
Dla władców i mieszczan
Gerhard Dietrich w monografii Schreibmöbel. Vom Mittelalter zur Moderne (Meble do pisania od średniowiecza do współczesności) pokazuje, że specjalne sprzęty dla ludzi słowa istniały w Europie już w IX w. Były to używane w klasztornych skryptoriach pulpity, przy których pracowano na stojąco, oraz stawiane na stołach pultynki – podstawki lub skrzyneczki z pochyłą płytą do pisania i schowkiem na przybory. Sekretera pojawiła się zaś pod koniec XVI w. – wyewoluowała ona z kabinetów, czyli (w dużym uproszczeniu!) bogato zdobionych mebli skrzyniowych. Jej część dolna to komoda lub szafka, nad którą za skośną lub pionową pokrywą (po otwarciu stającą się płytą do pisania) znajduje się „dusza” z szufladkami, przegródkami lub półkami, a niekiedy też z zamykaną drzwiczkami niszą zwaną tabernakulum. Crème de la crème stanowią skrytki na poufne dokumenty i kosztowności. Całość często wieńczy jeszcze nadstawa mieszcząca np. podręczną biblioteczkę. W dobie baroku popularnością cieszyły się sekretery ciężkie i wysokie, wyglądające jak szafy lub kredensy, intarsjowane różnymi rodzajami drewna i mające faliste fronty – w Rzeczypospolitej w ich wytwarzaniu celowały stolarnie z Kolbuszowej.
Jedynym z najsłynniejszych twórców mebli do pisania był niemiecki ebenista David Roentgen (1743–1807). Jego luksusowe wyroby w stylu późnego rokoka i klasycyzmu znajdowały nabywców wśród arystokracji i panujących w całej Europie – zachwycali się nimi choćby Ludwik XVI i Maria Antonina, caryca Katarzyna II i Fryderyk II Wielki, a nawet Goethe, który wspominał o nich w Latach wędrówki Wilhelma Meistra. Wytwarzano je w warsztacie w Neuwied nieopodal Koblencji, ale prezentowano również w salonach firmy w Berlinie, Paryżu i Petersburgu, często też u klientów – pod czujnym okiem Roentgena jechały one na wozach z dworu na dwór. Meblarskie dzieła sztuki miały architektoniczne formy, zdobiły je zaś złocone brązy i wielobarwne intarsje układające się w sceny mitologiczne, religijne i rodzajowe, alegorie i pejzaże oraz tzw. chinoiseries – swobodne nawiązania do sztuki Dalekiego Wschodu.

Przede wszystkim jednak kryły one w sobie skomplikowane mechanizmy – dotknięcie przycisków lub znanych tylko wtajemniczonym elementów konstrukcyjnych uruchamiało automaty grające muzykę i otwierało niezliczone skrytki, przegródki, kałamarze, zakamuflowane dziurki od kluczy i dodatkowe pulpity. Szuflady wyskakiwały nagle z miejsc, w których najmniej się ich spodziewano, obracały się i przesuwały na boki, odsłaniając kolejne schowki. Tego się nie da opisać, to trzeba zobaczyć, np. wpisując na YouTubie „Roentgens’ Berlin Secretary Cabinet” i klikając na jeden z filmów. Przedstawiona na nich, mierząca ponad 3,5 m sekretera ze zbiorów berlińskiego Kunstgewerbemuseum powstała ok. 1778 r. dla pruskiego króla Fryderyka II Wielkiego (il. 2). Mebel wręcz oszałamia liczbą funkcji, co od razu budzi pytanie, czy monarcha faktycznie z niego korzystał. Niewykluczone, że służył on głównie do olśnienia gości. Gdy uruchomić mechanizmy, efekt jest zaiste teatralny, z czego Roentgen musiał zdawać sobie sprawę: jeden z paneli zdobi postać aktora wychodzącego zza kurtyny.
