„Współczesność stała się obcym krajem” – pisze Simon Reynolds w Retromanii. Oczywista diagnoza, że nostalgia łączy się bezpośrednio z rozczarowaniem współczesnością, wydaje się bardziej interesująca, gdy przekuć ją w konkretne rozpoznanie. Svetlana Boym podsuwa myśl, że ważnym komponentem odczuwania nostalgii jest tęsknota za „przednostalgicznym stanem bycia”. Innymi słowy: marzymy o świecie, który nie doświadczył jeszcze demistyfikacji wyobrażeń, upadku ideałów oraz w którym nie zdążyliśmy jeszcze zatęsknić za tym, co było, ale ekscytuje nas współczesność. W świecie bez nostalgii czekamy na nadchodzące nowe otwarcie, nowy porządek, nową płytę, długo zapowiadaną premierę. Kolejny sukces i kolejną porażkę.
Żal za przeszłością ma jednak wiele twarzy – od konserwatywnego pragnienia powrotu utraconego i wyobrażonego porządku, przez żywiołowo i kreatywnie wykorzystywane inspiracje dawniejszymi dziełami we współczesnej twórczości, po – z gruntu nieco eskapistyczne – zwroty ku zamkniętym rozdziałom kultury. Nieprzypadkowo tak wielką karierę wciąż robią retrofuturystyczne wizje, a więc dawne przedstawienia przyszłości – ujmujące to przenikliwością, to naiwnością i ufnością wobec nadchodzącego świata. Projektowanie jutra, wybijanie okna na nowy świat nie jest deklaratywnym przedmiotem nostalgii – a jednak wydaje się, że nie tylko za konkretnym przedmiotem czy dziełem tak boleśnie tęsknimy, ale również za tym, jak czuli(by)śmy się, gdy(by) ta przyszłość wciąż stała przed nami otworem.
Ścieżka dźwiękowa nostalgii
Przyczyn tak intensywnych zwrotów ku przeszłości można upatrywać w pandemicznych okolicznościach, które wielu z nas skłoniły do poszukiwania tego, co znajome i bliskie, zapewniające poczucie pewnego kontinuum. Nie byłby to jednak pełny obraz. Ryan Tedder – jeden z najważniejszych współczesnych producentów muzycznych – twierdzi, że powodem takiego stanu z jednej strony jest bezprecedensowa podaż utworów w serwisach streamingowych, w rezultacie czego wiele z nich zwyczajnie „gubi się” w tłumie; z drugiej zaś strony, dla najmłodszego pokolenia to pierwsze spotkania z artystami, którzy dziś zyskali status klasyków muzyki popularnej. Gdy praca krytyczna została już za nas wykonana, rozpocząć może się praca nostalgii. Gwiazdy rocka – jak trafnie zauważa David Hepworth w książce Uncommon People. The Rise and Fall of the Rock Stars – część swojego statusu zawdzięczały właśnie aurze niedostępności. Konieczność poszukiwania drobnych newsów i wiadomości o ich życiu, a także materialne nośniki, które były cenione tym bardziej, im więcej wysiłku trzeba było włożyć w ich uzyskanie, wyzwalały ekscytację i przywiązanie. „To, co kiedyś było tak trudne do zdobycia, dziś jest niemożliwe do uniknięcia” – pisze autor. Współczesne reakcje na technologiczne przyspieszenie co najmniej częściowo potwierdzają tę intuicję.
W perspektywie przyjętej przez Reynoldsa najbardziej uprzywilejowaną formacją kulturową jest kontrkultura lat 60. – jedyna, która oparła się pokusie nostalgii.
Dlatego też, jak przekonuje autor, jest jej królewskim obiektem – pierwszym i nieustannie powracającym przedmiotem tęsknoty, wzorcem późniejszych powrotów i zapożyczeń z przeszłości. To wtedy po raz pierwszy w pełni wykształca się też kultura młodzieżowa, niemająca wiele wspólnego z dorosłym mainstreamem. Rozbłyska na chwilę, swój koniec przeżywając tyleż tragicznie, co nieuchronnie. Wydawałoby się, że trudno znaleźć lepszą pożywkę dla nostalgii aniżeli pieśń przyszłości, której melodia od początku zapowiada jej koniec.
