W sierpniu 1944 r. Orwell z zaciekawieniem wysłuchał prelekcji o sytuacji naukowców i nauki w Związku Radzieckim wygłoszonej przez biologa Johna R. Bakera na konferencji PEN Clubu w Londynie. Tematem przewodnim spotkania była wolność słowa, lecz spośród zaproszonych gości jedynie Baker, jak donosi pisarz, otwarcie krytykował ograniczanie swobody wypowiedzi w ZSRR. W eseju Totalitaryzm a wolność słowa, opublikowanym 18 miesięcy później, Orwell pisał, że jeden z czterech głównych prelegentów „poświęcił większą część swojego przemówienia obronie sowieckich czystek”. Niektórzy wygłaszali „peany na cześć sowieckiej Rosji”, a inni bronili swobody omawiania kwestii seksualności, „nie wspomniano natomiast o wolności politycznej”, z wyjątkiem kwestii upolitycznienia nauki.
„Ich podstawowym prawem – pisał Baker o naukowcach – jest swoboda decydowania o przedmiocie i metodologii własnych badań. Pozbawieni jej są niczym ludzie tak całkowicie podporządkowani woli dyktatora, że kontroluje on nawet ich wyobraźnię. Gdy zabraknie naukowej autonomii, dochodzi do zgoła kuriozalnej sytuacji: nawet najlepsze intencje nie pozwalają decydentom politycznym odróżnić prawdziwych badaczy od hochsztaplerów i reklamiarzy”.
W Związku Radzieckim naukowej autonomii istotnie zabrakło. Baker wskazuje karierę Trofima Łysenki, dyrektora Instytutu Genetyki Akademii Nauk ZSRR, jako „dobitny przykład degradacji nauki pod jarzmem totalitarnego reżimu”.
Genetyka nierówności
Historia wzlotu Trofima Łysenki, mistyfikatora i przebiegłego stratega politycznego, to również historia upadku wybitnego agronoma Nikołaja Wawiłowa; to historia triumfu kłamcy nad człowiekiem prawdomównym oraz ceny, jaką przyszło za te kłamstwa zapłacić. Wawiłow, jak pisze współczesny etnobotanik Gary Paul Nabhan, był „jedynym człowiekiem na Ziemi, który zebrał nasiona roślin uprawnych z pięciu kontynentów, odkrywcą, który w poszukiwaniu nowych sposobów wyżywienia ludzkości zorganizował 115 ekspedycji badawczych do 42 krajów”, a także uczonym, który opublikował ponad 100 artykułów naukowych.
Wawiłow dążył przede wszystkim do zrozumienia roli bioróżnorodności w rolnictwie, by chronić uprawy przed chorobami i tworzyć nowe kultywary. Jego wyprawom i badaniom przyświecała chęć zwiększenia produkcji żywności, zwłaszcza dla Rosji i Rosjan, płynąca z nader ludzkiej potrzeby, by głodnych nakarmić. Światowe uznanie przyniosło mu założenie największego na świecie banku nasion w Leningradzie, jak nazywano Petersburg od śmierci Włodzimierza Lenina w 1924 r. aż do końca ery radzieckiej. Instytucja ta podlegała Ogólnozwiązkowemu Instytutowi Uprawy Roślin, którego dyrektorem w latach 1921–1940 był sam Wawiłow, a zgromadzone w niej wielotonowe zbiory miały zapewnić ludności bezpieczeństwo żywnościowe dzięki bioróżnorodności – gatunki i odmiany roślin odporne na choroby lub szkodniki, rosnące w zróżnicowanych warunkach, bogatsze w składniki odżywcze, dające obfitsze plony lub wykazujące inne przydatne właściwości (swoją sławę bank zawdzięcza także oddanym pracownikom, którzy podczas 872 dni oblężenia Leningradu woleli umrzeć z głodu, niż splądrować pilnowane zapasy nasion).
Kariera Wawiłowa prężnie się rozwijała, dopóki nie wszedł on w konflikt z Łysenką. Ten zyskał rozgłos w październiku 1929 r., kiedy jego eksperymenty nad uprawą pszenicy ozimej okrzyknięto cudownym remedium na kryzys zbożowy, doskwierający młodemu państwu. Wnioski wyciągnięte przez Łysenkę oraz radziecką prasę z jego nierzetelnych badań były bezwartościowe z punktu widzenia nauki, lecz otwierały mu drogę do awansu społecznego. Z tego zalążka wyrosła skuteczna dwutorowa kampania: z jednej strony Łysenko wypowiedział wojnę genetyce, a z drugiej – próbował wkupić się w łaski Stalina. Łysenko wiedział, komu schlebiać, a kogo denuncjować, przy czym Stalin od początku był wrogo nastawiony do darwinizmu, w którym motorem ewolucji są losowe mutacje oraz dobór naturalny.
