Subskrybuj
Ilustracja: Tymoteusz Piotrowski fot. Kuba Ociepa / Agencja Gazeta
Pochodząca z beskidzkiej wsi Żeleźnikowa Wielka autorka sześciu książek poetyckich, w tym nagradzanych tomów Matecznik i Sny uckermärkerów (Nagroda Literacka Gdynia, 2019). Za tom Mer de Glace (Wydawnictwo Warstwy, 2021) dostała Nagrodę im. Wisławy Szymborskiej (2022). Jej...

Przewodnik po przyjemnościach według Małgorzaty Lebdy

Czytajmy poezję, po cichu, na głos, bez okazji (...) traktujmy życie jak okazję ku temu. Czytajmy z okazji życia, tego, że się wydarza.

Edges
Harry Gruyaert,

Thames & Hudson (2019)

Och, Harry, myślę, przeglądając album fotograficzny Edges. Ja, człowiek Beskidów, któremu w żyłach płynie – z pewnością – krew będąca manifestacją karpackich wpływów, mam słabość do oceanów, mórz i rzek. Bywa, a znam sporo takich przypadków, że ludzi wody ciągnie w góry, a ludzi gór ciągnie nad wodę. I u mnie raczej funkcjonuje hasło: rzuć wszystko i wyjedź nad Bałtyk. Och, Harry, powtarzam częstokroć nad hipnotyzującymi kadrami belgijskiego fotografa. Taktylny wymiar tej wizualnej lektury przynosi przyjemność: otwierany od góry album ukrywa fotografie w formacie A4, co pozwala patrzącej / patrzącemu nie zgubić szczegółu. Krawędzie, często delikatne, drgające – wbrew swojej naturze – rozmyte, tworzą linię narracyjną tej książki. Gruyaert zabiera nas w krajobrazy, które wydają się zawsze znaczące, a w malarskiej estetyce tych fotografii mości się przyjemność. Widzę w tym połączenie flamandzkich obrazów z czułością i rozmachem jak z twórczości Edwarda Burtynskiego. Och, Harry, mówię pod nosem, dotykając pociągniętych jakby delikatnym ziarnem fotografii, a w tym uderza mnie punctum koloru, które też znaczy, jak chociażby czerwień, przypominająca o krwi, o organicznym w nas. Są tu krajobrazy francuskie: Bretania i Normandia (oblane już w mojej pamięci totalną tęsknotą), ponadto i te, w których woda pracuje w pejzażu, m.in. Irlandii, Tanzanii, Japonii. Gruyaert bada ludzkie rozgaszczanie się (rozpychanie się) w nich. Och, Harry, wzdycham, przyglądając się fotografii kobiety, która położyła się na wierzchołku skarpy w Pointe du Raz – twarz ma skierowaną ku niebu, przymknięte oczy, w dole pracuje Morze Celtyckie. Spokój. Myślę przy tym o kryzysie klimatycznym, o kryzysie uchodźczym, o ostatnim raporcie IPCC, o podnoszeniu się poziomu wód, o pandemii, która zabrała nam beztroskę, a przy tym ograniczyła nasze podróże, rozedrgała nasze wnętrza, i dziękuję ci, Harry, że pozwalasz mi bać się trochę mniej.

###banner###

Słodycz jabłek, słodycz fig
Jane Hirshfield,
tłum. Mieczysław Godyń, Magda Heydel, Agata Hołobut, Czesław Miłosz, Adam Szostkiewicz,
Wydawnictwo Znak (2018)

Bierzmy i z tej przyjemności. Proszę czytać na głos Trzy lisy na skraju pola o zmierzchu: „Jeden biegł / z nosem przy ziemi, / rdzawy cień, / który nie poluje ani się nie bawi. // Jeden stanął; usiadł; położył się; znowu stanął. // Jeden się nie poruszył, / tylko nieco odwrócił głowę, gdyśmy przechodzili. // W końcu podeszliśmy zbyt blisko / i znikły. // Las przyjął je tak, jakby ich nigdy nie było. // Gdybym wtedy pomyślała, by przyłożyć twarz do trawy. // Ale szliśmy dalej, / rozmawiając jak to obcy, kiedy się zaprzyjaźniają. // Coraz więcej jest rzeczy, których nie mówię nikomu, / ani obcym, ani kochankom. / To wkrada się w serce / bez pośpiechu, jakby tego nigdy nie było. // A jednak, coś zmieniło się między drzewami. // Coś spogląda ku mnie spośród drzew / i wie, kim naprawdę jestem” (tłum. Magda Heydel). Adam Zagajewski w posłowiu do polskiego wydania wierszy kalifornijskiej poetki pisał, że czytając ją, zapominamy o podziałach ideologicznych, o podręcznikach, o buddyzmie i w ogóle o -izmach, a czujemy przy tym kruchość życia i – faktycznie – elastyczność poezji. Dodałabym: czujemy też totalność bycia w świecie. Jest dla mnie Hirshfield – obok kochanej przeze mnie Inger Christensen w znakomitym tłumaczeniu Bogusławy Sochańskiej – poetką wysokiej czułości. Czytajmy poezję, po cichu, na głos, bez okazji – albo inaczej: traktujmy życie jak okazję ku temu. Czytajmy z okazji życia, tego, że się wydarza w całej swojej pokrętnej różnorodności.

