Subskrybuj

„Na to jednak zgody nie ma”, czyli po co nam krytyka przekładu

W otwierającym tom szkicu, pisząc o translatorskim coming oucie, Jarniewicz ociera się jakby o wizję utopijną, stwierdzając, że praktyka eksponowania nazwiska tłumacza na okładkach książek może świadczyć o tym, że dzisiejsza kultura literacka uświadamia sobie kres jednoznaczności autorstwa i literatur, przekonując się o przekładowym podglebiu wszelkiego pisarstwa.

Zgoda powszechna jest na to, że w Polsce nie ma prawdziwej krytyki przekładu. Lista czasopism i innych forów, gdzie można by szukać tekstów z tego zakresu, jest tak krótka, że właściwie nie da się jej tu przytoczyć. Owszem, pisuje się o literaturze obcojęzycznej czy – jak to się dawniej mawiało – zagranicznej, ale szkice poświęcone opisowi, ocenie czy problematyzacji jej tłumaczenia zdarzają się sporadycznie. W powszechnym odbiorze problem w zasadzie nie istnieje – literatura tłumaczona czytana jest tak samo jak oryginalna, pod autorskim nazwiskiem i w poczuciu, że to autor czy autorka odpowiedzialni są za treść i formę docierającego do czytelnika…

Zyskaj nielimitowany dostęp do wszystkich artykułów, e-wydań i archiwum

  • Pełny dostęp do wszystkich artykułów
  • Każdy nowy numer od razu w e-wydaniu
  • Archiwum numerów zawsze pod ręką

Artykuł pojawił się w numerze: Aubrey de Grey: Możemy zatrzymać śmierć