Stalin, podobnie jak Łysenko, popierał lamarkizm, głoszący, że cechy nabyte są dziedziczne (jako przykład zwykle podaje się długą szyję żyrafy: Jean‑Baptiste Lamarck i jego zwolennicy twierdzili, że zwierzęta, których szyja wydłużyła się na skutek sięgania po wyżej rosnące liście, mogą przekazywać tę nabytą cechę potomstwu). Lamarckowi, urodzonemu w 1744 r., można wybaczyć bycie lamarkistą; znacznie trudniej usprawiedliwić tę postawę u XX‑wiecznych myślicieli, których do błędnych interpretacji darwinowskiej teorii ewolucji skłaniał ideologiczny oportunizm. Już w 1906 r. Stalin pochlebnie wyrażał się o „teori[i] neolamarkizmu, której ustępuje miejsca neodarwinizm”.
Kilka lat później pewien socjalista pisał: „Socjalizm jako teoria zakłada, że stanem naturalnym u ludzi jest równość, toteż dąży do osiągnięcia równości społecznej. (…) Darwinizm natomiast jest naukowym dowodem nierówności”. Karol Marks zdawał się podziwiać Darwina, gdyż w jego teorii ewolucji gatunków widział odbicie własnej idei ewolucji społecznej, lecz darwinizm przefiltrowany przez hobbesowską interpretację w wydaniu Thomasa Henry’ego Huxleya podkreślał konflikt i rywalizację; sam Darwin zresztą przedstawił ewolucję jako walkę osobników danego gatunku o zdobycie ograniczonych zasobów. W jeszcze bardziej wypaczonej wersji pogląd ten miał dowodzić, że wolnorynkowy kapitalizm i osobisty egoizm są naturalne, nieuniknione, a nawet pożądane zdaniem tych, którzy tym postawom hołdowali.
Przeciwnicy tego światopoglądu, najwyraźniej nie widząc sposobu na oddzielenie wartości społecznych nakładających się na darwinizm od samej teorii naukowej, odrzucali jedno i drugie. Wspaniałą trzecią drogę odnaleźć można we wnioskach anarchistycznego filozofa Piotra Kropotkina z jego pobytu na Syberii, gdzie przetrwanie nie zależało od walki jednostek o surowce – tych było bowiem pod dostatkiem – lecz od współdziałania w zmaganiach z surowym klimatem. Tę wewnątrzgatunkową współpracę Kropotkin nazwał pomocą wzajemną, opisując jej rolę w świecie zwierząt oraz ludzkim życiu i podkreślając ścisły związek ewolucji z kooperacją. Jego książka Pomoc wzajemna z 1902 r. przeszła jednak bez echa, dopiero współczesny ewolucjonizm zaczął zbliżać się do wersji Kropotkina. Świat przyrody coraz bardziej jawi się jako miejsce kooperacyjne, a nie indywidualistyczne, jako oparte na współzależnościach zamiast antagonizmów.
W czasach Orwella ewolucja była jednak darwinizmem, a ten nader często darwinizmem społecznym. Sowieci zgotowali straszliwy los zarówno biologicznym teoriom naukowym, jak i głoszącym i rozwijającym je badaczom, choć zachodni naukowcy również nie mieli czystego sumienia. Ci, którzy upatrywali w koncepcji Darwina potwierdzenia społecznego status quo – wyższości bogatych nad biednymi, dobrze urodzonych nad plebsem, białych nad niebiałymi – często stawali się eugenikami, zwolennikami podziału na ludzi i podludzi, niekiedy wprost nawołującymi do uprzywilejowania tych pierwszych oraz eliminacji tych drugich za pomocą represyjnych form kontroli społecznej czy wręcz ludobójstwa. Hurst był eugenikiem; był nim także Baker, którego prelekcja zwróciła uwagę Orwella na sowiecką pseudonaukę. Nawet syn samego Darwina był przez pewien czas prezesem brytyjskiego Towarzystwa Krzewienia Eugeniki (Eugenics Educational Society).
