Subskrybuj
Bliskie ujęcie twarzy ciemnoskórej kobiety patrzącej w obiektyw. Jej głowa opiera się na lewej dłoni, której palce dotykają policzka; łokieć znajduje się poza kadrem. Ma gęste, kręcone włosy, usta podkreślone czerwoną szminką. Ubrana jest w jasną bluzkę z granatowym, wysokim kołnierzem oraz kontrastującymi, geometrycznymi elementami w granatowym kolorze na rękawach

Pani Adichie kupuje kwiaty sama

Chimamanda Ngozi Adichie w świecie literatury i feminizmu uchodzi na przemian za ikonę bądź czarną owcę. Można ją kochać albo nienawidzić. Ale nie sposób pozostać wobec niej obojętnym

Za co można ją kochać? Za epicką, ale przejrzystą i pozornie prostą prozę, mocny publicystyczny głos na temat reprezentacji różnorodnych perspektyw literatury, żarliwe zaangażowanie w walkę o prawa kobiet, niebanalny styl, ponadprzeciętne poczucie humoru, błyskotliwość, witalność i werwę. Jednak sporo można jej też zarzucić – transfobiczne komentarze, branżowy spryt balansujący na pograniczu populizmu, kapitalizowanie spraw, o które toczy się realna polityczna walka.

W 2003 r. w rozmowie dla jednego z magazynów literackich Adichie powiedziała: „Po prostu piszę. Muszę pisać. Lubię mówić, że to nie ja wybrałam pisanie, ale pisanie wybrało mnie. To może brzmieć odrobinę baśniowo, lecz czasem wydaje mi się, że moje pisanie jest czymś większym niż ja sama” (wszystkie cytaty w tłumaczeniu własnym, o ile nie zaznaczono inaczej). Ten cytat błądzi po sieci głównie w kontekście siły pisarskiego imperatywu. Ale dla samej autorki okazał się proroctwem. Jej pisarstwo jest już nie tyle kultowe, ile wiralowe, a ona sama zamieniła się w świetnie prosperującą luksusową markę. W Lagos jest równie rozpoznawalna jak prezydent, jej powieści są zaś w Nigerii obok Biblii najczęściej piraconymi książkami. W 2014 r. fragment z jej przemówienia Wszyscy powinniśmy być feministami Beyoncé umieściła w kanonicznym już przeboju Flawless. W 2016 r. Adichie została twarzą linii kosmetyków Boots No7. Rok później Dior umieścił w kolekcji koszulki z wprost zaczerpniętym od niej hasłem: „We Should All Be Feminists”. Mimo bajońskiej ceny 710 USD za sztukę model wyprzedał się po kilku dniach. Kilka lat później została twarzą kampanii reinterpretacji kultowego modelu torebki Lady Dior. Wiosną 2026 r. ekskluzywna marka biżuterii Bvlgari wybrała ją na swoją ambasadorkę.

To wszystko powinno wystarczyć, żeby bez nadmiernej złośliwości nazywać Adichie nie tylko pisarką, lecz również celebrytką. Można też wyłapać w jej komercyjnej choreografii rodzaj perwersji – bo czy ktoś, kto mieni się medium głosów marginalizowanych, może nieustannie epatować swoim przywilejem?

Dyktat jednej historii

Adichie urodziła się w Enugu, w Nigerii, w 1977 r., jako piąte z sześcior–ga dzieci. Jej ojciec James był pierwszym w Nigerii profesorem statystyki, a matka Grace absolwentką socjologii, która jako prekursorka wśród tamtejszych kobiet objęła stanowisko głównego urzędnika administracyjnego Uniwersytetu Nigerii w Nsukka. Dorastała w zżytej i kochającej się rodzinie. Jednocześnie tuż za progiem jej domu zaczynał się chaos. Na ulicach buzowało – panowały represyjne rządy wojskowe, które przejęły władzę po zamachu stanu w 1983 r. i które pogłębiły gospodarcze spustoszenie kraju, przy okazji dewaluując edukację, przez co rodzice Adichie – pracownicy naukowi – czasami nie otrzymywali pensji. Z jej stołu kolejno znikały dżem, margaryna, chleb, a nad domem zawisła atmosfera politycznego strachu. Bywało, że matka wracała z pracy i mówiła: „Dzieci, nauczcie się hymnu narodowego, bo słyszałam, że żołnierze przyjdą na uniwersytet i jeśli nie będziecie umieli śpiewać hymnu, to was pobiją”. Przesycone niepokojem nigeryjskie powietrze nie zatruło jednak szczęśliwego dzieciństwa Adichie. Chimamanda grała w piłkę nożną i badmintona z rodzeństwem. Była pilna, świetnie radziła sobie w szkole, towarzyszyła jej zgraja przyjaciół, a koleżanki walczyły o jej sympatię, oddając jej obiady (wszystkie zjadała). Dość szybko zaczęła czytać wszystko, cokolwiek wpadło jej w ręce: Enid Blyton, Agathę Christie, Camarę Laye’a, Chinuę Achebego, Florę Nwapę i wielotomową historię Kościoła katolickiego, ponieważ ta akurat stała na regale jej ojca.

