Pamiętam wyraźnie, kiedy jako dziecko po raz pierwszy wyobraziłem sobie, czym jest śmierć. Miałem pięć, może sześć lat, była noc i leżałem sam w moim pokoju, nie mogąc zasnąć. Dookoła panowała nieprzenikniona ciemność. Wtedy właśnie pomyślałem sobie, że śmierć musi być czymś mniej więcej takim jak to, co miałem wokół siebie: absolutną pustką, brakiem ludzi, barw, przedmiotów – czegokolwiek. Nicością, której nie potrafimy sobie przedstawić inaczej niż pod postacią gęstego, zalewającego oczy mroku. Pamiętam, że przyszło mi wówczas również na myśl, że skoro śmierć jest czymś tego rodzaju, to nie może być żadnego powstania z martwych, żadnego życia po życiu. Bo przecież – rozumowałem prostymi dziecięcymi kategoriami, które teraz przedstawiam w skomplikowanym żargonie dorosłych – żeby życie ocalało, musi tlić się gdzieś słabo jakieś światełko. Tymczasem w moim pokoju nie było widać absolutnie niczego – była tylko czerń, czerń i jeszcze więcej czerni. Odkryłem wówczas zaskakującą skłonność mojej duszy – wpisaną w nią (czyją ręką?) możliwość radykalnego ateizmu. A także, że nie wierzę w cuda. Bo światło zrodzone z nieprzeniknionego mroku mogłoby przecież być tylko cudem….
Eseista, historyk idei. Opublikował m.in. Obecność zła. O filozofii Leszka Kołakowskiego (Kraków 2016) i Czas zwyrodniały (Warszawa 2014). Członek redakcji „Przeglądu Politycznego” i kwartalnika „Kronos”.