Subskrybuj
(fot. Agata Pieniążek, CC BY-SA 4.0)
kulturoznawczyni, szefowa Fundacji MaMa i pisarka. Publikuje felietony i teksty krytyczne. Autorka m.in. nagrodzonej Paszportem "Polityki" powieści Kieszonkowy atlas kobiet oraz sztuk teatralnych.

Niewinna kontrola

Solnit opisuje rozmowy i zdarzenia, których doświadczyły niemal wszystkie kobiety. Siła jej pisarstwa polega na umiejętności tak trafnego ich określenia, że te z pozoru nieznaczące sprawy urastają do rangi symbolu systemowych zjawisk i procesów.

Czy to mucha tak irytująco brzęczy mi nad głową? Nie, to tylko wyprowadzające z równowagi dziaderskie gadanie. Na pozór wszystko jest w porządku, to przecież dla naszego dobra, żebyśmy wreszcie wiedziały. „O, tutaj dopisz jeszcze słowo”. „Krój chleb w inny sposób”. „Daj, ja ci to zrobię, bo ty nie umiesz”. „Nie znasz się, babą jesteś”. Złote rady, o które żadna z nas nie prosiła i których żadna z nas nie chce słuchać. Wymądrzanie się mimo braku kompetencji. Poprawianie, przerywanie, podsumowywanie wypowiedzi, kradzież pomysłów. Paternalizm, pogarda, a jeśli coś idzie nie po ich myśli: obraza. Która z nas nie doświadczyła chociaż raz mansplainingu, czyli objaśniania świata przez facetów?

Ten przezroczysty mechanizm opisała Rebecca Solnit. Spolszczona wersja określenia: „panjaśnianie” (tak w polskim wydaniu książki Mężczyźni objaśniają mi świat, tłum. A. Dzierzgowska) lub „męsplikacja” (to pomysł Agnieszki Graff). Pojawiła się też propozycja „tłumaczyzmu” czy „tłumsamczenia”.

Termin oznacza w  skrócie nieproszone wyjaśnianie przez mężczyzn każdego zjawiska i sprawy na świecie. Siedzą więc znudzone kobiety i słuchają, jak im się opowiada o  karmieniu piersią, aborcji, budowie silnika samochodowego czy prawdziwej przyczynie wybuchu II wojny światowej.

Solnit rozpoczyna zbiór swoich esejów na ten temat od przytoczenia scenki, w której Bardzo Ważny Pan z socjety perorował o książce, której nie czytał (o takich rozmawia się najlepiej), ale która została omówiona w gazecie. Mądrzył się i dowodził swoich racji przed autorką owej książki. Biedna kobieta musiała kilka razy wtrącać, że to jej dzieło. Kiedy dotarło to do Ważnego Pana, wówczas zbladł, jakby właśnie został przyłapany na ściąganiu.

Sama wielokrotnie byłam pouczana w  kwestii własnej powieści (o  czym jest i  co tak naprawdę znaczy), wykładu, który właśnie wygłosiłam na konferencji (chyba na wypadek gdybym nie zrozumiała, o czym właśnie mówiłam), czy metod wychowywania dzieci. Oczywiście te niezamawiane korepetycje prowadzone były dla mojego dobra i w ogóle w atmosferze sympatii i wsparcia. Nie rozumiano więc, kiedy oddalałam się od rozmówcy bądź go ignorowałam. Dlaczego jesteś taka niewdzięczna, Sylwio? Nie chcesz się czegoś dowiedzieć? Coś taka zarozumiała?