Naziści doprowadzili eugenikę do ekstremum, wzmacniając tym samym sprzeciw Stalina wobec genetyki. Julian Huxley, wnuk Thomasa Henry’ego Huxleya, a w latach 1937–1944 wiceprezes Brytyjskiego Towarzystwa Eugenicznego (British Eugenics Society), nie mylił się przynajmniej co do innych przyczyn wrogości Stalina i Łysenki wobec genetyki: „Samoreplikujące się geny oraz nieukierunkowane mutacje w dziedziczeniu mendlowskim – pisał w 1949 r. w Soviet Genetics and World Science (Genetyka radziecka a światowa nauka), jednej z ostatnich książek przeczytanych przez Orwella – wymykają się z rąk człowieka; nie dają się łatwo podporządkować jego dążeniom do zmiany ludzkiej natury. Lamarkizm wabi natomiast obietnicą szybkiego przejęcia kontroli nad nią”.
Przez ponad połowę XX w. istniało głębokie i szeroko rozpowszechnione przekonanie, że wszystko i wszystkich można zreformować, dawne wartości odłożyć do lamusa, o przeszłości zapomnieć, przyszłość ujarzmić, ludzką naturę zaś odmienić. Szło ono zwykle w parze z ideą, że pieczę nad tymi przemianami powierzyć należy elitom – czy to złożonym z naukowców, czy polityków. Eugenika, podobnie jak lamarkizm, na swój sposób dawała wyraz przeświadczeniu, że człowieka można wtłoczyć w ramy doskonałości, a potworne środki uświęcają wątpliwie utopijny cel. Wielu wierzyło wówczas, że ludzka natura, nie tylko pod względem psychicznym, ale i biologicznym, jest na tyle plastyczna, że ludzkim myślom, uczuciom i działaniom można nadać nowy kształt.
Wymyślić pszenicę na nowo
Łysenko przekonał Stalina, że pszenica jest równie plastyczna co ludzie oraz że potrafi hodować ją tak, by każde kolejne pokolenie dziedziczyło cechy nabyte przez rośliny rodzicielskie. Sformułowana przezeń pseudonaukowa teoria dobrze pokrywała się z ideologią marksistowską i radzieckimi aspiracjami. Choć Łysenko całkowicie mylił się co do faktów, korupcja oraz ideologiczne klapki na oczach otaczających go ludzi pozwalały mu długo unikać konsekwencji. Wawiłow również pracował nad stworzeniem odmian pszenicy bardziej wytrzymałych i wydających większy plon, lecz jego metody wymagały kilku lat, Łysenko natomiast obiecywał niemożliwie szybkie rezultaty.
W 1928 r. w Związku Radzieckim rozpoczęto realizację pierwszego planu pięcioletniego – programu intensywnego rozwoju przemysłowego, który ściągnął mnóstwo ludzi do miast, powodując niedobory chleba. Sytuację dodatkowo pogorszyła niesprzyjająca pogoda i polityka rolnicza prowadzona przez Stalina. Chłopów lepiej sytuowanych i mniej skorych do kolektywizacji piętnowano jako kułaków, a z początkiem 1929 r. członkowie tej płynnej klasy społecznej padli ofiarą błyskawicznej i brutalnej kampanii rozkułaczania. Nieprzebrane rzesze chłopów i chłopek, zwłaszcza na Ukrainie, stracono, wtrącono do więzień lub zesłano na Syberię bądź do innych odległych zakątków Związku Radzieckiego.
Z pozostałych gospodarstw władze partyjne rekwirowały ziarno siłą, uciekając się do tortur i gróźb. Nawet gdy ludzie przymierali głodem, Stalin nie zaprzestawał represji, podejrzewając ich o ukrywanie zapasów zboża.
Mieszkańców spustoszonych regionów próbujących ratować się ucieczką zawracano; tych, którzy próbowali kraść jedzenie, rozstrzeliwano na miejscu. Ocalałych przymusowo wcielano do kołchozów, gdzie często panowały warunki niesprzyjające produktywnej pracy – szerzyły się chaos i przemoc. Prowadzenie kolektywnych gospodarstw powierzono bowiem partyjnym ideologom, zupełnie nieobeznanym z uprawą roli. Katastrofa osiągnęła swoje apogeum na początku lat 30. XX w.
