Subskrybuj
dziennikarka zajmująca się tematyką społeczną. Publikuje m.in. na Więź.pl, a także w „Zwierciadle”, „Dwutygodniku”, „Przeglądzie”

Jak dalece wychodzimy do świata

Prywatność sprzyja budowaniu i wzbogacaniu własnego wnętrza. Trzeba rozważyć, na czym nam bardziej zależy – czy na poczuciu własnej tożsamości, opartej na wewnętrznej wolności i związanych z nią wyborach, czy na przekonaniu innych o naszej wspaniałości.

Po co nam prywatność?

Zacznijmy – może nieco patetycznie – od tego, że ludzkie życie rozpięte jest pomiędzy samotnością a więzią. Samotność stanowi atrybut naszej egzystencji: musimy samodzielnie podejmować różne decyzje, nikt też nie przeżyje za nas bólu. Sęk w tym, że jest to poczucie tak trudne do zniesienia, iż gdyby pozbawiono nas kontaktu z innymi ludźmi, wszyscy mielibyśmy poważne trudności psychiczne.

Nasze życie ma charakter dialogiczny – bez innych nie czujemy, że istniejemy. Ty kreujesz mnie, ja wypełniam ciebie. Jednocześnie bywa, że ci inni budzą w nas ambiwalentne emocje. Czasem się ich boimy, bo mogą okazać się dla nas groźni. Wtedy pojawia się potrzeba schronienia.

Czyli mieścimy w sobie dwie sprzeczne potrzeby: bliskości i samotności.

Właśnie tak. Pięknie opisał to Robert Frost w wierszu Objawienie: „Budujemy sobie na uboczu / Z przekomarzań i kpin tajny szałas. / Ale serce omal nie wyskoczy: / Żebyż ktoś nas z naszą prawdą znalazł! // Żal aż bierze, gdy takie warownie / Po (umownie rzecz biorąc) minucie. / Runą: w końcu znów mówimy dosłownie, / Gdy potrzebne nam czyjeś współczucie. // Tak ze wszystkim: od dziecięcej zabawy / W chowanego aż do Boga w błękicie, / Kto się schował nazbyt dobrze, ten wyjawi – / Odezwawszy się –  swoje ukrycie” (tłum. S. Barańczak).
Prywatność jest właśnie o tym, jak dalece się chowamy, a jak dalece do tego świata wychodzimy.

To wieczne przybliżanie i oddalanie się szczególnie wyraźnie widać w miłosnych związkach.

W bliskich relacjach niezbędny jest balans między intymnością a dystansem. Różnimy się tylko co do skali: jedni potrzebują większej bliskości, inni mniejszej. To kwestia naszej decyzji: czy chcemy zawsze opowiadać sobie wszystko, dzielić się każdym przeżyciem, ujawniać wszystkie emocje, czy też zostawiamy sobie margines własnych doznań – „coś tylko dla siebie”.

Często kiedy kochamy, chcielibyśmy wręcz wsiąknąć w drugiego człowieka.

Jan Lechoń, gdy był zakochany, ubolewał: „Ty nigdy nie będziesz mną, a ja nigdy tobą”. Ale całe szczęście, że tak nie jest! W miłości musimy przecież pozostać sobą. Zwróćmy uwagę, że osoby ogarnięte obsesją intymności potrafią być bardzo męczące: „Co teraz myślisz? Co chciałeś powiedzieć? Dlaczego nie chcesz powiedzieć?

Mów mi o każdej myśli, o każdym spojrzeniu, o wszystkim”. Podczas gdy my naturalnie potrzebujemy pewnego dystansu – w zbyt dużej bliskości można się bowiem udusić.

Jednak brak gotowości do dzielenia się własnymi przemyśleniami czy uczuciami oddala nas od drugiego człowieka.