Sekretery stały się szczególnie modne, gdy nadszedł styl „mieszczan dla mieszczan”, czyli biedermeier. Miały one zwykle prostą formę nawiązującą do antycznych budowli, choć zdarzały się też modele bardziej wyszukane, np. w kształcie liry lub dwuosobowe, mające opuszczane pulpity na froncie i z boku. Gdy na YouTubie wpiszemy jeszcze „secret drawers of the Hefele secretary”, zobaczymy dzieło bliżej nieznanego austriackiego ebenisty Vinzenza Hefelego z 1840 r. (Museum für angewandte Kunst, Wiedeń). Biedermeierowska sekretera wygląda skromnie, ale to tylko pozory. Mieści ona w sobie aż 105 szufladek, z których widocznych jest jedynie 13. Do odnalezienia pozostałych potrzeba szczegółowej instrukcji, którą Hefele rozrysował na 15 kartach. Właściciele musieli zapewne godzinami uczyć się obsługi i drżeć z obaw, że w razie zgubienia planów nigdy już nie odzyskają poukrywanych precjozów. Mebel jest zresztą wybitnie niepraktyczny. Stanowił on raczej popis kunsztu i pomysłowości rzemieślnika – szczerze mówiąc, wątpię, czy kiedykolwiek wykorzystano wszystkie te tajemne schowki. W biedermeierowskich wnętrzach można było też zobaczyć blendy. Ich drzwi sprytnie udawały zamknięte sekretery, lecz po otwarciu ukazywała się proza życia, czyli środek zwyczajnej szafy na ubrania lub bieliźniarki. Blendy nie tylko ładnie wyglądały, ale również sprawiały wrażenie, że w pokoju stoi coś lepszego i droższego, a mieszkańców zajmują sprawy wznioślejsze niż wykrochmalone koszule i halki. Sekretery wyszły zupełnie z użytku pod koniec XIX w. – na ich niewielkich blatach nie było po prostu miejsca na nowe wynalazki, takie jak lampa elektryczna, maszyna do pisania lub telefon.
Wszystko dla pań
Młodszy rodowód mają sekretarzyki, które pojawiły się w XVIII-wiecznej Francji. Ich protoplastą był stolik, do którego zaczęto dodawać nadstawki mieszczące szufladki i półeczki. Cieszyły się one ogromną popularnością, na co wpłynęła drobna, aczkolwiek znamienna w skutkach, zmiana w funkcjach i układach domowych wnętrz. Wymyślono bowiem buduary, nowe, nieprzechodnie (a więc intymne) pomieszczenia przeznaczone specjalnie dla kobiet. Jako pierwszy ich plany zamieścił Jacques-François Blondel w dziele L’architecture française (1752–1756). Nazwa wzięła się od słowa bouder – dąsać się. W damskim pokoju można się było obrażać na świat, częściej jednak służył on do wypoczynku, lektur, przyjmowania przyjaciół i pisania listów. Nad Sekwaną w klasach wyższych wybuchła wtedy bowiem epistolograficzna epidemia. Służący i posłańcy kursowali nieustannie po mieście, dostarczali liściki i czekali na odpowiedź. Przypominało to trochę dzisiejszą komunikację na WhatsAppie, z tym że wiadomości szły pieszo lub konno, no i trwało to znacznie dłużej. Oczywiście na epistoły poważniejsze nie odpowiadano natychmiast. Listy trzeba było na czymś napisać, potem schować, zwłaszcza jeśli zawierały one jakieś sekrety – służyły do tego małe damskie biureczka zwane sekretarzykami (od franc. secrète, tajemnica).
Moda na pisanie listów znalazła też odbicie w święcącym właśnie triumfy nowym gatunku literackim, jakim była powieść epistolarna. Jeden z najwybitniejszych jej przykładów to Niebezpieczne związki pióra Pierre’a Choderlosa de Laclos z 1782 r. Fabuła skupia się na intrydze uknutej przez markizę de Merteuil. Chce ona (i słusznie!) zemścić się na byłym kochanku, który porzucił ją, by ożenić się z wychowaną w klasztorze cnotliwą panną Cecylią de Volanges. Markiza prosi o pomoc dawnego amanta, wicehrabiego Sebastiana de Valmonta – ma on uwieść i tak wyedukować erotycznie dziewczynę, by podczas nocy poślubnej zszokowany małżonek zdał sobie sprawę, że ma do czynienia z wyuzdaną libertynką, a nie z dziewicą. Sprawę komplikuje nieco fakt, że Cecylia zapałała właśnie wzajemną miłością do młodego kawalera Danceny.
