Subskrybuj
(fot. Rafał Komorowski, CC BY-SA 4.0 via Wikimedia Commons)
Literaturoznawca, poeta, tłumacz, krytyk literacki, adiunkt w Instytucie Filologii Romańskiej UJ oraz w Ośrodku Badań nad Awangardą UJ. Ostatnio wydał tom prozy poetyckiej Drożdżownia (2015) i monografię Status przedmiotów w poezji surrealizmu (2015).

W jak wędrówka

Chodzenie nie jest banalną czynnością. Filozofom pomagało w myśleniu, a ekologom i feministkom służyło za formę protestu. Solnit przestudiowała długą tradycję wędrowania, wydobywając z niej potencjał kreatywności i kontestacji. Sama jest niezmordowaną spacerowiczką.

„Odkrywanie świata to jeden z najlepszych sposobów odkrywania umysłu, a w wędrówce przemierzyć można je oba”– pisze Rebecca Solnit w Zewie włóczęgi (tłum. A. Dzierzgowska, S. Królak), mając na myśli dwutorową i synchroniczną relację, jaka łączy chodzenie z poznawaniem konkretnych miejsc i przestrzeni z poznawaniem zakamarków własnej świadomości. Innymi słowy, w im dziksze, mniej uczęszczane rejony świata się zapuścimy, tym większa szansa, że dotrzemy do najgłębszych pokładów myśli, a introspekcyjne wizje stanowią powód do wewnętrznej przemiany – a choćby tylko do powadzenia się z utartymi sądami, które systematycznie zarastają nasze codzienne, poddane rutynie życie.

Ów prywatny wymiar chodzenia – błąkania się, wałęsania, pielgrzymowania bądź wędrowania – powinien według Solnit kulminować w osiągnięciu stanu jedności ciała, umysłu i świata.

W tym punkcie swoich rozważań nie jest ona daleka od poglądów większości filozofów: od perypatetyków po Nietzschego, od Rousseau po Thoreau. Poczucie wolności, jakie towarzyszy nam podczas chodzenia, nie bierze się jednak wyłącznie z całkowitego wyrwania się z monotonii powszedniości. Przeciwnie, Solnit daje nam do zrozumienia, że zamiast zatopić się w otaczającym nas krajobrazie i poprzestać na akcie kontemplacji, prowadzeni rytmem kroków, pobudzamy się do żywszego myślenia, bowiem ruszając się, wprawiamy w ruch również same myśli, które na co dzień mogą zdawać się nieobecne lub uśpione.

Niezależnie od tego, czy wolimy przechadzać się po łące pełnej łubinów, czy odbywać wielomiesięczne eskapady na koniec świata, powinniśmy wejść w porozumienie ze swoim ciałem. Chodzenie wszak, jak twierdzi Solnit, jest „sposobem, w jaki ciało wymierza ziemię”. Oczywiście wpływ na fizyczne odczuwanie przestrzeni i płynność ruchów mają także czynniki zewnętrzne, od rodzaju ukształtowania terenu i specyfiki podłoża po warunki atmosferyczne. Niemniej chodzenie to w pierwszej kolejności czynność biologiczna, warunkowana funkcjonowaniem organizmu i warunkująca je. I odróżniająca człowieka od innych zwierząt – w końcu czymś zupełnie dziwnym i w pewnym sensie nieefektywnym jest poruszanie się na dwóch nogach, niczym kościsto-krwista kolumna, ze środkiem ciężkości wypchniętym daleko ponad podłoże. Tym samym sam proces stawiania kroków musi być tu wręcz pojmowany w kategoriach buntu przeciwko ograniczeniom anatomii.

###banner###

Rzecz jasna, biologiczny aspekt chodzenia wiąże się z zabarwieniem genderowym. Solnit punktuje wszystkie androcentryczne wzorce, które wyznaczają nam sposób myślenia o wędrówce: jako czynność wymagająca siły fizycznej, wytrzymałości i przyzwyczajenia do długotrwałego wysiłku w trudnych warunkach wędrowanie jawi się nam stereotypowo jako domena mężczyzn, rzekomo lepiej przystosowanych do ponoszenia wysokich kosztów, zarówno w wymiarze cielesnym, jak i psychicznym. Zdecydowana większość prac dotyczących ewolucji człowieka powiela bowiem przekonanie, jakoby z uwagi na szersze biodra i krótsze nogi „kobietom chodzenie nastręczało więcej trudności”; tą konstatacją długo uzasadniano ograniczanie kobietom możliwości samorealizacji, zamykając je w domach i zakonach. Chodzenie – do szkoły, pracy, w aspekcie rekreacyjnym – przez wieki było równoznaczne z groźbą nieokiełznanej wolności, a to naturalnie było nie na rękę zmaskulinizowanym elitom.

W ten sposób biologia i etyka splatają się w nierozerwalny węzeł, przesuwając akcent z prywatnego doświadczenia bycia w ruchu na jego polityczny – bo łączący się z najszerzej rozumianą emancypacją – wymiar. Dla Solnit historia chodzenia, którą rozrysowuje pośród siatki konkurujących ze sobą nauk, idei i doktryn, musi być traktowana jako historia postępującej egalitaryzacji
: chodzenie w pewnym momencie przestaje być przywilejem dobrze sytuowanych mężczyzn, zawodowych myślicieli, artystów i „koncesjonowanych” odszczepieńców, najczęściej uzurpujących sobie prawo do uwznioślania intelektualnych i duchowych ekskursji w nieznane. Wektor przesuwa się również z samotnych i zakodowanych w introwertyzmie włóczęg, które samotność i introwertyzm jeszcze podbijają, na chodzenie kolektywne, osłabiające zapędy ego i otwierające kilka innych furtek spod znaku istotnych kulturowych przedsięwzięć.