Na skutek wielkiego głodu, nazywanego również „Hołodomorem”, ponad 5 mln istot ludzkich poniosło śmierć głodową, w większości w Ukrainie. Głodujący masowo opuszczali wsie i udawali się do miast, by żebrać tam o resztki jedzenia, oraz na stacje kolejowe w nadziei, że uda im się zbiec. Wielu umierało po drodze, a ich wyniszczone, wychudłe ciała zalegały na poboczach dróg. Niektórzy, doprowadzeni przez głód do szaleństwa, dopuszczali się aktów kanibalizmu, niekiedy pożerając nawet własne dzieci. Sowieckie władze uznały, że miliony zamorzonych obywateli nie przystają do kreowanej przez nie wizji skutecznej gospodarki komunistycznej, toteż klęska głodu utrzymywana była w ścisłej tajemnicy. Z pomocą przyszło im wielu zachodnich korespondentów w Rosji, których zazwyczaj nie trzeba było cenzurować ani odwodzić od mówienia prawdy groźbami wydalenia z kraju – sami ochoczo powtarzali podsuwaną im propagandę.
Osoby publiczne – szczególnie dramaturg George Bernard Shaw, któremu sowiecki reżim nie szczędził pochlebstw – zaprzeczały, jakoby w Związku Radzieckim panował głód. Podobnie jak Walter Duranty z „New York Timesa”, który używał swojego prestiżu do podważania wiarygodności innych dziennikarzy, rzetelniej donoszących o sytuacji w ZSRR. Poputczyków nie poddano żadnych torturom; do przełknięcia kłamstw nakłoniono ich bardziej subtelnymi metodami. W tamtym czasie jedynie kilku dziennikarzy, w tym przyjaciel Orwella Malcolm Muggeridge, opisywało wielki głód i jego przyczyny. Gareth Jones, który w 1933 r. robił to śmielej niż inni, został zamordowany w niewyjaśnionych okolicznościach dwa lata później.
Muggeridge pisał, że ów spektakl – ukrywanie ponurych realiów za zasłoną pozorów zamiast dążenia do ich poprawy – był „najbardziej charakterystycznym wytworem” Związku Radzieckiego. Członkowie partii zapewniali go, że chleba nie brakowało, a radzieckie rolnictwo czekała świetlana przyszłość. Gdy wybrał się do ZSRR, by przekonać się co do tego na własne oczy, ujrzał tam „zdechłe bydło i konie; pola leżące odłogiem i marne plony pomimo sprzyjających warunków klimatycznych; całe produkowane ziarno rekwirowały władze. Obecnie nigdzie nie ma tam chleba ani na dobrą sprawę niczego innego; wszędzie panuje rozpacz i zamęt”. W swoim artykule wspomina o smętnym kołchoźniku i jego niedożywionych dzieciach: „Zarabiał 75 kopiejek dziennie, a za tę kwotę można było nabyć pół kromki chleba”.
Amerykański dziennikarz Eugene Lyons początkowo dawał wiarę sowieckim kłamstwom, później jednak uderzył się w pierś w swojej książce Assignment in Utopia (Posada w utopii) z 1937 r. W jej recenzji Orwell zauważył: „Podobnie jak wielu innych, którzy wybrali się do Rosji pełni nadziei, Lyons wrócił rozczarowany, jednak w przeciwieństwie do co poniektórych w końcu zdecydował się opowiedzieć światu prawdę. Niestety, wszelka krytyka obecnych władz rosyjskich bywa odbierana jako propaganda przeciwko socjalizmowi, co uniemożliwia prowadzenie rzetelnej dyskusji; wszyscy socjaliści są tego świadomi”.
Być może to książka Lyonsa zainspirowała Orwella do stworzenia jednej z najsłynniejszych scen z Roku 1984: torturowania Winstona Smitha, dopóki nie uwierzy, że dwa plus dwa to pięć.
Wzór ten nie był wymysłem pisarza – pojawia się on w sowieckiej propagandzie jako propozycja realizacji planu pięcioletniego w cztery lata. Lyons pisał: „Wzór »2 + 2 = 5« od razu przyciągnął moją uwagę. Zdawał mi się zarazem śmiały i absurdalny – odwaga i paradoks, i tragiczna absurdalność radzieckiej sceny, jej mistyczna prostota, jej sprzeciw wobec logiki (…). 2 + 2 = 5: elektrycznymi światłami na frontach moskiewskich bloków, półmetrowe litery na plakatach wypisywały planowy błąd”. Można to odczytać jako przejaw indoktrynowania się w działaniu wbrew własnemu rozumowi, wszak jedynie uprawa kłamstw przynosiła każdego roku obfity plon.
