Subskrybuj
Amerykański sen o idealnym małżeństwie. Reklama z 1945 r. fot. Graphica Arts / Getty
Amerykański sen o idealnym małżeństwie. Reklama z 1945 r. fot. Graphica Arts / Getty
Dziennikarka, reporterka i ekspertka ds. komunikacji. Publikuje m.in. w „Krytyce Politycznej”, „Tygodniku Powszechnym” oraz Miesięczniku ZNAK

Nie wierzmy w drużynę pierścienia

Pamiętajmy o dwóch kluczowych dla szczęśliwego związku zasadach: sprawiedliwie nie znaczy po równo, a tam, gdzie rządzi racja, nie ma relacji. Czy ja potrzebuję partnera, partnerki żeby udowodnić, iż jestem mądrzejszy, że lepiej coś zrobiłem? Nie, to nie buduje relacji, tylko moje samozadowolenie.

Przychodzę do Pana z pytaniem, co to właściwie znaczy żyć razem długo i szczęśliwie. W bajkach i komediach romantycznych wszystko kończy się na tym krótkim stwierdzeniu. Nie jest nam dane zobaczyć, jak to w praktyce funkcjonuje. 

Może to lepiej, bo wtedy przestraszylibyśmy się, jak wiele pracy i wysiłku wymaga dobry, żywy i zdrowy związek dwojga ludzi, i wzięlibyśmy nogi za pas. A poważniej mówiąc, może rzeczywiście to pomogłoby nam przestać karmić się uproszczonymi i infantylnymi wizjami miłości, które w najlepszym razie zatrzymują się na romantycznych początkach.

Zacznijmy więc od tego początku. Czym w psychologii jest właściwie miłość?

Definicji miłości może być niezwykle dużo, w zależności od rodzaju szkiełka i oka, które przykładamy. Nie tylko psychologia ma problem z dokładnym określeniem istoty miłości, również w codziennym życiu trudno nam czasami opisać, czym ona jest. Jedni mówią, że to motyle w brzuchu, inni – że erotyczne przyciąganie, jeszcze inni – że to „życiowa powinność między kobietą a mężczyzną”, a jeszcze inni, że zaangażowanie i wspólna historia życia.

To, jak rozumiemy miłość, zmieniało się na przestrzeni wieków.

Sto lat temu miłość była wtedy, kiedy on ją utrzymywał, a ona rodziła mu dzieci. Ludzie, którzy doświadczyli traumy Holokaustu czy przeżyli II wojnę światową, w swych pamiętnikach często zaznaczali, że miłość jest wtedy, gdy ma się dom – choćby to było tylko jedno pomieszczenie – kiedy jest tam ciepło, ma się co jeść i mieszka się z człowiekiem, który daje nam bezpieczeństwo albo nas nie zabije.

Odmienne są definicje miłości w różnych kulturach. Wschodnie, nastawione na kolektywizm, rozumieją miłość jako tworzenie wspólnoty bliskich ludzi, działanie na ich rzecz. Zachodnie, nastawione na indywidualizm, często uznają, że miłość jest wtedy, gdy ja jestem szczęśliwy, spełniony, rozwijam się, wzrastam, ktoś mnie upiększa, podnosi. Możemy też patrzeć na miłość jako pewien proces neurofizjologiczny, związany z taką, a nie inną biochemią mózgu.

Bogdan Wojciszke w Psychologii miłości pisze, że składa się ona z trzech elementów: namiętności, intymności i zobowiązania. Który z nich jest najistotniejszy?

Nie ma jednego najważniejszego. W trakcie życia, roku, miesiąca, czasami nawet tygodnia zmieniają się nasza optyka, potrzeby, cele. Bardzo młode osoby powiedzą pewnie, że namiętność jest najważniejsza. To konstelacja silnych emocji, często towarzyszy jej pobudzenie fizjologiczne. Pocą się nam ręce, szybciej bije serce, przyspiesza oddech, zmienia się głos. W filmach romantycznych, o których przed chwilą wspomnieliśmy, widać głównie namiętność. To wszystko jest bardzo widowiskowe i wdzięczne do przedstawienia na ekranie. Namiętność ludzi zachwyca, co pokazał chociażby ogromny sukces filmu Titanic, jednak w realnym życiu szybko rośnie, ale i szybko opada. W kinie ciężko oddać inne, mniej widowiskowe elementy miłości, takie jak intymność, bliskość emocjonalna, zaangażowanie.

Namiętność może przerodzić się w coś głębszego.

Z niej zwykle powstaje intymność – poczucie dużej bliskości, nie tylko fizycznej, lecz też porozumienie dusz, głębokie zrozumienie, zaufanie, wspólne cele życiowe. Można powiedzieć, że intymność to pozytywne uczucia i działania, które wywołują przywiązanie, bliskość i wzajemną zależność partnerów.

Jak intymność przejawia się w codziennym życiu dobrej pary?

Każdy związek może wypracować swoje gesty, rytuały. Tym, co je łączy, jest pragnienie dbania o dobro partnera, szacunek do niego, przeżywanie z nim i z jego powodu szczęścia, poczucie, że można na niego liczyć w potrzebie, wzajemne zrozumienie, dzielenie się przeżyciami i dobrami, wymiana intymnych informacji.