###banner###

A jak ja się z tym wszystkim czułam? Cóż, podobnie jak inne bohaterki opowieści Solnit – deprecjonowana, lekceważona i poniżona. Zamiast Wujka Dobra Rada pojawiał się Surowy Ojciec, który aroganckim mądrzeniem się onieśmielał i tak już zakompleksioną dziewczynę. Tak, w XXI w. kobiety nadal nie czują się komfortowo, zabierając publicznie głos, dopominając się o swoje prawa lub przekonując do swych racji. Solnit pisze, że „pokoleniom kobiet wmawiano, że mają urojenia, wszystko im się miesza, że manipulują, są złośliwe, spiskują, że nieuczciwość jest im wrodzona”. Życie w poczuciu syndromu oszustki (zaraz ktoś wejdzie do sali wykładowej i wyprowadzi mnie zza katedry za ucho), syndromu Kasandry (nikt mnie nie słucha i nie bierze na poważnie) potrafi skutecznie podkopać wiarę w siebie. „Tresuje się nas w wątpieniu we własne siły i w samoograniczaniu się”, kontynuuje autorka, „pozwalając zarazem mężczyznom ćwiczyć się w niczym nieuzasadnionej nadmiernej pewności siebie”. Skąd ta pewność? Jako zwykle uprzywilejowana płeć nie muszą zabiegać o  atencję, szacunek czy przestrzeń (widać to choćby w  sposobie siadania, zwanym „rozkrakiem”). Tu kobiety zawsze są na obcym lądzie, na którym starają się o pozwolenie na pobyt.
Dla „pięknych pań” przepustką bywa uroda. Kiedy jednak trzeba w firmie zawalczyć o wyższe wynagrodzenie lub przeforsowanie projektu, wówczas zaczyna się zwykle festiwal uciszania i onieśmielania.

Może ono przybierać formy skrajne, stąd Rebecca Solnit wyjaśnia również pojęcie „kultury gwałtu” jako tej, gdzie przemoc seksualna jest zakorzeniona tak głęboko, że niemal niewidoczna. Oznacza to, że „mamy do czynienia z otoczeniem, w którym gwałt jest zjawiskiem powszechnym, a media i  kultura popularna normalizują i usprawiedliwiają przemoc seksualną wobec kobiet”. Taka atmosfera przyzwolenia przesuwa kolejne granice i sprawia, że społeczne postrzeganie kobiet staje się paternalistyczne lub zwyczajnie mizoginiczne. Do tej wyliczanki można dodać jeszcze nierówności ekonomiczne, niewidoczną pracę opiekuńczą lub ocenianie moralności kobiet według wyświechtanego schematu „święta – dziwka”. Nietrudno więc się domyślić, że takie spojrzenie na miejsce kobiety w świecie implikuje w najlepszym razie infantylizację („co ty tam wiesz”), w innym zaś przemoc („nie będziesz miała własnych pieniędzy, bo nie umiesz nimi rozporządzać”).

Feminizm u Solnit jest więc nie tylko opowieścią złożoną z codziennych zdarzeń, które na pozór niewiele znaczą, ale i analizą całego systemu wpływającego na owe zdarzenia.

Wiele tu również nawiązań do poprzedniczek, takich jak Virginia Woolf, Susan Sontag, Gloria Steinem, czy młodszych koleżanek, jak choćby Sunaura Taylor, samorzeczniczka niepełnosprawności i aktywistka prozwierzęca. Intersekcjonalizm i  patrzenie zniuansowane jest cechą, która charakteryzuje Solnit powtarzającą za Woolf, że nie wie do końca, jak definiować „kobiecość”, ale wie, że żyjemy w  świecie, w  którym nie jest to tożsamość szanowana i zrozumiana. Swoją pracę kieruje więc w rejony pozostające dla nas niewidzialnymi czy zbyt błahymi. Tak jak mansplaining – pozornie nieszkodliwy, jednak słuchany od rana do wieczora może skutecznie osłabić poczucie własnej wartości i wpłynąć na wybory życiowe.

Autorka przyznaje, że droga do jej zrozumienia feminizmu przechodziła różne fazy rozwoju i  zaniku. Zaczęło się od czasów nastoletnich, kiedy poruszanie się w przestrzeni miejskiej było koszmarem ze względu na zaczepianie (czyli tzw. catcalling) oraz to, że nikt nie widział w tym problemu. Cóż, zawsze tak było, że kobiety były napastowane na ulicy, czemu miałoby się to zmienić? Później pojawiły się refleksje na temat pracy kobiet, niedocenianej i nieopłacanej.

Szklany sufit w firmach, ale i system nastawiony na konkurencję, a nie współpracę, a także refleksja nad prawem do własnego ciała. Szerokie zainteresowania spotykają się w błyskotliwych tekstach ukazując obraz społeczeństwa, które nieustannie pragnie wykluczać, a niestety zbyt mało słuchać. Co ciekawe, a pewnie i smutne, teksty Solnit czytane po latach nie tracą nic ze swojej aktualności i wciąż prowokują burzliwe dyskusje. Jest w nich bowiem wrażliwość na szczegół, który staje się symbolem pewnych procesów i zjawisk.

Artykuł pojawił się w numerze: Rebecca Solnit. Głos oporu i nadziei