Imperium kłamstw
Tych, którzy mimo wszystko obstawali przy nauce, historii i niewygodnych faktach, uciszano i skazywano na wygnanie bądź śmierć. Represje szczególnie przybrały na sile w 1936 r.: tamtego sierpnia rozpoczął się w Moskwie pierwszy proces pokazowy. Szesnastu byłych sowieckich przywódców stracono po tym, jak na torturach przyznali się do zarzucanych im czynów. Był to innego rodzaju spektakl, rewia terroru. Ówczesne wyznania winy zapoczątkowały swego rodzaju nową formę teatralną, łączącą w sobie upokarzanie się przed władzą i samooskarżanie o straszliwe, a nierzadko groteskowe lub niemożliwe do wykonania zbrodnie. Aby osiągnąć te rezultaty, torturom i upokorzeniom poddawano zarazem prawdę, język i historię. Stalin dążył nie tylko do usunięcia potencjalnych rywali, zwłaszcza trockistów, by umocnić swoją władzę, lecz także do ich doszczętnego zniszczenia i zdyskredytowania – była to groźba mająca zmusić innych do milczenia i posłuszeństwa. Jak później ukazał to Orwell, w bardziej dobitny sposób niż ktokolwiek przed nim – a być może i po nim – tyrani mogą niszczyć i naginać prawdę, wymóc na podwładnych przyjęcie jawnego fałszu.
Kłamstwa wyduszone z byłych sowieckich przywódców w trakcie procesów oraz następujące po nich egzekucje rozszarpały historię młodego Związku Radzieckiego na strzępy. Rozpoczęła się era retuszowanych zdjęć – zdarzało się, że jedna fotografia była przerabiana kilkukrotnie, w miarę jak kolejne postaci znikały, wpierw z tego świata, a później ze zdjęć i z historii. Szef NKWD Gienrich Jagoda odpowiedzialny za przymusową kolektywizację (oraz prowadzenie laboratorium Stalina produkującego trucizny) popadł w niełaskę, donosząc o nieprzychylnych reakcjach opinii publicznej na procesy pokazowe. Został zdegradowany, potępiony jako zdrajca i skazany na śmierć w trzecim procesie pokazowym w 1938 r. Niecałe dwa lata później jego następca również trafił przed pluton egzekucyjny.
„Egzekucje były preferowanym rozwiązaniem wszystkich problemów, także tych wywołanych przez poprzednie egzekucje – pisze Adam Hochschild. – Kiedy narodowy spis powszechny ludności wykazał, że rządy terroru spowodowały skurczenie się populacji, Stalin rozkazał rozstrzelać członków komisji spisowej. Jak można się było spodziewać, nowi urzędnicy uzyskali wyższe wyniki. Wedle szacunków większości współczesnych historyków od 1929 r., kiedy to Stalin rozgromił swoich rywali i skonsolidował władzę, do czasu śmierci dyktatora w 1953 r. z jego rąk zginęło ok. 20 mln ludzi”.
W roku pierwszego procesu pokazowego genetycy weszli w debatę z łysenkistami na publicznej konferencji – była to wojna zastępcza o empiryzm i swobodę badań naukowych. Ich protest wywołał reperkusje w postaci aresztowań i egzekucji wielu współpracowników Wawiłowa. On sam został potępiony przez Łysenkę, nie dał się jednak zastraszyć. W marcu 1939 r. Wawiłow zabrał głos na zebraniu Ogólnozwiązkowego Instytutu Uprawy Roślin, oświadczając: „Pójdziemy na stos i na nim spłoniemy, lecz nie porzucimy swych przekonań”. W listopadzie tamtego roku Stalin posłał po niego i na spotkaniu o północy powiedział mu: „To wy jesteście ten Wawiłow, który majstruje przy kwiatach, liściach, szczepach i innych biologicznych bzdurach, zamiast pomagać rolnictwu, tak jak to czyni akademik Łysenko?”.