Powieść sześciokrotnie przenoszono mniej lub bardziej wiernie na ekran – najlepiej udało się to chyba w 1988 r. Stephenowi Frearsowi oraz zaledwie rok później Milošowi Formanowi w filmie Valmont. Ich adaptacje różnią się przy tym do tego stopnia, że aż trudno uwierzyć, iż reżyserzy oparli się na tym samym dziele. W wersji Frearsa sekretarzyk pojawia się, gdy matka odnajduje miłosną korespondencję zrozpaczonej Cecylii (kreowanej przez Umę Thurman). W rolę tegoż mebla wchodzi również grany przez Johna Malkovicha de Valmont – na jego plecach uwiedziona bohaterka będzie kreślić w łóżku dyktowaną jej odpowiedź do ukochanego. Tu dygresja: powieść de Laclos stała się punktem wyjścia dla Helli Haasse (1918–2011), holenderskiej pisarki przez lata typowanej do Nagrody Nobla. Autorka Niebezpiecznego związku albo listów z Daal en Berg podczas spaceru przez wspomnianą w tytule haską dzielnicę bezwiednie tłumaczy sobie jej nazwę na francuski: Valmont. Przypomina sobie wtedy, że skompromitowana markiza na koniec uciekła przecież do Holandii. W taki sposób rozpoczyna się wymiana listów pomiędzy żyjącą w XVIII w. de Merteuil i współczesną feministką Haasse, a choć korespondentki pochodzą z różnych światów, wiele zdaje się je łączyć. Rzecz polecam bynajmniej nie dlatego, że na polski przetłumaczyła ją moja kuzynka Alicja. Markiza mogła pisać do Helli na sekretarzyku zwanym bonheur du jour, czyli szczęście dnia, lekkim i bogato zdobionym (np. porcelaną z Sèvres). Upowszechnił się on ok. 1760 r. – w damskiej sypialni służył również jako toaletka albo stolik do jedzenia śniadań.
Odmiany i formy
Sekretarzyk jest zwykle mniejszy i mniej masywny niż sekretera, przy czym różnica pomiędzy nimi bywa płynna, zwłaszcza jeśli ten pierwszy ma słuszny rozmiar. Rozmaitych i mających fachowe nazwy odmian takich mebli jest zresztą bez liku (sam doliczyłem się ponad 60). Wymieniać można by długo: Carlton House writing table, bureau brisé, bureau à gradin, praska, Schreibkommode, Zylinderbureau… Występują one we wszystkich stylach i epokach, od rokoka aż po dziś. Znajdziemy je w komponentach peerelowskich meblościanek i ofercie wielkich sklepów z wyposażeniem wnętrz, tyle tylko że w katalogach nazywa się je teraz biurkiem. Od kiedy do pisania potrzebny jest tylko laptop, sekretarzyki coraz lepiej sprawdzają się w naszych niewielkich mieszkaniach.
Meble do pisania od zawsze pobudzały inwencję wykonawców i zleceniodawców. Można było wmontować w nie wysuwane półeczki na świeczniki, kałamarz lub zegar, wprawić ryciny, namalowane na drewnie pejzaże i ceramiczne plakiety, drzwiczki zastąpić cylindryczną pokrywą, „duszę” ukryć w rozkładanej szufladzie komody albo w szafie. W wiktoriańskiej Anglii robiono davenporty, przy których pracuje się na stojąco. Mają one ukośne blaty oraz szuflady po bokach. Nazwa wzięła się podobno od nazwiska kapitana, który pod koniec XVIII w. zamówił sobie taki właśnie mebel w firmie Gillows of Lancaster and London. Podejrzewa się, że chciał z niego korzystać na statku.

Najdziwniejszy obiekt, jaki widziałem w życiu, znajduje się w Germanisches Nationalmuseum w Norymberdze i stanowi hybrydę rzeźby, sekretarzyka, klawikordu, przybornika do robótek ręcznych oraz manekina krawieckiego (il. 3). To powstała ok. 1780 r. realistycznie oddana figura kobiety ubranej w zieloną upiętą na krynolinie spódnicę oraz gorset z wąskim stanem i głębokim, odsłaniającym krągłe piersi dekoltem. Drewniana dama jest jak na owe czasy słusznego wzrostu, mierzy bowiem 180 cm. Kryje ona w sobie liczne schowki, szufladki i szuflady – gdy wysunąć i rozłożyć jedną z nich, pokazują się klawikord i malutki pulpit. Można powiesić płaszcz lub szal, a potem oddać się typowym kobiecym zajęciom: skrobnąć bilecik, zagrać parę akordów i zabrać się do haftowania, popijając przy tym wino – w znajdującej się w głowie skrytce znaleziono bowiem arkusz z wierszem wychwalającym zalety dobrego burgunda. Niemiecka elegantka ma też oryginalną, przydającą jej kokieterii tekstylną garderobę – koronkową pelerynę i takiż kaptur, obecnie przechowywane w muzealnym magazynie. Niestety, nie wiadomo, kto zlecił wykonanie tego ebenistycznego curiosum.