Kiedy miała sześć lat, wolny czas najchętniej spędzała na pisaniu. Z niecierpliwością oczekiwała tylko jednego momentu – kiedy w końcu będzie mogła zamknąć się sama w gabinecie ojca. Uważano, że to nietypowe dla małej dziewczynki – przesiadywanie nad kartką papieru z ołówkiem w ręku w słoneczny dzień. Ale Adichie nie pragnęła niczego więcej, jak tylko móc opowiadać.

W słynnym przemówieniu The Danger of a Single Story wygłoszonym na konferencji TEDGlobal w lipcu 2009 r. wspominała, że opowiadała dokładnie takie historie, jakie czytała. A czytała głównie literaturę anglosaską. Jej postaci były podobne do tych, które w niej odnajdywała – biali niebieskoocy bohaterowie bawili się w śniegu, jedli jabłka, pili piwo imbirowe i sporo gawędzili o tym, jak cudownie, że wyszło słońce. „Tymczasem ja mieszkałam w Nigerii. Nigdy nie byłam poza Nigerią. Nie było śniegu, jedliśmy mango i nigdy nie rozmawialiśmy o pogodzie, bo nie było takiej potrzeby. (…) Nie miałam też pojęcia, czym jest piwo imbirowe, ale przez wiele lat miałam desperacką potrzebę, żeby go spróbować”.

Adichie za pośrednictwem swojego doświadczenia mówiła o potędze dyktatu jednej historii. Żeby móc przejąć władzę, trzeba najpierw okiełznać opowieść, pozbawić słyszalności wszystkich, którzy jej zagrażają. „Władza to zdolność nie tylko do opowiedzenia historii innej osoby, lecz także do uczynienia z niej historii ostatecznej” – przekonuje. Jednocześnie Adichie nie namawia do buntu przeciwko pisaniu z uprzywilejowanej pozycji elit. Powtarzane w opowieści do znudzenia klisze nie są sfabrykowane, ale prześwietlone – w końcu niewidoczne staje się nie tylko to, co poza kadrem, przy czym zamazuje się i pustoszeje obraz na nim samym. „Upieranie się przy samych negatywnych historiach spłyca moje doświadczenie i pomija wiele innych historii, które mnie ukształtowały. Pojedyncza historia tworzy stereotypy, a problem ze stereotypami nie polega na tym, że są nieprawdziwe, ale na tym, że są niekompletne. Sprawiają, że jedna historia staje się jedyną” – mówi w TED Talku.

Jednak, być może szkicując pierwszych nieadekwatnych wobec jej rzeczywistości bohaterów, mała Chimamanda przekonuje się, że przędąc historię, można pozwolić sobie na śmiałość, a we wszystkim, co obrzuca swoim spojrzeniem, mieści się dużo więcej, niż na pierwszy rzut oka mogłoby się wydawać.

Kiedy Chimamanda kończy 10 lat, zaczyna oglądać filmy i czytać książki o nazizmie, zastanawiając się z niedowierzaniem, jak ludzie mogli być tak zatraceni w nienawiści. Niewykluczone, że część wniosków z tej obserwacji wiele lat później zaklęła w postaci despotycznego ojca głównej bohaterki Fioletowego hibiskusa, swojego prozatorskiego debiutu.

Kambili ma 15 lat, piękny dom z krzątającą się służącą, zasobną spiżarnię, pochodzi z nieprzyzwoicie bogatej rodziny i dorasta w świecie pęczniejącym od przemocy. W postkolonialnej Nigerii trwa zamach stanu i do jej domu nieustannie docierają informacje o protestach i morderstwach politycznych. Tymczasem dla Kambili wszystko toczy się dotychczasowym rytmem. Niezależnie od głębokich deficytów zaopatrzeniowych stół ugina się od jedzenia, a jej ojciec Eugene – zatwardziały katolik – tyranizuje rodzinę, stosując wyszukany zestaw kar za najmniejsze przejawy nieposłuszeństwa.