W 1940 r., po bezpośredniej dyskusji z Łysenką, Wawiłow wybrał się na Ukrainę, by zbierać tam nasiona roślin uprawnych oraz dzikich. Kiedy szukał kolejnych okazów na zboczu góry, funkcjonariusze partyjni podjechali do niego czarnym samochodem i kazali mu wsiadać. Przez kolejnych jedenaście miesięcy był przesłuchiwany setki razy, zazwyczaj nocą; oskarżano go o bycie szpiegiem, zdrajcą, sabotażystą i głównym sprawcą klęski głodu. Na jednym z tych przesłuchań przez niemal 10 godz. nieprzerwanie zasypywano go gradem pytań i insynuacji, aż w końcu złożył fałszywe zeznania, przyznając się do bycia członkiem prawicowej organizacji. Wydany na niego wyrok śmierci został uchylony po złożeniu apelacji i zesłano go do łagru. Tam, karmiony jedynie surową mąką i przemarzniętą kapustą, zmarł 26 stycznia 1943 r. Gorzka ironia losu sprawiła, że człowiek, który bardzo przyczynił się do rozwiązania problemu powszechnego głodu, sam został zagłodzony na śmierć.
Jego spóźniony nekrolog, będący również potępieniem sowieckiego reżimu, opublikował inny naukowiec, C.D. Darlington, w czasopiśmie „Nature” w 1945 r. To właśnie do niego Orwell pisał w 1947 r., próbując dowiedzieć się czegoś więcej o łysenkizmie. Darlington miał trudności w publikowaniu swoich tekstów, w których krytycznie odnosił się do radzieckiej nauki, ponieważ ZSRR był sojusznikiem Wielkiej Brytanii w trakcie wojny. Niewielu redaktorów było zatem zainteresowanych demaskowaniem zbrodni tego reżimu. Sam Orwell swego czasu borykał się z podobnymi problemami, nie mogąc znaleźć wydawcy wpierw dla W hołdzie Katalonii, a potem dla Folwarku zwierzęcego, jako że antysowieckie stanowisko było niepopularne nawet po zakończeniu wojny i rozwiązaniu sojuszu brytyjsko‑radzieckiego. Kiedy pracował nad Rokiem 1984, napisał do lewicowego wydawcy Victora Gollancza, który opublikował kilka z jego wcześniejszych książek, błagając, by ten zwolnił go z umowy na publikację jego przyszłych tytułów beletrystycznych. Pisarz obawiał się bowiem kolejnych wydawniczych kłód rzucanych mu pod nogi.
Łysenko tymczasem nadal piął się po szczeblach kariery; wkrótce ten antygenetyk został mianowany dyrektorem Instytutu Genetyki. W 1948 r. przewodniczył konferencji, na której genetyka została potępiona, a jego własna pseudonaukowa teoria okrzyknięta oficjalną doktryną. Odtąd krytykowanie jej w kraju stało się niebezpieczne. Tysiące protestujących przeciw niej badaczy i nauczycieli akademickich zostało usuniętych ze stanowisk, a trzech wybitnych naukowców popełniło samobójstwa, by uniknąć dalszych prześladowań. Brat Wawiłowa, z wykształcenia fizyk, z pozoru przystał na tę farsę, jednak w swoim dzienniku napisał: „Wszystko to jest przykre i niegodziwe”.
W grudniu 1949 r., ok. pięciu tygodni przed śmiercią, Orwell wkleił do swojego notatnika literackiego taki oto wycinek z gazety:
„PSZENICA MOŻE STAĆ SIĘ ŻYTEM” – Łysenko
Artykuł przytacza kuriozalne twierdzenie Łysenki, że „w górzystych obszarach o niesprzyjających zimowych warunkach ozima pszenica może zmienić się w żyto” oraz że obserwacja ta potwierdza jego własne teorie i poglądy Stalina.
Spośród pisarzy i komentatorów z I poł. XX w. Orwella wyróżniała umiejętność chodzenia własnymi drogami po burzliwej scenie politycznej tamtego okresu – choć krytykował lewicowe obozy coraz głębiej popadające w autorytaryzm i kłamstwa, nigdy nie stał się jednym z tych lewicowców, którzy ostatecznie przeobrazili się w konserwatystów, tolerujących innego rodzaju przemoc i oszustwa. Po jego śmierci uczyniło to zeń postać totemiczną, zawłaszczaną przez przedstawicieli wszystkich opcji politycznych.