Filmy, utwory muzyczne i literackie z tamtego okresu, do których tak chętnie do dziś wracamy (na myśl od razu przychodzi mi dla wielu niespodziewany hit wydawniczy, jakim okazało się wydanie O krok od nich. Przekłady z poetów amerykańskich parę lat temu), przeszły też próbę ognia i bezlitosnej selekcji. Dla młodych artystów to często nokaut, wspominany przez Teddera. Nie jestem jednak pewna, czy to w pełni trafna diagnoza. Odnoszę wrażenie, że to raczej poczucie dyskomfortowej asynchronii, będące w literaturze dużo trwalszym zjawiskiem – czy to przez ponowne edycje, czy nierzadko znacznie późniejsze od oryginału przekłady. W księgarni tytuły te trafiają na ten sam stolik z nowościami, na którym lądują debiutanci. Jesienią tego roku znajdziemy na nim nowy przekład Ulissesa, niewiele wcześniej o uwagę czytelników walczyła modernistka Katherine Mansfield. Takie asynchronie to raczej za powód do świętowania niż załamywania rąk, że współcześni artyści muszą konkurować z duchami z przeszłości.
Retro, czyli niewinność
W zestawieniu z nostalgią za minioną epoką czy formacją kulturową, retro jest, jak zauważa wielu badaczy, bardziej krępującą strategią. Dla niektórych wręcz wstydliwą, postrzeganą jako powierzchowna ekscytacja minionymi wzorcami estetycznymi – oczyszczanymi z problematycznych znaczeń, które nam nie odpowiadają. Urocze sukienki z lat 50. z czasów dyskryminacji i radykalnego ograniczenia ról (i ruchu) kobiet, romantyczne „hippisowskie” stylizacje z okresu społecznego potępienia i koszmarnych warunków, w jakich żyli nastolatkowie na gigancie przy Haight-Ashbury, getry à la Jane Fonda z czasów presji, by zmieścić się w najmniejszy rozmiar dostępny na rynku. W tym sensie możemy widzieć retro jako metodę selekcji tego, co warto w kulturze przechować, a od czego chętnie się już odżegnujemy. Retro zdawać się może wręcz eufemistycznie wyrażoną obelgą, postrzeganą jako przeciwieństwo inspiracji nieodkrytymi skarbami minionych epok. „Strategia retro” to przecież nowa lektura mainstreamu, przeciwieństwo kontrkulturowej niezgody na porządek rzeczy. W tym ujęciu retroman nie ponosi ryzyka, skrywając się za niepowagą kostiumu z bezpiecznie odległej epoki.
Mad-century
Trudno oczekiwać, by moda nie czerpała przyjemności z cytatów i nawiązań do stylu sprzed kilku dekad. Jednym z najbardziej wpływowych przykładów serialowej nostalgii jest klasyk kończącej się już naszej „złotej ery telewizji” – Mad Men. Przyjemność estetyczna wynikająca z oglądania zarówno wnętrz w stylu mid-century modern, jak i bohaterów w strojach z epoki.
Mężczyzn w biurze widzimy więc w garniturach równie często co ze szklanką whisky i papierosem w dłoni, kobiety – w rozkloszowanych sukienkach z ostro zarysowaną talią, misternych upięciach włosów i pełnych makijażach.
Sam serial próbuje jednak w pewnym sensie przekroczyć tę wizualną przyjemność i pokazać jej podszewkę.
To serialowa próba zbudowania epoki tak samoświadomej siebie i odgrywającej własne upozowanie, że stanowi własną autokrytykę i autokomentarz. Istotną rolę odgrywa tu oko kamery – odmienne wobec filmów z początku lat 60. – ujawniające przemoc, która kryje się za tym estetycznym uwiedzeniem. Sam fakt tak znaczącej ekspozycji perspektyw bohaterek, skupienie nie tylko na ich gotowości, by „wspierać” szefów i kolegów, ale też na ich indywidualnych dramatach i ambicjach, pozwolił istotnie przesunąć akcenty i skierować uwagę widzów na nieco inne wątki, niż mógłby to sugerować nostalgiczny sztafaż. Oglądanie Mad Men może się jednak okazać frustrujące z uwagi na ponownie odgrywany spektakl przemocy i patriarchalnego świata, w którym zanurzają nas twórcy. Wydaje się bowiem, że wielka popularność serialu i uwaga, którą mu poświęcano w czasie pierwszej emisji, czasem nie wynikała z jego krytycznego potencjału, ale z nostalgii za tym, jak piękna była moda tego czasu. Mimo pracy, by stworzyć postępową narrację o amerykańskim społeczeństwie początku lat 60., twórcy wyzwolili nostalgię za estetyką, hierarchią, harmonią i porządkiem – gdy kobiety były piękne, mężczyźni przystojni, a podział genderowy i rasowy ledwie naruszalny. To bardzo ryzykowna gra, którą w ostatnich latach podejmowano kilkukrotnie.