Okrucieństwo Eugene’a nie jest jednak demoniczne ani cyniczne, lecz raczej opustoszałe, pozbawione jakiegokolwiek namysłu. Ojciec Kambili był bowiem niezdolny do odróżnienia dobra od zła. Posługiwał się kategorią grzechu jako powodem bezwzględnego przymusu serwowania bliskim okrucieństwa i jednocześnie kompletnie jej nie rozumiał. Grzech był dla niego piętnem i oznaczał konieczność srogiego odpokutowania. Skoncentrowany na komponowaniu własnego wizerunku nieskażonego złymi uczynkami katolika, nigdy nie wychylił się ponad powierzchowne myślenie o religii. Jest w Eugenie coś niemal błazeńskiego, w sposób, w jaki o złu pisała Hannah Arendt – dla której bywało ono nie tylko banalne, ale wręcz błazeńskie. Torturował swoich bliskich, sam współcierpiąc. Kiedy polewał stopy Kambili wrzątkiem, głos drżał mu od tłumionego z trudem płaczu. Niekiedy doprowadzał żonę i dzieci do utraty przytomności, a potem, dygocąc z niepokoju, natychmiast odwoził ich do szpitala. W tym sensie jego postawa nie odbiega radykalnie od tego, jak Arendt opisywała Adolfa Eichmanna, który powtarzał slogany i pozostawał niezdolny do refleksji nad skutkami własnych działań. Eugene i Eichmann – chociaż to postaci z różnych porządków – wykonywali tylko bezmyślnie nakazy doktryny: jeden chrześcijańskiej, drugi nacjonalistycznej. Poniekąd przyznawała to sama Adichie w jednym z wywiadów: „Eugene nie był postacią, którą chciałam przedstawić jako potwora. Nie podobało mi się to, co robił, i szczerze go nie znosiłam, lecz czułam też, że w jakiś sposób domagał się naszego współczucia – współczucia skomplikowanego, ale jednak”.

Powieść jest odczytywana jako krytyka chrześcijaństwa – emanacji tryumfującego kolonializmu. Siostra Eugene’a, ciotka Ifeoma, mówi Kambili wprost, że Eugene jest „produktem kolonialnym”. Jakiś krnąbrny historyk działalność misyjną na terenie Afryki mógłby rozpisać mniej więcej tak: demontujemy wam oswojony świat i zrywamy wszelkie połączenia z przeszłością. Wmawiamy wam, że wasza religia (a zatem i wy sami) jest bałwochwalcza i sparszywiała, a na odchodnym zostawiamy kulturowo-religijny amalgamat, który może wpuszcza powiew globalnej Północy, ale wymaga od was zręcznego dostrojenia się do nowej sytuacji, co prawdopodobnie i tak nie będzie możliwe w dającej się przewidzieć przyszłości. I pewnie miałby rację. A Fioletowy hibiskus mógłby posłużyć jako przykład powieści tego dowodzącej. Jednak Adichie jest ostrożniejsza i widzi chrześcijaństwo raczej jako siłę ambiwalentną – z jednej strony stanowiącą źródło sensu, wspólnoty i moralnego porządku, z drugiej zaś strony mogącą prowadzić do opresji, przemocy symbolicznej oraz ograniczania wolności jednostki.

Ciężar reprezentacji

Dorastała w katolicyzmie, a jako dziecko chodziła do kościoła w każdą niedzielę. Religię tubylczą traktowała raczej z pogardą. Kilku członków jej dalszej rodziny było „poganami” i Adichie nie mogła spożywać posiłków w ich domach. „Nie można jeść w ich domu, bo czczą bożków” – przestrzegała Chimamandę babcia. Uwielbiała za to chrześcijańskie nabożeństwa – pociągała ją ich dramaturgia: szaty, świece, kadzidła, łacińskie słowa. Zalewała się żywymi łzami na mszy paschalnej. Opanowała liturgię na pamięć, była pewna, że papież zna wszystkie odpowiedzi, i marzyła o byciu księdzem. Ale była też dziewczynką, która zadawała mnóstwo pytań. „Wszyscy inni chodzili do kościoła i wracali do domu. A ja chciałam pójść do zakrystii i porozmawiać z księdzem, pytając, dlaczego coś powiedział; jestem pewna, że irytowałoby to mojego ojca”.

