Subskrybuj
fot. Kultura Gniewu
fot. Kultura Gniewu
Dr hab., wykładowczyni Wydziału Polonistyki UJ. Zajmuje się prozą kobiecą, historią feminizmu i teorią krytyczną. Ostatnio wydała: Arachne i Atena. Literatura, polityka i kobiecy klasycyzm (2017). Mieszka w Nowej Hucie

Zakładniczka antropocentrycznej wyobraźni

Choć cenię sobie „żartobliwość” i „optymizm”, do którego odwołują się twórcy komiksu, to myślę, że zmarnowali świetną okazję, by inaczej niż antropocentrycznie i patriarchalnie opowiedzieć o początkach historii człowieka.

Imię Lucy weszło do kulturowej świadomości ludzi przełomu XX i XXI w. niemal od razu, gdy w 1974 r. naukowcy odkryli szkielet nieznanego wcześniej hominidy, żyjącego na terenach dzisiejszej Etiopii 3,2 mln lat temu. Jeszcze zanim nazwano go Australopithecus afarensis, świat poznał już swojsko brzmiące imię kobiece, zaczerpnięte z piosenki Beatlesów (Lucy in the Sky with Diamonds), której mieli słuchać uczestnicy tej badawczej ekspedycji. Najwyraźniej aby uznać nasze pokrewieństwo z wyłaniającą się z mroków prehistorii krępą (ok. metra wysokości), owłosioną człowiekowatą istotą, jej postać musiała zostać wyłączona ze zwierzęcego świata natury, musiała zyskać „ludzką twarz”. Z perspektywy humanistycznej nie ma nic dziwnego w tym, że chcemy mierzyć otaczający świat wyłącznie miarą człowieka. Jeśli jednak spróbujemy wyjść poza ten antropocentryczny horyzont, to zobaczymy, że taka gra lustrzanych odbić jest nie tylko nużąca i wyobraźniowo nieproduktywna, ale również że zastępuje nam wiedzę o złożonych relacjach człowieka z otaczającym go nieludzkim światem. To dlatego Donna Haraway i wiele innych współczesnych filozofek nawołują, by ponownie spotkać ze sobą nauki przyrodnicze i nauki humanistyczne, sztukę i wiedzę, opowieść i naukowy fakt.

Z dużą ciekawością sięgnęłam więc po niezwykle efektowny wizualnie i powstający przy współpracy naukowej z uznanym francuskim antropologiem Yves’em Coppensem komiks Patricka Norberta i Tanina Liberatore pt. Lucy. Nadzieja. Punkt wyjścia jest rzeczywiście intrygujący. Odkryte w 1978 r. w Tanzanii ślady stóp w popiele australopiteka sprzed 3,5 mln lat, które przedstawiają najprawdopodobniej obraz zabawy dziecka, wkładającego swoje stopy w zagłębienia po stopach dorosłego, badaczka Mary Leakey zinterpretowała jako być może pierwszą oznakę samoświadomości człowiekowatych. W połączeniu z umieszczonym na okładce wizerunkiem Lucy, trzymającej w ramionach małe i wpatrującej się w gwieździste niebo, zapowiada wyobraźniową podróż do czasów, gdy człowiek stawiał pierwsze kroki na Ziemi.

Jak deklaruje we wstępie Norbert, autor scenariusza, chciał „opowiedzieć historię, która byłaby wierna naukowej wiedzy o naszych przodkach” i która jednocześnie byłaby „opowieścią pełną inwencji, żartobliwą, z założenia optymistyczną, nade wszystko zaś chyba poetycką, gdyż poezja zawsze zjawia się tam, gdzie człowiek żyje w zgodzie z naturą”.

Choć takie myślenie o relacjach poezji i natury uważam za anachroniczne, rozumiem intencję twórcy: chce pokazać swoją bohaterkę jako uważną obserwatorkę, która spoglądając w niebo, czuje rytm świata pulsujący w niej samej, a patrząc w taflę wody, rozpoznaje własną twarz. Trudno o bardziej wymowne ujęcie narodzin świadomości, która – zdaniem twórców komiksu – wyznacza horyzont człowieczeństwa, o czym przekonuje nas również motto: „Egzystencja pozbawiona świadomości jest pozbawiona sensu”.