Koszty złotej epoki
Pozornie zbliżony model do Mad Men reprezentuje jeden z hitów Amazon Prime Video – Wspaniała pani Maisel. We wczesnych latach 60. młoda kobieta rozpoczyna nieoczekiwaną karierę stand-uperki. Jej życie wygląda jak z magazynu retro, w którym kobiety cieszą oko i oddają swoje życie na ołtarzu kariery i przyjemności męża. Po doświadczeniu zdrady Midge nie doznaje wprawdzie olśnienia i nie wyrywa się z tego modelu kobiecości, rozgrywa go jednak świadomie w swoich monologach. Zaskoczenie i kontrast, które w ten sposób kreuje dla widowni w serialowym świecie, nie do końca przekłada się na reakcje widza. Atrakcyjność Wspaniałej pani Maisel opiera się bowiem na czymś w rodzaju spełnienia fantazji o przeszłości. Nadzwyczaj współczesna osobowość głównej bohaterki (i jej znacznie mniej normatywnej menedżerki) jest tym bardziej frapująca, że estetycznie tkwi po uszy w wymuskanej estetyce wczesnych lat 60. Wspomniana fantazja, jest osobliwą realizacją nostalgicznych poszukiwań widzów – estetyka, nieprzeszkadzająca emancypacji; humor, rodzący się w przerwach mierzenia obwodów kończyn i dopasowywania kapeluszy; wreszcie stereotypowa wizja kobiecości, w której kariera i życie rodzinne nie stoją sobie na przeszkodzie, lecz zgrabnie się uzupełniają. Z jednej strony serial jest tak doskonale skrojony, że trudno nie ulec czarowi tej fantazji, z drugiej zdaje się z tych samych powodów niepokojący. Udowadnia bowiem, że nie tyle – jak feministki przełomu wieków – można mieć wszystko, ile że emancypacja wymaga aprobowanej przez patriarchat gry z ultrasfeminizowaną estetyką.
###banner###
Przykładem znakomitego serialu, podejmującego ten problem jest Konflikt: Bette i Joan skupiony na nienawistnej relacji Bette Davis i Joan Crawford, która swoją kulminację znajduje podczas kręcenia filmu Co się zdarzyło Baby Jane? w 1962 r. Niewątpliwa atrakcyjność schyłku złotej epoki Hollywood jako tematu serialu została wykorzystana w dwójnasób. Twórcy opowiadają kilka historii jednocześnie, nie rozdzielając tak wyraźnie instancji nostalgicznej i krytycznej, jak można to było obserwować w Mad Men. Nakreślenie zajadłego konfliktu Davis i Crawford pozwala wprawdzie na pokazanie hollywoodzkiego blichtru i zapewnienie widzom ponownej przyjemności oglądania obu wybitnych aktorek w znakomitych współczesnych kreacjach, nie pozwala jednak widzom zapomnieć o mrocznych wymiarach tej historii. Podwójność serialu ujawnia się także w tym, że w głównych rolach obsadzone zostały Susan Sarandon i Jessica Lange, opowiadające nie tylko dawno zakończoną, ale również współczesną historię showbusinessu nieustannie karmiącego się konfliktem kobiet, a także tego, jak chętnie kultura wykorzystuje schemat „przyjaciółki i rywalki”, przy okazji udowadniając, że żadna z nas nie może tego sporu wygrać. To rzadki przypadek, gdy serial próbuje dotrzeć do widzów tęskniących za utraconą złotą epoką, ale przekierowuje uwagę na to, jakim i czyim kosztem została wykreowana. Trudno mi sobie wyobrazić, by wielu widzów wyniosło z tego seansu wrażenie degradacji obu gwiazd kina. Zamiast tego pojawić się może empatia – niekoniecznie jednakowa – wobec obu wielkich aktorek. Przesunięcie z zachwytu urodą i talentem na zrozumienie i współczucie wobec obu bohaterek serialu jest bodaj najważniejszym osiągnięciem twórców.