Do dzisiaj Adichie pojawia się – choć rzadko – na niedzielnych nabożeństwach. Zdarza jej się wyjść w trakcie mszy, kiedy nie może znieść zażenowania. Kiedyś pokłóciła się z księdzem, po tym jak atakował z ambony kobiety za ubiór. I nigdy nie przestała zadawać sobie pytań, które odbijają się również w doświadczeniach jej bohaterów.

Premiera Fioletowego hibiskusa od razu ustawia Adichie w literackim obiegu – wraz z debiutem przychodzą nagrody i zainteresowanie czytelników. Ma wtedy 26 lat, mieszka w ciasnym mieszkaniu w Baltimore i mierzy się z wyzwaniami, które kogoś nieprzygotowanego do pisarskiej profesji mogłyby z łatwością rzucić na deski.

Zawsze wiedziała, że napisze powieść o wojnie w Biafrze – największej traumie narodowej Nigerii, wojnie domowej z końca lat 60. Ale jak opowiedzieć o czymś, o czym wszyscy milczą? O Biafrze nie mówiono w szkole, a pokolenie jej rodziców zachowywało się tak, jakby chciało, żeby pamięć sama w brutalny sposób rozprawiła się z wydarzeniami tamtych lat. „Przegraliśmy wojnę w Biafrze i nauczyliśmy się wstydzić” – stwierdzała pisarka. Zanim zaczęła pisać, niewiele wiedziała, lecz nosiła w sobie ciężar tej historii.

Przed rozpoczęciem pracy nad Połówką żółtego słońca Adichie musi ułożyć tę opowieść na nowo. Szuka fragmentów rodzinnych przeżyć. O dziadkach mówiono w domu tylko tyle, że byli mądrzy i zabawni. Nie wspominano natomiast np. o tym, że obaj, zanim zginęli w obozach dla uchodźców, zostali doprowadzeni do granic swojej fizyczności i odarci z godności. Pisarka sięga też do życiorysów ludzi widzących wojnę na własne oczy – historii chłopca pracującego u jej matki, do relacji sąsiadów, do wspomnień osób, których losy minęły się z jej losem. Zakopuje się w dokumentach i książkach, przybliżających jej kontekst: blokadę gospodarczą, głód, choroby, polityczne napięcia, etniczne podziały. Przy czym nigdy nie chodzi jej tylko o suche fakty, lecz o prawdę emocjonalną tamtych wydarzeń. I w ten sposób powstaje powieść, budująca most między pamięcią rodzinną a światem szerszej historii, próbując uchwycić samą istotę wojny.

Połówka żółtego słońca zostawia w Adichie nadszarpniętą psychikę, ale przynosi też nagrody, które ugruntowują jej pozycję w literackim świecie. Zostaje uhonorowana Orange Prize for Fiction, jedną z najważniejszych nagród literackich dla powieści napisanej przez kobietę, zdobywa Common–wealth Writers’ Prize dla najlepszej książki w regionie Afryki, a także Anisfield-Wolf Book Award – za literaturę, która porusza kwestie rasowe i etniczne. Podbija serca czytelników i gusta najwybredniejszych krytyków na całym świecie, a powieść pojawia się na listach najlepszych książek roku „New York Timesa” i „Guardiana”.

I tu pojawia się kolejne wyzwanie – Adichie zaczyna odczuwać rosnący ciężar reprezentacji. Zawsze wiedziała, czym jest opowiadanie historii – sama przecież przed laty uległa tej sile. Lecz dopiero sukces Połówki żółtego słońca pozwolił jej się przekonać, jak daleko ona sięga.

Jej powieści zaczęły być cytowane w kontekstach politycznych, społecznych, reporterskich. Czytelnicy, krytycy, media – wszyscy domagali się od niej komentarzy. Nagle stała się głosem „Afryki”, „kobiety”, „wolności”, „historii”, takim, jakiego nawet ona sama nie do końca potrafiła już ograniczyć do ram tekstu.

Adichie dostaje zaproszenie na TEDGlobal w 2009 r. w Edynburgu. Wygłasza wspomniane już przemówienie The Danger of a Single Story. Nagranie podbija internet. Miliony ludzi oglądają je w ciągu pierwszych miesięcy. Dziś ten TED…

Zyskaj nielimitowany dostęp do wszystkich artykułów, e-wydań i archiwum

  • Pełny dostęp do wszystkich artykułów
  • Każdy nowy numer od razu w e-wydaniu
  • Archiwum numerów zawsze pod ręką

Artykuł pojawił się w numerze: Analogowe nawyki