Weźmy sukces pielgrzymek – ich radosna atmosfera i poczucie uczestnictwa na równych prawach osób w różnym wieku, wywodzących się z różnych środowisk, posiadających różne przygotowanie kondycyjne, dają Solnit asumpt do wsparcia tezy o „wycofaniu się z głównego nurtu” jako jednym z celów wędrowania tezą przeciwną, o zbudowaniu nowej formy wspólnoty. Wspólnoty nie tylko w przeżyciu duchowym, lecz także, być może w pierwszej kolejności, w zadzierzgnięciu nici sympatii i porozumienia ponad podziałami.

Grupa pielgrzymkowa, najmniej nawet liczna, byłaby w tym ujęciu mikrospołecznością, której dobrostan zależałby od współdziałania każdej jednostki, w marszu znajdującej uzasadnienie swojego istnienia.

Chodzenie można by tu widzieć w perspektywie unii przyjemnego z pożytecznym, na mocy której zacierają się granice między odlegle zarysowanym celem a środkiem doń prowadzącym. A zatarcie tych granic to jedno z podstawowych przesłań „opowieści wędrownych” Solnit. Prawdziwie rewolucyjna zmiana w statusie chodzenia – wobec innych podejmowanych przez człowieka czynności, ale także względem jego historycznych uwarunkowań – zachodzi w obrębie intencjonalności samego gestu „wyjścia”, a ściśle rzecz biorąc, w ramach procesu sekularyzacji wędrowania. O ile staroruscy bieżeńcy czy bardziej nam współcześni pątnicy sławiący w marszu Boga wpisują swoją aktywność w zakres poszukiwań Absolutu, o tyle dzisiejsi pielgrzymowicze, ale również wszyscy ci, którzy ruszają w trasę w określonym celu, świadomie desakralizują swój marsz i jego charakter. Jak zauważa Solnit, pielgrzymowanie już „nie kieruje się prośbą o ingerencję Boga czy o jakieś nadprzyrodzone cuda, ale wprost domaga się zmiany politycznej”. Sukces różnorodnych marszów – właśnie w formie kolektywnej aktywności polegającej na przemierzaniu określonego, choć często zaimprowizowanego w trakcie wydarzenia dystansu – bierze się z poczucia sprawczości wynikającej wprost z ruchu.

Otóż podejmując wzmożony, bo wspólny i wspólnie odczuwany wysiłek fizyczny, zwracamy się bezpośrednio do społeczeństwa z hasłami, żądaniami i komentarzami do jakiejś sytuacji politycznej. Chodząc, walczymy o prawa mniejszości, manifestujemy przywiązanie do określonego punktu widzenia, bronimy praw i wartości, piętnujemy nadużycia władzy i walczymy o lepsze jutro. Solnit analizuje w tym kontekście społeczne rewolucje ostatnich stuleci, od Robespierre’a po Praską Wiosnę i plac Tiananmen, zauważając wspólną ich cechę: poruszenie społeczne uwidaczniające się w wielotysięcznych ulicznych demonstracjach, rozlewających się po miastach, miasteczkach i wsiach, a nawet pustyniach i górach. Oczywiście słynne zawołanie: „Wędrowanie rzadko bywa niewinne”, mimo że łatwo je zbanalizować i poddać marketingowej obróbce, niesie w sobie istotny przekaz: to w trakcie marszów protestacyjnych lub afirmacyjnych parad pojawia się „magiczna szansa na swoistą ludową wspólnotę”, do której często się odwołujemy, lecz praktycznie doświadczyć możemy jej właśnie we wspólnym chodzeniu.

Deklarując przywiązanie do politycznego wymiaru bycia w ruchu, Solnit nie zapomina jednak o wędrowaniu kontemplacyjnym, którego przestrzeniami są lasy, łąki i ogrody, krajoznawczym (także w wydaniu znanym z rozwoju masowej turystyki), rekreacyjnym i sportowym, a także takim, jakie łączy wszystkie wspomniane cechy i cele – w końcu czym są górskie wędrówki, miejskie przechadzki w stylu flâneurai flâneuse, piesze maratony i przemierzanie długich kilometrów z jednego końca kontynentu na drugi, jeśli nie próbą zaangażowania siebie (w cielesnym, psychicznym i każdym innym wymiarze) w rytm wędrówki znacznie bardziej skomplikowanej, niż mogłoby się to wydawać. Wędrowanie bowiem staje się praktyką kulturową: dostępnym powszechnie tworzeniem czegoś z niczego, zaglądaniem pod podszewkę codzienności, „zwycięstwem nad wyobcowaniem, odzyskaniem przestrzeni, wspólnego życia”. I niezależnie od tego, czy idąc, zbieramy fundusze na szczytny cel, czy podejmujemy dialog z tymi, o których spetryfikowany świat zapomniał i których zepchnął na margines, czy po prostu dajemy pożywkę naszym myślom i działamy na rzecz sojuszu kultury z naturą, współtworzymy „konstelację trzech gwiazd, którymi są: ciało, wyobraźnia i szeroki świat”.

Artykuł pojawił się w numerze: Rebecca Solnit. Głos oporu i nadziei