Konflikt w stylu glamour
Tytułem, bez którego trudno byłoby mówić o skomplikowanych trajektoriach serialowych nostalgii w ostatnich latach, jest nagradzana Mrs. America z Cate Blanchett w roli Phyllis Schlafly walczącej o odrzucenie Equal Rights Amendment oraz Rose Byrne wcielającej się w ikonę współczesnego amerykańskiego feminizmu – Glorię Steinem.
Jeżeli spojrzeć na serial w zestawieniu z Bette i Joan – dostrzeżemy ciekawy wątek. Mimo że konflikt osobisty i polityczny pomiędzy obiema kobietami jest nie tylko interesujący, ale i ważny dla praw kobiet w Ameryce, skupienie na nim jako najważniejszej osi konfliktu może budzić sprzeciw. To nie Schlafly podejmowała decyzje, to nie spór ze Steinem ani żadną inną kobietą zadecydował o prawach kobiet (bądź braku postępu) w tamtej dekadzie. Niepokojące jest odsunięcie na dalszy plan decydentów i wpływowych polityków, którzy chętnie przyglądali się temu, jakie kolejne odsłony będzie miał ten – by skorzystać z angielskiego określenia zarezerwowanego wyłącznie dla sporu kobiet – catfight. Klasyczny konflikt brunetki i blondynki został przepisany na walkę konserwatystki z feministką, szczęśliwie tylko okazjonalnie sprowadzony do banalnych osobistych nieporozumień.
Trudno byłoby powiedzieć, że powrót do tej historii jest nostalgią w ścisłym znaczeniu tego słowa – roi się w nim raczej od analogii do podobnych sporów toczonych od 50 lat po obu stronach Atlantyku. Impuls, który stoi za powstaniem tego serialu jest jednak szalenie interesujący, gdy spojrzeć na niego przez soczewkę nostalgii. Walka o prawa kobiet i ich powstrzymanie pokazana została z jednej strony w estetyce nawiązującej do minionej epoki (to znakomity, choć fałszywy twist, który dokonuje się w percepcji widza), z drugiej zaś wykorzystała język filmowy w taki sposób, aby z obu bohaterek (i kobiecych postaci drugoplanowych) uczynić heroiny glamour – piękne, charyzmatyczne, ekscytujące swoim dawnym blaskiem. Nostalgiczny czar tego serialu nie polega więc na atrakcyjności poglądów Schlafly czy inspiracji, którą dla nowego pokolenia feministek może przynieść Steinem, ale na tym, że status obu stron konfliktu – wyostrzonego i wyodrębnionego na potrzeby serialu z szerszego kontekstu – jest współcześnie nieosiągalny.
Obie postaci są fascynujące, Gloria Steinem ma czar gwiazdy rocka, a Schlafly klasę i charyzmę, której ze świecą szukać u współczesnych pro-liferów. Nostalgia, którą widzowie mogą poczuć podczas oglądania Mrs. America jest więc skomplikowana i osobliwa – tęsknimy nie za latami 70. i zderzeniem radykalnie odmiennych wartości (tego mamy dziś pod dostatkiem), lecz za tym, jaką społeczną rolę i kulturową moc miały aktorki tego konfliktu. To epokowe przeczucie, które pojawiało się całkiem niedawno w przestrzeni publicznej, gdy doszukiwano się analogii pomiędzy parami Reagan/Thatcher a Trump/May. Mimo że pozornie oglądaliśmy porównywalny układ sił, jakość tego powtórzenia przyprawiała o ból głowy. Ponowne odegranie dręczącego nas do dziś sporu w atrakcyjnej estetycznie i narracyjnie ramie, jak się to odbyło w Mrs. America, podsuwa także inną refleksję – dalej nie wyrwaliśmy się z sideł tego konfliktu. Przeszłość skrywa więc jeżeli nie odpowiedź, to pytania podobne do tych, z którymi sami się mierzymy – stąd dzisiejsza popularność tego modelu serialu.