Inny ciekawy mebel z przełomu XVIII i XIX w. znajduje się w zbiorach Victoria & Albert Museum of Childhood – to sekretarzyk zwieńczony nadstawą będącą domkiem dla lalek mieszczącym cztery (dziś już, niestety, puste) pokoiki z kominkami i sztukateriami (il. 4). Z pewnością obstalowano go dla jakiejś dziewczynki. Jeśli jednak zabawa miała być nagrodą za odrobienie wcześniej lekcji, to szczerze współczuję małej właścicielce – na jej miejscu raczej nie byłbym się w stanie skupić. Z kolei w Luwrze zobaczyć można mechaniczny sekretarzyk podróżny, dzieło florenckiego ebenisty Giovanniego Socciego z ok. 1820 r. Zamknięty, wygląda jak pękaty, owalny stolik, ale po naciśnięciu zamaskowanego przycisku nieoczekiwanie wysuwają się z niego nadstawka z szufladą, pulpit do pisania oraz… fotel (tutaj też radzę poszukać filmów w internecie). Zachowały się tylko cztery takie mebelki, w tym jeden zrobiony dla Elisy Napoléone Baciocchi, siostrzenicy cesarza Francuzów.
Dar Babci
Czy meble mogą budzić uczucia? Oczywiście. W odzie Julii Hartwig pt. Na przybycie do domu starego bretońskiego kredensu długo oczekiwany drewniany bohater staje się pośrednikiem pomiędzy przeszłością i teraźniejszością oraz znakiem zakorzenienia w świecie. Poetka wyznaje: „Od kiedy sprzęt ten ze starczym skrzypem spoczął pod moim dachem / zrozumiałam, że po długiej żegludze łódź dopłynęła znów na postój u brzegu”. Wiersz o meblu popełnił też wspomniany już Fryderyk II Wielki. W Epistel an das Bett des Marquis d’Argens (Liście do łóżka Markiza d’Argens) z 1754 r. chodzi jednak o coś innego – to zakamuflowany erotyk skierowany do uwielbianego dworzanina Jeana-Baptiste’a de Boyera.
Sekretarzyka lub sekretery pożądałem od zawsze, do tego stopnia, że automatycznie rejestrowałem w pamięci wzmianki o nich w czytanych powieściach (np. ten, który płonie w Danzig przy Breitgasse w Hanemannie Stefana Chwina, skądinąd wielkiego piewcy przedmiotów). W posiadanie pierwszego wszedłem dopiero, gdy byłem na drugim roku studiów. Z bratem Maćkiem przeprowadziliśmy się wtedy do osobnego mieszkania i w końcu każdy z nas miał własny pokój. Choć zarabiałem na korepetycjach, odłożenie pieniędzy na zakup starego mebla było poza moim zasięgiem – kosztowały one wówczas krocie. Łaziłem po antykwariatach, których było kiedyś w Krakowie o niebo więcej, i bezskutecznie szukałem jakiejś okazji. Niedługo potem sekretarzyk podarowała mi Babcia Adela. Była wówczas po osiemdziesiątce, mimo protestów rodziny prowadziła życie ascetki i oszczędzała, jak mogła, żeby sprawiać przyjemności wnukom, którzy, jak mówiła, byli jej jedyną radością. Prezent miał dodatkowo zachęcić mnie do rzucenia palenia, co udało się częściowo, gdyż robiłem to potem, podobnie jak Mark Twain, jeszcze wiele razy. Nie był to jedyny taki babciny dar. Dostałem od niej również wspaniały, liczący prawie 2700 stron The Shorter Oxford English Dictionary on Historical Principles, który pozwolił mi na tłumaczenie dawnej literatury bez konieczności biegania do biblioteki z listą słów do sprawdzenia (służy mi zresztą do dziś).
Za otrzymane 140 mln zł (przed denominacją oczywiście) kupiłem sobie prosty i jasny późnoklasycystyczny mebelek fornirowany czereśnią z ciemnymi żyłkowaniami, dwiema dużymi szufladami oraz sześcioma małymi w „duszy” ukrytej za klapą wyłożoną zielonym zamszem. Niebawem okazało się, że mieszkają w nim kołatki, które postanowiłem sam uśmiercić, robiąc tym samym pierwsze kroki na polu konserwacji. Ponieważ stare meble potrzebują odpowiedniej oprawy, bezczelnie zrabowałem Mamie kilka bibelotów. By zagłuszyć horror vacui bijący od pustej ściany, kupiłem cztery przedwojenne, drukowane frakturą taniutkie niemieckie mapy, które potem oprawiłem własnym sumptem. Bejcowałem sosnowe ramki i wycinałem passe-partout, co mój ówczesny partner skwitował słowami: „Zmarnowałeś całe popołudnie, żeby zrobić sobie cztery głupie obrazki”. Niestety, nie wyciągnąłem wtedy wniosku, że jest nam ze sobą nie po drodze, lecz tak to bywa, gdy ma się 22 lata, pusto w głowie i uważa się, że nikt więcej się już nie trafi.
