Tekst ukazał się drukowanym wydaniu „Miesięcznika Znak” pod tytułem Preria
Vladimir Nabokov napisał w Lolicie, że „nie ma nic głośniejszego od amerykańskiego hotelu” (tłum. M. Kłobukowski). Najwyraźniej ten wybitny pisarz, tłumacz, lepidopterolog i wygnaniec nie zaznał, choćby przez chwilę, życia w neapolitańskiej kamienicy.
W czerwcu spędziłem razem z rodziną w takim okazałym, akustycznym przybytku dwa tygodnie. Niezwykłe doświadczenie. Sam Neapol to suma niezwykłych doświadczeń, epifanii, szoku i zachwytu. Neapol – ogromne wysypisko estetyk, architektonicznych form i oddolnych innowacji lokatorskich, w rezultacie których co drugi budynek wygląda niczym kadr z Mad Maxa, masywny element warownej osady z licznymi purchlami: kapliczką, praniem, zadaszonymi balkonikami, tuzinem klimatyzatorów, barwami ukochanej drużyny piłkarskiej, kilometrami obwisłych kabli, warstwami spreju. Kamienica w Neapolu, jak miałem się osobiście przekonać, to terrarium dla ludzi i szafa, poprzez którą można dostać się do narnii przeszłości.
***
Ta nasza wznosi się na rogu Via Andrea Cantelmo i Via Benedetto Cairoli w dzielnicy Arenaccia. Za ciężką, wysoką bramą, jakże charakterystyczną dla Neapolu, bo prócz bycia miastem biało-niebieskim, zaśmieconym, rozprażonym i ludnym jest Neapol miastem wysokich i ciężkich bram, wrót, furt, za którymi rozciąga się przestrzeń na pozór mroczna i opustoszała.
Dyżurka mrukliwego dozorcy, który ze stoicką miną odbębniał czym prędzej swoje obowiązki, by już do końca wachty w spokoju skrolować TikToka albo gwarzyć z klientelą pobliskiego warsztatu samochodowego, klatka schodowa nr 1, po prawej stronie – podwórko-studnia z archipelagiem roślin doniczkowych i suszarek oraz wejściem do klatki schodowej nr 2. Tam – kameralna winda na drobniaki, a wokół szybu windy schody wijące się aż na czwarte piętro. Na każdym piętrze po 10 mieszkań. Ale o tym, jak wiele osób tutaj mieszka – Włochów, turystów, imigrantów z Afryki – można było przekonać się dopiero wieczorami albo w weekendowe poranki.
Owe wieczory powszednie i ranki w soboty i niedziele były wybitnymi albumami jazzowymi. Albo ponowoczesnymi symfoniami miejskimi zbudowanymi nie z gestu, ulicznych rojowisk, zamczysk industrii i panoram metropolii, lecz dźwięków. Dla kogoś, kto nie zna włoskiego, na dodatek w Neapolu mówi się bardzo specyficznym dialektem, pozostawało tylko słuchanie, otwarcie się na strugi czystego brzmienia, surową muzykę społeczną z Kampanii. Głośne rozmowy z okna do okna, wywoływanie się nawzajem, śmiech, dudniący telewizor, nawracający dzwonek telefonu, samolot wznoszący się co kwadrans z Aeroporto di Napoli-Capodichino, domowe swary, krzyki, przekomarzanie się, śpiewy pod nosem, odgłos pralki wirującej na balkonie, na innym – pogaduszki nad srebrną kawiarką podgrzewaną na butli gazowej, na jeszcze innym – rozbawione młode dziewczyny robiące sobie włosy i oczy przed wyjściem do klubu. Słowem, jak mawiała moja babcia, rejwach.
Niezwykłe – i nader niedzisiejsze – było i to, że w mieszkaniach zostawiano popołudniami drzwi uchylone bądź po prostu otwarte na korytarz. W ten sposób zarówno bezkosztowo wentylowano nagrzane morderczym czerwcem pokoje, jak i ułatwiano przemieszczanie się dzieciarni. Tupot rozjazgotanych watah milkł w kamienicy niekiedy dopiero koło północy.
Za którymś razem pomyślałem – po trosze z żalem, po trosze z ulgą – że dawno nie uczestniczyłem w takim widowisku, nie byłem, cóż z tego, że bierno-chłonną, częścią tak żywotnej wspólnoty. Owszem, mieszkam w bloku, w którym przy sprzyjających warunkach da się rozróżnić kaliber czynności fizjologicznych i kucharskich, jakim akurat oddają się moi sąsiedzi, lub też ich ulubione zwroty, ale panuje u nas jednak kultura monad. Wszystko jest pozamykane, oddzielone i nieme. Wyznaczone są granice od–do, moje–twoje. Każdy czym prędzej znika w swoim mikrokosmosie, ograniczając interakcje z resztą lokatorów do kurtuazyjnego „dzień dobry” lub informacji o jakiejś remontowej niedogodności.
A tu, na trzecim piętrze kamienicy przy Via Andrea Cantelmo, każdego dnia brałem udziału w niepowtarzalnym odsłuchu. Zgiełk narastał przed nocą i następnie rozpływał się w mroku i grupowym śnie. Poranna świąteczna cisza kruszyła się i rozpadała na dziesiątki kawałków – szurgot podnoszonych żaluzji, klaps lodówki, radio, powtórzone czyjeś imię, dialogi przy pierwszym papierosie, plusk wody, którą polewano podwórkowe rośliny. Pomyślałem, że tak musiało wyglądać życie w niegdysiejszych kamienicach – tych termitierach przedwojennej Warszawy, Łodzi, Krakowa czy Poznania, multijęzycznych ulach, pojemnikach na zamożnych, ubogich, stąd, stamtąd, zewsząd.
***
Wprawdzie najstarsza zabudowa Łodzi była niska i drewniana, a znane poza Łodzią są pałace fabrykantów i tychże zrewitalizowane imperia włókiennicze w rodzaju Manufaktury bądź Księżego Młyna, to jednak substancję miasta tworzyły kamienice. Wciąż jest ich niemało – zwłaszcza w śródmieściu, a także na Chojnach i Starych Bałutach. Pewnie więcej zniknęło już pod osiedlami z wielkiej płyty, parkingami, grodzonymi apartamentowcami, Nowym Centrum Łodzi.
U zarania historii Łodzi, jak piszą Stefański, Szymański i Kusiński, autorzy znakomitej książki Łódź. Kamienice, „powstają (…) nieliczne piętrowe murowane domy. Pierwszym – przy Nowym Rynku stanowiącym centrum osady Nowe Miasto – był dom Antoniego Bittdorfa powstały w 1830 roku, nazywany w dokumentach archiwalnych – co dla nas ważne – kamienicą. Jednak budowa kolejnych szła z dużym trudem”. A zatem „(…) trzeba przyjąć, że początków łódzkich kamienic należy szukać późno, na przełomie lat sześćdziesiątych i siedemdziesiątych XIX wieku”. Wtedy to miasto gwałtownie się rozwija i rozmnaża, bo z okolicznych wsi i miasteczek ciągną nieskończone tysiące biednych, żądnych polepszenia swojego losu chłopów, z których…