Subskrybuj
Wazon osiołek wg projektu Czesława Zubera z Huty Szkła Artystycznego „Barbara” w Polanicy-Zdroju
fot. dzięki uprzejmości patyna.pl
pisarka, dziennikarka, historyczka sztuki. Autorka tekstów o sztuce, wywiadów z artystami, reporterskich portretów, specjalistka od historii mody i dizajnu, kuratorka wystaw. Stypendystka Ministerstwa Kultury i Dziedzictwa Narodowego. Autorka książek: Kobiety z obrazów, Kobro. Skok w przestrzeń, Harem metafizyczny. Kobiety Witkacego, Dom...

Osiołek i spółka

Obiekty „źle urodzone”, jeszcze niedawno wystawiane na śmietnik, teraz trafiają do największych domów aukcyjnych. Posiadanie wzornictwa to coś szlachetnego, daje poczucie wyjątkowości, ale to również świetna lokata kapitału.

Niewysoki, ledwie 16 cm, szklany wazonik mignął mi kilka dni temu w witrynie lumpeksu przy pl. Narutowicza na warszawskiej Starej Ochocie. Poza odzieżą sklep oferuje akcesoria do domu i kilka rzędów książek, głównie romansów. Przyznaję: nie potrafię szperać na wieszakach z ubraniami, ale do dizajnu mam oko i zawsze liczę na to, że wśród brzydkiej chińszczyzny i nieciekawego niemieckiego fajansu wypatrzę skarb. No i stało się! Czerwone szkło i ten charakterystyczny wywinięty kołnierz. Wazon zwany „osiołkiem” projektu Czesława Zubera (bywa, że ciągle jeszcze przypisywany innemu wybitnemu projektantowi szkła Zbigniewowi Horbowemu, bo utarło się, że jak szkło kolorowe, to na pewno Horbowy). Klasyk z 1968 r., produkowany w Hucie Szkła Gospodarczego „Sudety” w Szczytnej Śląskiej. Szkło sodowe, barwione w masie, wersji kolorystycznych jest od groma, wystarczy wrzucić „osiołka” do wyszukiwarki internetowej, a wyskoczy tęcza barw. Wazon produkowany niby seryjnie, ale ponieważ tak naprawdę każdy był ręcznie formowany przez hutnika, to nie ma dwóch identycznych.

Wazon osiołek wg projektu Czesława Zubera z Huty Szkła Artystycznego „Barbara” w Polanicy-Zdroju fot. dzięki uprzejmości patyna.pl

Wypadałoby kupić, ale cena 500 zł to już niespecjalnie lumpeksowa okazja. Właściciel ponoć nie chce negocjować, dobrze wie, co sprzedaje. W dużym domu aukcyjnym „osiołek” Zubera poszedłby już za dwa razy tyle, więc nawet nie próbuję się targować. Zostaje nadzieja, że gdzieś trafi się bardziej okazyjnie. Jeszcze trzy lata temu w antykwariacie na starówce w Olsztynie, wśród szacownych poniemieckich sreber i luster w rzeźbionych ramach, wypatrzyłam wazon optyczny Jana Sylwestra Drosta z lat 60. XX w. za 180 zł, podczas gdy już wówczas za ten model płacono 10 razy więcej! Właścicielka antykwariatu była przekonana, że to szkło art déco, nie wiedziała jednak, że prasowane w formie szkło Eryki i Jana Sylwestra Drostów produkowane przez Hutę Szkła Gospodarczego „Ząbkowice” to już prawdziwe kolekcjonerskie rarytasy.

Szkło użytkowe wg projektu Eryki i Jana Sylwestra Drostów fot. Bartosz Bańka / Agencja Wyborcza.pl

À propos art déco, to tego samego lata powstrzymałam się od zakupu kolejnego wazonu Michała Titkowa z Huty Szkła „Niemen”, choć na giełdzie staroci w Jeleniej Górze kosztował jedyne 60 zł. Wytłumaczyłam sobie, że już taki mam, co z tego, że w innym kolorze. Kilka tygodni później w eleganckim antykwariacie przy ul. Piotrkowskiej w Łodzi ten sam wazon widziałam z ceną 350 zł, lecz niedługo potem w graciarni w Bydgoszczy kupiłam go za 5% tej ceny! Jak widać, sam do mnie przyszedł. Taki fuks. Choć żaden w porównaniu z tym mojej przyjaciółki, która dekadę wcześniej z niemal każdej wyprawy na starocie w Jeleniej Górze wracała z pięknym wazonem za parę złotych. Urzeczona jedynie urodą formy i magią kolorowego szkła, nieświadomie zgromadziła fantastyczny zbiór prasówek Drostów, w tym najsłynniejszy wazon z zestawu o kosmicznej nazwie „Asteroid”, w dodatku w ciemnozielonym kolorze. Nigdy wcześniej, i jak dotąd nigdy więcej, takiego nie widziałam, słowem: unikat. „Asteroid” o powierzchni pokrytej jakby kroplami rosy to ikona polskiego szkła.