Uciekanie w milczenie może zubożyć, a nawet zniszczyć bliski związek. Dlatego musimy oscylować między dwoma biegunami: na jednym jest „mówię ci wszystko”, na drugim – „całkowicie się dystansuję”. Ktoś kiedyś powiedział, że intymność jest jak czekolada: pochłaniamy ją chętnie, choć jeśli zjemy jej za dużo, czujemy przesyt. Bez niej jednak w życiu byłoby gorzko.

Osobom funkcjonującym na podobnych rejestrach intymności zapewne łatwiej tworzyć szczęśliwy związek.

Najlepiej byłoby, gdybyśmy się tak dobrali. Ale w praktyce częściej łączą się ze sobą osoby o odmiennych temperamentach i potrzebach. Biologia lubi różnorodność. To, że nieco inaczej patrzymy na rzeczywistość, nie musi być problemem, jeśli potrafimy o tym rozmawiać. Takie kwestie warto ustalać na początku związku. Później wzorce bliskości się utrwalają i bardzo trudno je zmienić. Dlatego w fazie docierania się trzeba po prostu usiąść i wejść w dialog: „Wiesz, ja chciałabym o wszystkim rozmawiać”, „Wiesz, a mnie trochę męczy, gdy…”. Chodzi o to, żeby druga osoba czuła się bezpiecznie, wiedziała, że nie chcemy jej nic narzucać ani że to nie stanowi zagrożenia dla relacji.

Często gdy pojawia się ten dystans, czujemy się po prostu odrzuceni.

Musimy pamiętać, że w relacjach istnieje naturalne falowanie: przypływy i odpływy uczuć, bliskość na zmianę z wycofaniem. To wcale nie oznacza, że miłość się kończy i że należy oddać się rozpaczy.

„Trzymaj mnie mocno” i „puść mnie” muszą się cyklicznie przeplatać. Ważne natomiast, by żaden z tych „odpływów” nie trwał zbyt długo.

W bliskości rodzi się też zaufanie.

Zaufanie jest pewnego rodzaju kredytem. Na początku dajemy je na słowo, zanim druga osoba zdąży na nie zapracować. Zakładamy, że będzie dla nas dobra i będzie działała na naszą rzecz. Z czasem ryzyko związane z tym kredytem albo się zmniejsza, albo rośnie. Jeśli się zmniejsza – to znak, że postąpiliśmy słusznie.

Prywatność w związku odnosi się także do sposobu, w jaki dzielimy się naszą intymnością ze światem.

To kolejna rzecz, którą warto ustalić na początku: jaki model wybieramy – integracji czy separacji. Czy wolimy żyć bardziej odgrodzeni od innych czy w permanentnym kontakcie z otoczeniem? Tutaj również musimy zachować równowagę między nami a światem. Z jednej strony jeśli za bardzo otworzymy bliską relację na innych, można dosłownie zadeptać ją ich butami. Z drugiej jeśli zamkniemy się jak na bezludnej wyspie, w końcu zrobi się tam nudno i jałowo. Dlatego warto ustalić, ile o sobie opowiadamy innym, co pozostawiamy tylko dla nas i gdzie przebiega granica naszej prywatności.

Ile par, tyle modeli? Nie da się narzucić jednej zasady typu: „Nie powinniśmy mówić o seksie znajomym”?

Mówimy o bardzo indywidualnych potrzebach. Podobnie jest z odległością fizyczną, jaką zachowujemy wobec innych. Niektóre osoby stoją bardzo blisko, wręcz „łapią nas za guzik”, a my odruchowo cofamy się o krok, bo to nam jednak przeszkadza. Przyjęło się, że dystans wobec obcego to mniej więcej wyciąg­nięta ręka, a wobec bliskich – odległość „zgiętego łokcia”, ale to tylko orientacyjne, dosłowne miary. Każdy z nas te płotki między sobą a innymi ustawia sobie trochę inaczej.

Gdy jesteśmy w związku, nie może być tak, że jedna osoba chce stale przebywać w swojej enklawie, nie zapraszać nikogo, a druga czuje się, jakby umierała bez wspólnego życia towarzyskiego. To trzeba po prostu ustalić. Najczęściej chodzi o oscylowanie na tym kontinuum, bo przecież nasze potrzeby zmieniają się w czasie.

