A na pewno są godne najwybitniejszych piór”. Minęło trochę czasu i nic, wybitne pióra schną, hutnictwo w dolinie Kamiennej obumiera, jak tak dalej pójdzie, to nie uświadczysz tu nawet złamanego walca, wszystko odejdzie w niepamięć i klops. Niech się więc dzieje wola Iwaszkiewicza, podejmuję wyzwanie przynajmniej w zakresie opisu szeroko rozumianych stanowisk roboczych. Należałoby zacząć od tego, że gdzieś tak z pięć tysięcy lat temu Hetyci w Anatolii nauczyli się wytapiać żelazo. Wykorzystywali w tym celu zarówno kopalną rudę żelaza, jak i meteoryty, którymi Bóg w swej łaskawości hojnie naszpikował ich ziemię. Było to w tych dawnych, dobrych czasach, kiedy żelazo było pięć razy droższe od złota. Nosił się potem taki hetycki król Anatol czy Karol w koralach koloru żelazistego i pojęcia nie miał, że kiedyś te jego korale fruwały sobie jak gdyby nigdy nic w kosmosie. Później różne inne narody posiadły tę magiczną umiejętność, a kiedy produkować żelazo nauczyli się Celtowie, to gdzieś tak ze dwa tysiące lat temu weszli z nią w barbarzyński lud na terenie dzisiejszych Gór Świętokrzyskich. Meteorytów było tu tyle, co Bóg napłakał, za to płytko zalegającej rudy – ile tylko dusza zapragnie. Kto by wątpił o prawdziwości moich słów, ten niech mi powie, skąd wokół Ostrowca mnóstwo jest miejscowości o nazwach takich jak Szyby, Boksycka, Ruda, Ruda Kościelna, Rudka, Rudka Bałtowska czy Rudnik. Tubylcy, jak tylko zobaczyli dzięki Celtom, że mają pod nogami niewyczerpalne, bo odnawialne pokłady rudy darniowej, postanowili kuć żelazo póki gorące. Przez dwa stulecia wytopili go ponad dziesięć tysięcy ton! A ile się taki ówczesny rudnik musiał nadymać, żeby z prymitywnej dymarki wykulać choć kilo żelaza, tego oko ludzkie nie wypowie. A przecież działo się to na długo przed wynalezieniem wody po ogórkach. Ale trzeba było dymać, bo akurat było duże zapotrzebowanie na eksport mieczy. Niejedno żelastwo, którym Wandalowie – co ja mówię Wandalowie, zwykli Wandale! – zbezcześcili Rzym, powstało z życiodajnych soków ziemi, z której i ja biorę swe korzenie. Do dziś, ilekroć bawię w Rzymie, bierze mnie ochota, żeby coś tam pogruchotać. Mam to we krwi. Później miejscowy przemysł trochę podupadł, ale później się odrodził. Przybywało dymarek, piecowisk, kuźnic, miechów, młotów, fryszerek, blachowni, kosarni, szabelni, gwoździarni,…