Cytryny w zimie
Gdy na konferencji jałtańskiej w 1945 r. Stalin, Churchill i Roosevelt spotkali się, by ustalić nowy porządek świata, brytyjski premier poprosił o cytryny – albo zrobiła to jego córka – w jednej wersji tej anegdoty do drinków, a w innej do kawioru. Kolejnego ranka goście spostrzegli, że w ogrodzie przy dawnym carskim pałacu, w którym zostali przyjęci, w magiczny sposób przez noc wyrosło drzewo cytrusowe z gałęziami aż uginającymi się od owoców. W latach powojennych Stalin był pochłonięty przymuszaniem drzew cytrusowych do przekraczania granic wyznaczonych im przez przyrodę. Najwyraźniej uważał, że ich fundamentalną naturę, podobnie jak naturę ludzi czy pszenicy, można zmienić siłą. Próbował więc uprawiać je przy swojej daczy na ukraińskim Krymie, a także tej w Kuncewie na moskiewskich przedmieściach. Wiaczesław Mołotow, wpływowy działacz komunistyczny i jeden z niewielu bolszewików, którym udało się uniknąć kolejnych czystek, lata po śmierci Stalina zanotował w swoich pamiętnikach: „Nakazał posadzić przy daczy drzewo cytrusowe, ale nigdy nie widziałem, żeby sam przy nim pracował. Wszyscy zachwycali się tym drzewem, ja zresztą też, chociaż nie tak wylewnie. Zastanawiałem się: po co, u diabła, mu to drzewo cytrusowe? I to w środku Moskwy! No coś takiego!”. Inny wysoki urzędnik partyjny opowiadał o spacerze po tych ogrodach, w trakcie którego Stalin karmił go kolejnymi plasterkami cytryny, za każdym razem wymuszając na nim komplementy.
Stalin posiadał kilka dacz otoczonych rozległymi ogrodami i był bardzo zaangażowany w wydawanie rozkazów opiekującym się nimi ogrodnikom. Dzięki uprawianym tam owocom i warzywom dyktatorowi i jego rodzinie nigdy nie brakowało jedzenia. Córka Stalina Swietłana wspominała: „Nie umiał kontemplować przyrody, musiał koniecznie być jej gospodarzem, zmieniać w niej coś bez przerwy”. Choć jego moskiewskie drzewa cytrusowe zimowały w szklarniach, swoim ogrodnikom nakazał: „Wystawiajcie je na zimno, niech się przyzwyczajają”. Niewykluczone, że po kilku pokoleniach selektywnej hodowli tych roślin udałoby się stworzyć odmianę bardziej odporną na niskie temperatury. Stalin próbował jednak, jak się zdaje, zahartować je niczym sierżant musztrujący nowych rekrutów. Jego plantacje cytryn na ukraińskim Krymie przemarzły. W bardziej umiarkowanym klimacie Gruzji, skąd sam pochodził, drzewa cytrusowe radziły sobie lepiej, toteż posadził kilka w swojej abchaskiej daczy – czy też raczej rozkazał ich posadzenie swoim ogrodnikom; każdego dnia bowiem wydawał im polecenia. Lecz nawet tam tylko jedno z nich przetrwało surową zimę lat 1947–1948. Ktoś, być może sam Stalin, musiał zarządzić ich ponowne zasadzanie, ponieważ w jednym z artykułów turystycznych o tym regionie można znaleźć wzmiankę, że obecnie dookoła daczy rosną drzewa cytrusowe.
W Przygodach Alicji w Krainie Czarów jest scena, w której służący nerwowo przemalowują białe róże na czerwono, gdyż właśnie takie kwiaty miały zostać posadzone w królewskim ogrodzie i gdyby królowa dowiedziała się o tej pomyłce, „ucięto by nam wszystkim głowy”. Jak Stalin zareagował, gdy jego plan wyhodowania drzew cytrusowych odpornych na mrozy spalił na panewce? Zaprzeczał temu i, jak w przypadku rachmistrzów spisowych, znalazł sobie kogoś, kogo mógłby ukarać? A może ogrodnicy podtrzymywali pozory sukcesu, sadząc nowe drzewa w miejsce starych i udając, że nic tak naprawdę się nie zmieniło? Za tym pytaniem kryje się kolejne: o to, jak bardzo Stalin okłamywał sam siebie, zmuszając wszystkich podwładnych do oszukiwania go na każdym kroku. Czy podporządkowanie narodu własnym dyktatom sprawiło, że przestał odróżniać prawdę od fałszu? Jak to jest być dyktatorem kłamstw, tworzącym iluzje, ukrywającym zamordystyczne realia i domagającym się posłuszeństwa wobec wersji rzeczywistości utkanej z własnych nakazów i zakazów zamiast rzetelnych danych?