Wazon „Asteroid” z Galerii Tresor fot. dzięki uprzejmości patyna.pl

Aż trudno uwierzyć, że w PRL-u szkło prasowane określano mianem „kryształy dla ubogich”, skoro teraz to już prasówki dla bogaczy. Kto z nas nie pamięta ciasta podawanego na talerzykach deserowych z prasowanego szkła? Najczęściej widywało się chyba te Eryki Trzewik-Drost z serii „Kora”. Wzór dla szkła projektantka zaczerpnęła z faktury tkaniny. Kryształów dla ubogich w PRL-u było tak wiele i były tak powszechne, że w końcu się opatrzyły i znudziły. Po transformacji ustrojowej Polacy zapragnęli je wymienić na zagraniczne, zwłaszcza na francuskie, odporne na uderzenia szkło „Duralex”, najchętniej w efektownym bursztynowym kolorze, przywodzącym na myśl zachód słońca na Lazurowym Wybrzeżu. Przedmioty z Zachodu były niczym obietnica lepszego życia.

###banner###

Przygody z wazonami mogą być i wstępem do powojennej historii polskiego szkła, i do analizy mody vintage, i do poradnika dla poczatkującego kolekcjonera. Zapewne gdybym trafiła w lumpeksie na powojenne krzesełko „Ład”, IWP-owską figurkę czy serwis kawowy Ćmielowa, rozpoczęłabym tę opowieść od mebli albo porcelany. Zresztą to właśnie od nich uczyliśmy się odkrywać i rozpoznawać rodzime powojenne wzornictwo. Przez ostatnie 20, góra 25 lat polscy historycy sztuki, badacze dizajnu, grupa zbieraczy i zapaleńców przywrócili do obiegu wzornictwo z lat 50. i 60. Tu wspominam Krzysztofa – rocznik 1975, przyjaciela ze studiów – który już pod koniec lat 90. kupował ceramikę, tzw. pikasy, a po 2000 r. i przeprowadzce do Warszawy wychodził z każdej naszej imprezy w środku nocy, żeby zdążyć na pociąg do Krakowa i o świcie buszować na giełdzie pod Halą Targową. Nazywaliśmy te pikasy, wówczas kompletni laicy w temacie, skorupami. Skorupy z biegiem lat zyskały na wartości, a Krzysztof zgromadził kolekcję, którą z powodzeniem można by prezentować na wystawie Chcemy być nowocześni. Polski design 1955–1968 przygotowanej przez warszawskie Muzeum Narodowe w 2011 r. Ta wystawa, a po niej kolejne ekspozycje biorące dizajn na tapet oraz ukazujące się sukcesywnie artykuły w prasie, szczególnie w magazynie „2+3D”, a później katalogi i książki na temat ceramiki, mebli, szkła sprawiły, że porwało nas polskie wzornictwo przemysłowe.

Niedźwiedzice wg projektu Moniki Skorupskiej fot. dzięki uprzejmości autorki

Kto mógł, wyjmował z meblościanki cioci czy babci porcelanowe figurki zwierząt i rock’n’rollowych dziewcząt. Z czasem nauczyliśmy się nazwisk ich projektantów: Hanna Orthwein, Henryk Jędrysiak, Mieczysław Naruszewicz i Lubomir Tomaszewski. Do tego wazony, popielnice, bomboniery i serwisy kawowe, choćby Danuty Duszniak. Sama meblościanka z lat 60. również wróciła do łask i do mieszkań młodych hipsterów, ta projektu Bogusławy i Czesława Kowalskich, a jeszcze chętniej lekki ażurowy regał z kolorowymi frontami Rajmunda Hałasa z Bydgoskiej Fabryki Mebli. Po porcelanie przyszedł czas na malowany i szkliwiony fajans z Zakładów Fajansu „Włocławek” czy na naczynia i kafle Spółdzielni Pracy Przemysłu Ludowego i Artystycznego „Kamionka” w Łysej Górze, malowane rożkiem w koniki i kurki. Obiekty jeszcze niedawno wystawiane na śmietnik, jako te „źle urodzone”, PRL-owskie, teraz trafiają do największych domów aukcyjnych. Na fali mody na vintage do naszych wnętrz wróciły nawet kwietniki z drutu i budząca określone skojarzenia paprotka. W posiadaniu dobrego wzornictwa jest coś szlachetnego, daje ono bowiem poczucie wyjątkowości, ciągłości kulturowej itd., a dla wielu świadomych kolekcjonerów to po prostu świetna lokata kapitału.

O ile lata 50. i 60. były świetnym czasem dla polskiego wzornictwa, o tyle następne dekady, o wiele bardziej kryzysowe i resztkowe, nie zapisały się w historii dizajnu. Trzeba było dopiero transformacji, wejścia do przemysłu młodego pokolenia projektantów, w tym znakomitych meblarzy, jak choćby Tomasz Augustyniak czy Piotr Kuchciński. Warto inwestować w porcelanę Marka Cecuły, dziś to już klasyka.

Waham się nad kupnem „osiołka” Zubera. Sprawdziłam dzisiaj, nadal stoi wśród rupieci w witrynie lumpeksu. Ale bardziej uwodzi mnie już szkło współczesnych projektantek: Aleksandry Kujawskiej i Agnieszki Bar (warto zwrócić uwagę na sygnowane przez nie obiekty) albo ceramika Moniki Skorupskiej (jej pracownia Mosko mieści się kilkaset metrów od wspomnianego lumpeksu), która ostatnio eksperymentuje z powłoką naszkliwną typu luster (preparat na bazie srebra lub złota), znaną z serwisów do kawy z lat 60. XX w. produkowanych przez WWC „Steatyt”. Kolejna odsłona polskiego dizajnu jest warta poznania.

Artykuł pojawił się w numerze: Rzeczy, które kochamy