Przeżycie tych historii na nowo wymaga czasu. Bardzo oczywista odmienność serialu wobec filmu pozwala na krytyczne przyjrzenie się własnej nostalgii. Może się bowiem okazać, że to, za czym tęsknimy, nie jest jednocześnie tym, do czego chcielibyśmy wrócić. Jestem przekonana, że wolelibyśmy nie zmagać się z rzeczywistymi problemami minionych dekad, a raczej uciec od tych aktualnie nas dręczących – jeszcze nieromantyzowanych, jeszcze nienależących do sfery wspomnień. Nostalgia może więc pomóc ujawnić moment w naszym życiu, gdy dane książki, filmy, płyty były ważne. Dopuszczam możliwość, idąc za Reynoldsem i Boym, że to nie one same były jednak kluczowe, ale to, co dla nas wtedy oznaczały, w jaki sposób nas otworzyły na nowe możliwości i nowe światy. Uświadomienie sobie, że ani to objawienie, ani pierwsze spotkanie nie może się powtórzyć, nie musi prowadzić do przygnębienia. Nie tylko w przyszłości, ale i w przeszłości mamy jeszcze bardzo wiele do odkrycia.
Przeszłość kontratakuje
Mimo że nie każdy powrót do dawnych historii skupia się na ich nostalgicznym potencjale, wiele współczesnych seriali bazuje na dobrze rozpoznanych schematach, a nawet tytułach. Powraca kultowy serial Pohamuj entuzjazm Larry’ego Davida, po 10 latach – i wielu lokalnych adaptacjach – ponownie możemy oglądać kameralny serial Terapia (tym razem w roli terapeutki Uzo Aduba znana z Orange is the New Black), we wrześniu premierę miała adaptacja serialu Ingmara Bergmana – Sceny z życia małżeńskiego sprzed niemal 50 lat. To bardzo różne przykłady odmiennie odnoszące się do swoich pierwowzorów. Wydaje się jednak, że ich wspólnym mianownikiem jest przeczucie, że jedną lub kilka dekad temu na ekrany telewizorów trafiło coś, co niejako wykracza poza swoją epokę. Coś, co może pozwolić opowiedzieć współczesne, aktualne historie z wykorzystaniem dobrze znanych i bardzo wysoko cenionych wzorów narracyjnych. Podaję te trzy przykłady celowo – zasłonę milczenia spuszczam na takie tytuły jak remake filmu Cztery wesela i pogrzeb, które nie tylko nie wnoszą nic nowego, ale zaprzepaszczają potencjał oryginału, motywowane potrzebą jego „poprawienia” dla współczesnego widza. Wyżej wymienione seriale niekoniecznie grają na nostalgii widza – w przypadku Scen z życia małżeńskiego zachodzi proces wręcz odwrotny. Wielu widzów jeszcze przed premierą wyrażało oburzenie, że Hagai Levi poważył się na taki projekt. Wydaje się więc, że to raczej po stronie twórców leży przekonanie, że w dziele Bergmana jest jakaś resztka, jakiś epokowy nadmiar, do którego możemy się zwrócić w poszukiwaniu formy dla współczesnej małżeńskiej psychomachii.
Jeżeli nostalgia to sygnał rozczarowania współczesnością, wiele spośród dzisiejszych seriali przeformułowuje tę diagnozę, mówiąc, że przeszłość jest bardziej aktualna, niż nam się mogło dotąd wydawać. Powracam tym samym do kulturowej asynchronii, która jest w moim przekonaniu podstawą nostalgicznej dyspozycji. To dowartościowanie minionych form i aktualizowanie dobrze znanych formatów jest trendem wyraźnie odmiennym wobec nowych opowieści o postaciach czy zdarzeniach minionych dekad. Te zdają się poszukiwać języka, który odda im sprawiedliwość w kontrze do wcześniej utrwalonych narracji.
Postscriptum albo Trzeźwość przeszłości
Gdy oglądam Jak zostać Bogiem na Florydzie, nostalgia jest ostatnim uczuciem, które przejawiam. Zmagania samotnej matki z piramidą finansową i walka o przetrwanie w otoczeniu śmieciowych gadżetów i brokatowych bluz poruszają we mnie czułą strunę. Nie wzbudzają żalu za przeszłością, raczej stymulują pamięć. W wyobraźni powracają do mnie podrabiane adidasy, publicznie prowadzone rozmowy o dziewictwie Britney Spears i całe lata 90., które pamiętam bez współczesnego filtra nostalgii. Po obejrzeniu kolejnych odcinków serialu nie szukam w szufladach mojego zmarłego tamagotchi. Nie idę do lumpeksu po ortalionową kurtkę ani spinki-żabki. To nie moja nostalgia. Chciałabym nas wszystkich przed nią uratować.