Jakie tendencje wyraźnie widać w badaniach?

Na przykład jeżeli chodzi o otwartość w sprawach sypialnianych, to im młodsi rozmówcy, tym szersza przestrzeń. Generacja Z mówienie o seksie – podobnie jak o kwestiach fizjologicznych – uważa za całkowicie naturalne i nie stawia tu barier. Seks przestał stanowić tabu.

Czy nasze potrzeby mogą się zmieniać pod wpływem drugiej osoby? Na przykład jesteśmy wycofani, a nagle pojawia się potrzeba większej towarzyskości?

Może tak być. W bliskim związku bardzo wiele rzeczy się zmienia – i wręcz musi się zmieniać, bo świat się zmienia, a my bez zmian tęchniejemy.

Czy dbanie o prywatność związane jest z budowaniem poczucia własnej wartości, z byciem autentycznym bez konieczności porównywania się z innymi?

Ono sprzyja budowaniu i wzbogacaniu własnego wnętrza. Trzeba rozważyć, na czym nam bardziej zależy –  czy na poczuciu własnej tożsamości, opartej na wewnętrznej wolności i związanych z nią wyborach, czy na przekonaniu innych o naszej wspaniałości. A to drugie  wiąże się koniecznością merkantylnego opakowywania się w pożądane, modne obecnie cechy i zachowania.

Jak dzielenie się prywatnością w mediach społecznościowych wpływa na nasze poczucie własnej wartości?

To ważny wątek, ponieważ pojawienie się Facebooka w pierwszej dekadzie XXI w. było momentem przełomowym w postrzeganiu prywatności w skali społecznej. Nagle każdy musiał zdecydować, czy chce uczestniczyć w tych regułach – ujawniać pewne informacje o sobie i reagować na to, co udostępniają inni.

Wiele osób, szczególnie młodych, weszło w to jak w masło – taka forma komunikacji stała się naturalnym elementem ich życia. Inaczej sprawa wyglądała w przypadku pokolenia powojennego, do którego się zaliczam – my przywykliśmy do innych sposobów porozumiewania się.

Strzeżenia informacji o sobie?

Dotychczas funkcjonowaliśmy w wyraźnie rozgraniczonych kręgach komunikacyjnych. Był krąg własnej prywatności – są rzeczy, które uważam za moje i nie chcę nikomu ich ujawniać. Kolejne koła obejmowały najbliższą osobę, rodzinę, przyjaciół, znajomych, a na końcu znajdował się krąg publiczny, czyli ludzie z pracy czy sąsiedzi. W obrębie tych kręgów dzieliliśmy się informacjami dość swobodnie, ale zawsze z rozwagą – zastanawiając się, co chcemy ujawnić, komu i czy to naprawdę dane osoby interesuje. Teraz granice tych kręgów kompletnie się zatarły – wszystko się pomieszało.

Jest jeden wielki krąg.

Jeden wielki system „pokazujemy siebie”, w ramach którego brakuje zastanawiania się, do jak bliskiego grona odbiorców mówimy oraz jakie obszary chcemy ujawnić. Czyli z kim poruszymy takie tematy jak nasza fizjologia, choroby, cierpienia, problemy psychiczne, seks. Zniknęły już nawet zasady „keep smiling” czy „trzymaj fason”. One oczywiście nie były do końca zdrowe, lecz z kolei opowiadanie wszystkim o swoich chorobach i swoich poglądach na każdy temat też jest pewną przesadą.

Funkcjonowanie w mediach społecznościowych to nie tylko upublicznianie informacji o sobie, ale też nieodzowne wkraczanie w…

Zyskaj nielimitowany dostęp do wszystkich artykułów, e-wydań i archiwum

  • Pełny dostęp do wszystkich artykułów
  • Każdy nowy numer od razu w e-wydaniu
  • Archiwum numerów zawsze pod ręką

Artykuł pojawił się w numerze: Granice naszej prywatności