Pół tony vanitas
Sekretarzyk od Babci pokochałem natychmiast, choć nie do końca spełniał on moje oczekiwania: był niewielki, no i nie miał tabernakulum. Idealny mebel trafił do mnie w zeszłym roku, kiedy po cyklach agresywnych chemio- i radioterapii zdałem sobie sprawę, że na spełnianie marzeń może być niedługo za późno, a szybko da się zrealizować jedynie te materialne i najprostsze. Ponieważ w rachubę nie wchodziło pojechanie do Armenii, nauczenie się szwedzkiego czy wydziaranie kolejnego tatuażu, skompletowałem alzacki serwis, zostałem posiadaczem angielskiego zegara stojącego oraz wschodniego kobierca i zacząłem szukać sekretery. Po kilku tygodniach oglądania setek ogłoszeń w internecie nieoczekiwanie natrafiłem na skarb, o jakim nawet nie śniłem. Była to brandenburska Hutschachtel-Sekretär „sekretera kapelusznika”, zwana tak, gdyż jej nadstawa przypomina pudło na kapelusze (il. 1). Przyjechała do Polski spod Kopenhagi, gdzie wystawiono ją na sprzedaż po śmierci właścicieli zamożnego domu. Powstała najpewniej w Berlinie w latach 1820–1830, gdy styl cesarstwa przechodził płynnie w biedermeier. Schodki szuflad, fronton, kolumny i gzymsy nawiązywały do antycznej świątyni, a oszczędne zdobienia sprowadzały się do złoconych brązów oraz gałek z kości słoniowej. Dekoracyjne były już przecież same słoje mahoniu piramidalnego przetykane żyłowaniami z klonowego drewna! Pięć szuflad, osiem szufladek, jedna skrytka otwierana ukrytym przyciskiem, wieńcząca całość spora szafka oraz owo upragnione tabernakulum z wygiętymi drzwiczkami, ze schodkami i kolumienkami po bokach. Mebel z czasów Caspara Davida Friedricha i braci Schleglów, esencja gustu starego, dobrego niemieckiego mieszczaństwa. Co więcej, nigdy nie poddano go konserwacji – politura pamiętała odbicia setek twarzy, a zachwycająca patyna przechowała dotyk dziesięciu pokoleń ludzi, których historii nigdy już nie poznam. Obiekt był wysokiej klasy i w związku z tym odpowiednio kosztował – choć miły pan Robert dał spory upust, wydałem wszystko, co miałem, i musiałem się zapożyczyć.

Sekretera ważyła prawie pół tony i mimo że rozkładała się na trzy części, do wniesienia jej trzeba było brata i kilku przyjaciół. Masywny, dostojny mebel, za którym stało 200 lat kultury, dał mi w niepewnym czasie choroby poczucie stałości i oparcie. Szufladki szybko znalazły przeznaczenie: do jednej trafiły koperty, do drugiej wizytówki i notatniki, jeszcze inne pomieściły zegarki, dokumenty, pamiątki i kupione na zapas ulubione portfele, których mogłem już nigdy nie użyć. Jakkolwiek banalnie to zabrzmi, szufladki pomogły mi wtedy uporządkować nie tylko drobiazgi, ale i myśli. W tabernakulum umieściłem żywy obraz, skomponowaną z rozmaitych rekwizytów holenderską wanitatywną martwą naturę, symboliczną opowieść o przemijaniu. Wytoczony w drewnie pojemnik na tytoń i fajka odnosiły się do krótkości życia ulotnego niczym dym, książeczki, monety i pierścionki wskazywały na złudne pokładanie wiary w wiedzy, nietrwałości bogactwa i czczym światowym blichtrze, zaś puste muszle mówiły o śmierci (w dawnym malarstwie znaczyły one to samo co piszczele i czaszki). Żeby było jak najwierniej, dodałem jeszcze kobaltowe wschodnie naczynko, a orientalny wzorzysty kobierzec, częsty element takich przedstawień, zastąpiłem czerwoną jedwabną apaszką, która wcześniej była chustą, jeszcze wcześniej bluzką, a przed wojną sukienką mojej babki Joanny, zawsze kojarzącą mi się z wierszem Wyścig z suknią Szymborskiej.