Pomimo swojej władzy nad umysłami Stalin nie mógł zmusić pszenicy do potwierdzenia pseudonaukowych teorii ani drzew cytrusowych do zimowania w surowym klimacie. Lamarkizm w swoich czasach był błędem, w jego zaś – kłamstwem. Rolnicze obietnice Łysenki były kłamstwami. Kłamstwem było negowanie wielkiego głodu, który na początku lat 30. XX w. doprowadził do śmierci milionów ludzi. Zbrodnie, do których torturowani „wrogowie ludu” przyznawali się na procesach pokazowych, z reguły były kłamstwami. Ludzie kłamali, by przeżyć, umierali, mówiąc prawdę, a nieraz nawet mijając się z nią, nie byli w stanie ocalić własnej skóry. Inni nie wiedzieli już, czym w ogóle była prawda. Historię rutynowo pisano od nowa, w miarę jak kolejni przywódcy rewolucji byli posyłani na śmierć przez swoich towarzyszy. Katów rozstrzeliwano, oficerów NKWD zsyłano do łagrów, gdzie dołączali do więźniów, których sami wcześniej przesłuchiwali. Zakazywano książek, faktów, poetów, idei. Tak oto powstało imperium kłamstw. Kłamstwa jako ataki na język stanowiły fundament dla wszystkich kolejnych ataków.
W 1944 r. Orwell pisał: „Najstraszliwszą cechą totalitaryzmu nie jest popełnianie przezeń »okrucieństw«, tylko atakowanie pojęcia obiektywnej prawdy: pragnie on kontrolować zarówno przeszłość, jak i przyszłość”. Myśl ta przybrała później formę sloganu Wielkiego Brata: „Kto rządzi przeszłością, w tego rękach jest przyszłość; kto rządzi teraźniejszością, w tego rękach jest przeszłość”. Drogę do tych okrucieństw otwierają ataki wymierzone w prawdę oraz język.
Ci, w których mocy jest wymazanie przeszłości, uciszanie świadków, przekonywanie innych do popierania łgarstw; zmuszanie ich za pomocą terroru do milczenia, posłuszeństwa, kłamania; uczynienie docierania do prawdy zadaniem tak trudnym lub niebezpiecznym, że nikt nie odważy się go podjąć, mogą dalej bezkarnie popełniać swoje zbrodnie.
Pierwszą ofiarą wojny jest prawda, jak głosi stare porzekadło, a toczenie ciągłej wojny przeciwko prawdzie leży u podłoża wszelkich autorytaryzmów, od tych rodzimych po światowe. Wszak rządy autorytarne, podobnie jak eugenika, to swego rodzaju elitaryzm, wykluczający równą dystrybucję władzy.
Obecny autorytarny przywódca Rosji Władimir Putin stara się przywrócić dobre imię Stalina. Na fali tego rewizjonizmu zdaje się płynąć również reputacja Łysenki, dodatkowo podbudowywana przez próby wyolbrzymiania roli epigenetyki. Próbę czasu przetrwała jednak praca Wawiłowa, zachowana w znalezionych, zebranych i uprawianych przez niego nasionach, za które jego zwolennicy oddali życie, strzegąc banku nasion podczas oblężenia Leningradu. Jak pisze Nabhan: „Już mniej więcej ćwierć wieku po jego śmierci 400 nowych odmian roślin uprawnych wyhodowanych z zebranych przez niego nasion zapewniało pożywienie tak wielu obywatelom Związku Radzieckiego, że częstotliwość klęsk głodu (…) drastycznie spadła”.
Cytryny Stalina okazały się porażką, i choć pojedyncze drzewa – oliwki, cisy, sekwoje i otaczane kultem figowce pagodowe – dożywają 1000 lat, pola pszenicy wokół Wallington przypominają nam, że nawet nasiona roślin jednorocznych i praktyki takie jak rolnictwo są w stanie przetrzymać rządy dyktatorów, wierutne kłamstwa oraz wojnę przeciwko nauce. Kłamstwa mutują jednak łatwiej niż nasiona, toteż i one pojawiają się w nowych odmianach.
Tłumaczył Dawid Czech
Fragment pochodzi z Róż Orwella, najnowszej książki Rebekki Solnit, która w kwietniu ukaże się nakładem Wydawnictwa Karakter