 

Z rzeczy pierwszych
Eliot Weinberger,
tłum. Mikołaj Denderski,
Wydawnictwo Karakter (2020)

Przyjemność? To koniecznie Weinberger z jego – jak to określam – poetyckimi esejami. Polifoniczne, chóralne teksty zabierają nas w świat wywiedziony z historii, nauk przyrodniczych, podań, snów. Przyjemność odnajduję u amerykańskiego eseisty zarówno w śledzeniu prowadzonych przez niego (z pewną dezynwolturą wyobraźni) opowieści, jak też w obserwowaniu jego kunsztownej, miejscami zdumiewającej pracy z językiem. Jednym z moich ulubionych fragmentów jest rozdział Lakandonowie, w którym przywoływane są wyjaśnienia snów snute przez tytułowy indiański lud. I tak w meksykańskiej puszczy porastającej Chiapas słyszy się, że: „Jeżeli przyśnił ci się osioł, to znaczy, że będzie mocno wiało. (…) Jeżeli przyśnił ci się poeta, ktoś zapłacze (…). / Jeżeli przyśnią ci się liście, to nic nie znaczy, ale jeżeli liście drżą na wietrze, koniki polne zjedzą całą kukurydzę (…)”. Bywają momenty, kiedy lektura Weinbergera nie tylko wydaje się przyjemnością, ale staje się też ratunkiem. To jedne z tych chwil, w których świat jawi się jednorodny – narracja jest prosta, opowiedziana po wielekroć w ten sam sposób. Weinberger byłby tu kimś, kto dosiada się do ciebie w kawiarni i zaczyna portretować inaczej. Mówi – m.in., ale to nie wszystko – o wietrze i jego istocie; o Zhang Renxim, który tworzył w XVIII w. i napisał traktat o atramencie; o Nosorożcu, którego „(…) uszy są płaskie, wszelako trzyma je wyprostowane; górna warga wystaje ponad dolną (…)”. Obfitość, myślę, trzymając w dłoni eseje Weinbergera, obfitość mówiąca mi: bądź ciekawa, uważna, zaglądaj pod podszewkę rzeczywistości, czerp przyjemność z opowieści, nieś ją dalej.

 

Wielkie piękno
reż. Paolo Sorrentino (2013)

Przyznaję się – jestem uzależniona. Kiedy nadchodzi zima, potrzebuję tego filmu jak tlenu, potrzebuję tego Rzymu – jego temperatury, światła, kolorów. Mój coroczny powrót w La grande bellezza przynosi mi – wciąż i wciąż – przyjemność. Jest w tym każdorazowo element zaskoczenia – kolejne seanse pozwalały mi odkryć coś nowego w postaci Jepa Gambardelli, pisarza, który zasłynął w młodości jedną książką, a od lat cierpi na kryzys twórczy. Jest w tym filmie skontrastowanie dwóch światów: dostatniego i trwającego w ubóstwie. Lecz linia podziału nie przebiega prosto. Sorrentino bawi się konwencją, myli tropy, puszcza oko (Fellini!), zgrywa się, podkręca akcję (i muzykę), by jej cichsze momenty wybrzmiewały wyraźniej. Jest taka scena, ciążąca ku kiczowi, ale zatrzymująca się we właściwym miejscu: na tarasie Jepa siedzi z filiżanką herbaty 104-letnia siostra Maria, przyszła święta, wokół rozgaszcza się stado flamingów. Gambardella, widząc to, zmienia wyraz twarzy na taki, jaki się ma, doświadczając wielkiego piękna, a ono może przyjść niespodziewanie, nie z bogactwa, ale z natury, potrafi być przy tym ulotne, zostać jako doświadczenie, które w nas pracuje. Ale to nie jest sympatyczny film, bowiem Sorrentino zaprasza w chocholi taniec, tańczony w rytm Far l’amore, mieszający w głowie, ale może, właśnie dzięki temu, przynoszący ocucenie.

 

Antena
Serhij Żadan,
tłum. Bohdan Zadura,
Wydawnictwo Warstwy (2021)

Czy przyjemność można znaleźć w słowach, które wydają się zaangażowane? Zaangażowane w politykę, w religię, w uczucia? Czy wiersze, które dokuczają, powinny znaleźć się w „przewodniku po sztuce przyjemnej”? Te powinny. Ukraiński poeta Serhij Żadan, znany polskiemu czytelnikowi przede wszystkim z tekstów prozatorskich, w poezji odmalowuje melancholijną, skomplikowaną panoramę świata. Książka Antena w tłumaczeniu Bohdana Zadury stanowi wybór wierszy poety z kilku tomów. Poruszające – oprócz wspomnianych już wątków łączących się z zaangażowaniem – są dla mnie autotematyczne momenty tej poezji, poddające krytyce obraz „poety” jako kogoś, kto jest uprzywilejowany i słowem może zmieniać świat. Żadan pisze w jednym z wierszy: „Wielcy poeci smutnych czasów. / Uważni świadkowie końca drukowanej książki. / Poeci, przez których przemawia doświadczenie / przetrwania w pustych salach, / poeci, którzy uczą swojego rzemiosła / chyba tylko czarne drozdy / za oknami katedry (…)”. Ale jednak, poeta pisze, piszemy, bowiem przypuszczamy, że ma to sens. A na chłodne miesiące, które przed nami, weźmy z niego chociażby to: „(…) Wartość wiersza zimą wzrasta. / Zwłaszcza gdy zima jest ciężka. / Zwłaszcza gdy język jest cichy. / Zwłaszcza gdy czasy / są szalone”

Artykuł pojawił się w numerze: Przyjemność w czasie niepokoju