Holger i Rienk
Trzecia sekretera pojawiła się już siłą rozpędu. Był to duński mebel z ok. 1870 r. w stylu późnego Chrystiana VIII. Zwieńczony trapezoidalną kopułką, fornirowany orzechem i czeczotą, z tabernakulum pomiędzy dwiema niszami, sześcioma szufladkami i czterema przepastnymi szufladami, a przy tym tak śmiesznie tani, że po prostu grzechem byłoby go nie kupić. Po wyjęciu niepotrzebnej klapy do pisania i zamaskowaniu otworu dopasowanym ćwierćwałkiem trafił do kuchni, gdzie udaje kredensik. Żartobliwie nazwałem go ze skandynawska Holgerem – dla usprawiedliwienia dziwactwa powiem tylko, że imiona przedmiotom nadawała też młodopolska poetka Maryla Wolska. Podczas szorowania czeluści mebla nieoczekiwanie znalazłem zagubiony skarb poprzedniego użytkownika, kartonowy klaser z napisem Danske Fugle (ptaki Danii), w którym w latach 70. jakiś chłopiec gromadził obrazki dołączane do kolejnych numerów ilustrowanego magazynu. W Holgerze trzymam ścierki, leki, pędzle, farby, ładowarki, magazyny wnętrzarskie oraz całe multum rupieci. W niszach wyeksponowałem stare książki kucharskie.
Ale to nie wszystko – dwa mebelki tego typu mam też w domkach dla lalek. Jeden jest stosunkowo prosty, pochodzi z przełomu XIX i XX w. i najpewniej został wyprodukowany w jakimś niemieckim warsztacie, tak jak większość podobnych mu sprzęcików z tego czasu. Stoi w domku starszym od niego o jakieś pięć dekad. Kolejny to (niestety) wyrób współczesny, stylizowany i o giętych nóżkach, który umieściłem w modelu magazynu portowego, holenderskiej zabawce dla chłopców z końca XIX w. (kiedyś o nich opowiem). W obu miniaturkach maleńkie szufladki otwierają się, a na opuszczanych blatach lalki mogłyby śmiało pisać. Jest wreszcie sekretera na obrazie. Rok temu w jednym z amsterdamskich antykwariatów wpadł mi w oko portret będący bez wątpienia pracą fryzyjskiego artysty Rienka Jelgerhuisa (1729–1806). Jelgerhuis urodził się w Leeuwarden, mieszkał w Kampen i Amsterdamie, większość życia spędził jednak na szukaniu zarobku po wsiach i miastach jako wędrowny portrecista. Każde zlecenie skrupulatnie odnotowywał, przez co wiemy, że wizerunków sporządził dokładnie 7763. Tworzył je bardzo szybko w dość charakterystycznym, wielce przy tym do mnie przemawiającym naiwnym stylu i zwykle używał kredek, sporadycznie tylko uciekając się do techniki olejnej. Na jego portretach pojedyncze osoby, pary i całe rodziny pozują niemal zawsze w towarzystwie krzeseł, stołów i stolików. Tak było i tutaj, tyle tylko że mężczyzna z poważną miną i czerwoną książeczką w ręku usadowił się na fotelu stojącym przy całkiem zgrabnie oddanej sekreterze (il. 5). Nie miałem wyjścia, trzeba było przystąpić do negocjacji. Na moją korzyść przemawiały brak oryginalnej ramy i sygnatury (co w przypadku Jelgerhuisa było raczej normą) a także niestarannie dopracowane tło, jakby artysta albo portretowany gdzieś się spieszyli. To zresztą całkiem prawdopodobne – model niedbale rzucił czarny kapelusz na górę mebla. Ostatecznie zbiłem wyjściową kwotę prawie o połowę. Kupić sobie obraz dla sekretery – to chyba jednak jest ekstrawagancja.
Korzystałem m. in. z: G. Dietrich, Schreibmöbel. Vom Mittelalter zur Moderne, München 1986; M. Korżel-Kraśna, Drewniane skarbczyki dam. Historia kobiet w meblach zapisana, Wrocław 1921; W. Koeppe, Extravagant Inventions. The Princely Furniture of the Roentgens, New Haven–London 2012; J. Miller, D. Linley, Furniture. World Styles from Classical to Contemporary, London 2005.