Mam wrażenie, że autorzy nie dostrzegają żadnych niebezpieczeństw w tak ustawionej perspektywie, mimo że przecież badacze historii zwierząt, emancypacji, kolonializmu, niepełnosprawności i zdrowia psychicznego z pewnością powiedzieli już wiele o nieludzkich konsekwencjach tego pozornie neutralnego założenia. Kto bowiem decyduje, jaką podmiotowość uznajemy za samoświadomą i czy rzeczywiście brak świadomości (szytej na miarę określonego typu człowieka) oznacza życie w bezsensie? W komiksie pierwsze przebłyski ludzkiej samoświadomości służą dowartościowaniu egzystencji Lucy, która nie opiera się jedynie na walce o biologiczne przetrwanie, ale zawiera też momenty emocjonalnych wzruszeń, trudnych decyzji, zabawy oraz kontemplacji świata. Uczłowieczenie Lucy potęguje również to, że jej historia właściwie rozpoczyna się w momencie oderwania młodej samicy od stada (fabularnie funkcję tę pełni scena ucieczki przed burzą). Tak oto staje się ona prawdziwą bohaterką – a więc wyodrębnionym z grupy indywiduum, którego dalsze (i dodajmy, dramatyczne) losy będziemy śledzić aż do szczęśliwego finału.

A cóż bardziej uczyni z hominidy człowieka, a z człowieka kobietę niż macierzyństwo? Pozwalam sobie w tym miejscu na ironię, bo oglądanie pierwszej człowiekowatej sprzed ponad 3 mln lat, która zachowuje się niemal jak idealna matka z poradników „bliskiego rodzicielstwa”, wydało mi się naukowo wątpliwe i wyobraźniowo rozczarowujące. Supermacierzyństwo Lucy realizowane w izolacji od grupy i oparte na czułości, samopoświęceniu, totalności i instynktowości odwołuje się do relatywnie młodego konstruktu kulturowego, będącego – jak pokazywała choćby Adrienne Rich w książce Zrodzone z kobiety. Macierzyństwo jako doświadczenie i instytucja – owocem wczesnokapitalistycznego, mieszczańskiego społeczeństwa Zachodu. Wpisuje się on również w ramy doskonale znanej „opowieści heroicznej”, z której wariantów utkana została wielka narracja o ewolucji i podboju Ziemi przez człowieka.

Widzimy to tym wyraźniej, że heroiczna her–story rozwija się tu równolegle z heroiczną his–story. Twórcy komiksu od początku przeplatają wątki młodej matki walczącej o życie swojego syna z wątkami młodego samca Adama (jakżeby inaczej), który po konflikcie z przywódcą swojego stada również wyrusza samotnie w świat. Podąża w ślad za Lucy, z ciekawością przyglądając się jej zabawom z dzieckiem i podziwiając jej spryt w pokonywaniu drapieżników. Z czasem odkrywa, że chce otoczyć tych dwoje opieką, i rzeczywiście, w krytycznym momencie, gdy Lucy sądzi, że straciła już swoje małe, Adam właśnie z ukrycia przynosi jej pożywienie, odpędza wrogów. Czy zaskoczeniem jest, że kiedy wreszcie bohaterka spotka swoje stado, zdecyduje się je porzucić i odejść w nieznane wraz z (ewolucyjnie bardziej rozwiniętym) Adamem?

Choć cenię sobie „żartobliwość” i „optymizm”, do którego odwołują się twórcy, to myślę, że zmarnowali świetną okazję, by inaczej niż antropocentrycznie i patriarchalnie opowiedzieć o początkach historii człowieka. Bez tych klisz, które anachronicznie projektują przeszłość według modeli życia intymnego i społecznego, obowiązujących tu i teraz. Musieliby jednak zrezygnować z przyjętej tu konwencji heroicznego (i zarazem romansowego) opowiadania o prehistorii, pełnej spektakularnych walk, bijatyk, uderzeń, ugryzień, wyłupywania oczu, drapieżnictwa (mimo że australopiteki były roślinożerne), które dla równowagi łączone są z obrazami nieznośnie wręcz sentymentalnej czułostkowości.

Mimo konsultacji naukowych Lucy. Nadzieja wydaje mi się fałszywie zuniwersalizowaną opowieścią o narodzinach nuklearnej rodziny, która na tle stadnego życia „istot przedludzkich” pełni funkcję bramy do świata „pełnoprawnego człowieka” (to określenia twórców). Czarowność, cudowność i liryczność twórców komiksu, które tak zachwala Coppens, mimo epickiej i rzeczywiście uwodzącej barwności realistycznych rysunków Liberatore, właściwie niczym nie zaskakują i prowadzą ostatecznie w stronę konstruowania kolejnej fantazji na temat dzikiej pierwotności, z której się wywodzimy.


Tanino Liberatore, Patrick Norbert Lucy. Nadzieja tłum. Krzysztof Umiński, Kultura Gniewu, Warszawa 2023, s. 96

Artykuł pojawił się w numerze: Najlepsze miejsce do życia