Sporo cienia leżało nawet przy wyrwanych z kontekstu, dwumetrowej długości krawężnikach wyznaczających miejsca, do których dobijały niebieskie autobusy karnie odjeżdżające każdy z własnego stanowiska. Pan Janusz miał prawie pół godziny do odjazdu do Opatowa. Ustawił się w słonecznej plamie, nerkami do nieba, żeby podgrzać akumulatory, zapalił i po raz piętnasty ziewnął. Odprowadzał wzrokiem samicze sany i samcze jelcze krążące po placu manewrowym i miał nadzieję, że trafi mu się jelcz. O tej porze na pewno uda mu się zabrać, tym bardziej że zjawił się z dużym wyprzedzeniem, ale jelcz to zawsze jelcz. I więcej ludzi pomieści, i na masce silnika koło kierowcy można przysiąść w razie czego, i sam silnik więcej może. Silnik sana bzyczy, silnik jelcza ryczy. Myśl pana Janusza wróciła jeszcze do znajomego, którego spotkał przed chwilą. W tym samym czasie Elke i Michael, dwoje enerdowskich turystów w polskich Tatrach pakowało sobie jajka na twardo na całodzienną wycieczkę na Rysy, za chwilę, ubrani nieodpowiednio i nieodpowiedzialnie, mieli się pocałować i wyruszyć na szlak. Wakacje, powiedział Michael w radosnym zamyśleniu, i dodał coś dalej, ale nie wiadomo co, bo mówił po niemiecku. Pan Janusz podszedł do kiosku “Ruchu” z zamiarem kupienia gazety. Jego przekrwione oko padło na wystawione za szybą widokówki i poczuł się na tyle uroczyście, że postanowił wysłać kartkę…