Arkadiusz Gruszczyński: W swojej najnowszej książce PRL. Przedstawienia piszesz o historii poprzedniego systemu poprzez 10 spektakli teatralnych. Opowieść o PRL-u rozpoczynasz od powstania warszawskiego. Dlaczego Elektra w reżyserii Edmunda Wiercińskiego była przedstawieniem programowym rodzącego się po wojnie teatru?
Joanna Krakowska: Elektra jest dobra na początek.
Jan Kott uważał, że od tego spektaklu zaczął się po wojnie teatr.
To wzniosły język, którego staram się nie używać. Ten spektakl jest ważny m.in. dlatego, że próbował załatwić kilka istotnych spraw: odreagować traumę wojny i powstania, stawić czoło nowej rzeczywistości, wdrożyć idealistyczną wizję teatru wymarzoną w czasie okupacji i związaną zarówno ze sposobem pracy, jak i z kształtem instytucji czy wręcz z relacjami w zespole. Bo co ważne, pracowali przy tej premierze aktorzy przychodzący z różnych stron. Tacy, którzy grali w teatrach pod okupacją sowiecką, przyszli z kościuszkowcami, działali w Państwie Podziemnym, ale również tacy, którzy grali w jawnych teatrach pod okupacją niemiecką. I na tej scenie spotkali się oni wszyscy.
Co ich połączyło?Teatr. Chcieli go robić, chociaż w tym czasie ludzie nie mieli co na siebie włożyć, nie mieli specjalnie co jeść, a wokół panowała, jak to nazwał Marcin Zaremba, „wielka trwoga”. Co więcej, byli do tego zachęcani przez nową władzę,…