Z intymności wypływa z kolei zaangażowanie i zobowiązanie. Ono rodzi się z poczucia, że jest nam ze sobą dobrze, że jesteśmy dla siebie kimś wyjątkowym. Pojawia się głębokie zaufanie, wtedy często decydujemy się na wspólne kroki, np. posiadanie dzieci czy wzięcie kredytu, spędzenie razem życia, stawianie czoła wyzwaniom, przeciwnościom, które albo sami wywołamy, albo i tak przyjdą. Nie ma więc ważniejszych i mniej ważnych elementów miłości – w związku kompletnym potrzebny jest każdy z nich.

Jednak nawet w związku kompletnym i szczęśliwym chyba zdarza nam się tęsknić za większą namiętnością?

Warto się temu przyjrzeć, bo to może być pierwszym objawem kryzysu.

Oczywiście w długotrwałym związku poziom namiętności jest mniejszy niż na początku. To trochę tak jak z substancjami psychoaktywnymi – kawą, alkoholem, narkotykami. Pierwszy strzał jest najmocniejszy i najwspanialszy, a później się przyzwyczajamy, a żeby coś poczuć, potrzebujemy większej dawki. W psychologii poznawczej również mówimy o habituacji, czyli przyzwyczajeniu się do bodźca. Kiedy długo siedzimy w smrodzie, przestajemy go czuć lub czujemy słabiej. Gdy długo jesteśmy głodni, nasz organizm się przyzwyczaja. Podobnie dzieje się w związku – coraz bardziej przyzwyczajam się do partnera, partnerki i tego, co wywołuje ekscytację. Na początku dotyk, pocałunek wysyłają nas w stratosferę uniesienia. A po latach?

Mocniejszym bodźcem wywołującym namiętność może stać się ktoś inny, nowy…

Z kimś nowym dużo łatwiej uzyskać neurochemiczny stan mózgu tożsamy z namiętnością. Jednak ktoś nowy po czasie też stanie się w jakiejś mierze „stary”, oswojony. Mechanizm habituacji zadziała ponownie.

Czyli w długotrwałym związku nie można przywrócić namiętności do poziomu podobnego z początków znajomości?

Do psychoterapeutów często zgłaszają się pary chcące wzbudzić na nowo namiętność. To jest do zrobienia – przecież już kiedyś ich łączyła, tylko wtedy wszystko działo się niejako automatycznie. Teraz trzeba nad tym popracować.

Trudno jednak powiedzieć, czy da się namiętność przywrócić do początkowego poziomu. To tak jakby porównywać dwie rzeki. Jedna i druga ma wodę, jedna i druga płynie. Namiętność na początku dzieje się sama, ale to nie znaczy, że nie możemy do niej wrócić.

Z pewnością jednak brak satysfakcji seksualnej – a z nią namiętność się wiąże – jest jednym z najsilniejszych destruktorów w związkach miłosnych.

Przekaz z romantycznych filmów jest taki, że to wszystko powinno dziać się samo. Naturalnie i automatycznie. Jeśli tak nie jest, może „to nie jest to”.

Bycie razem długo i szczęśliwie to szalenie ciężka praca do końca życia. Jeżeli jedna z dwóch osób w parze nie chce tego robić, to związek staje się niemożliwy. Zawsze powtarzam: nie wierzmy w drużynę pierścienia. Przekonanie, że gdy wziąłem ślub czy od lat jestem w związku, to mam wszystko załatwione, jest bardzo zgubne. Nawet nierozerwalność węzła małżeńskiego jest warunkowa, jest celem, do którego dążymy, ale nie jest faktem. Obrączka czy pierścionek przed niczym nas nie chronią i niczego nie gwarantują. Porównajmy to do kręgosłupa. Z wiekiem kręgosłup się psuje. Ortopedzi mówią, że nie ma ludzi zdrowych, są tylko niezdiagnozowani. Podobnie jest w związku – albo już mamy różne kłopoty, albo będziemy je mieli. Chodzi o to, żebyśmy starali się poprawnie siedzieć, uprawiać sport, co pewien czas wstać, przeciągnąć się. Pamiętać o czynnościach, które zapewnią nam względne zdrowie i dobre funkcjonowanie.

Psychologia miłości uczy, że potrafimy miłość pięknie zbudować, utrzymać lub zniszczyć. Mamy wszystkie trzy opcje przed sobą. Po „żyli długo i szczęśliwie” jest wielokropek, a po nim: „i strasznie się przy tym napracowali”.

Psychologia miłości wyróżnia sześć etapów związku: zakochanie, romantyczne początki, związek kompletny, związek przyjacielski, związek pusty i rozpad. Czy to zawsze musi się tak zacząć i skończyć?

Można zatrzymać się na pełnym, wysyconym namiętnością, intymnością i zobowiązaniem związku. Końcem może być dopiero śmierć jednego z partnerów albo koniec świata. Nie jest tak, że gdy przeżywamy romantyczne początki, musimy już myśleć o związku pustym czy jego rozpadzie. Śmierć akurat każdy i każda z nas ma gwarantowaną, pusty związek nie.

Chciałbym zastrzec, że etapy związku wyróżnione w psychologii miłości bardzo porządkują wiedzę – psychoterapeutkom, pacjentom, studentom – ale trudno się je mierzy. Badania psychologiczne mają ten mankament, że opierają się na kwestionariuszach i są deklaratywne. Ludzie mówią więc to, co im się wydaje na temat własnych przeżyć, w dodatku oceniając swoją przeszłość. Częścią natury ludzkiej jest zaś to, że chcemy widzieć się w lepszym świetle, trudno nam zauważyć własne błędy, za to dokładnie widzimy potknięcia innych. To nie znaczy, że kwestionariusze są złe. Chcę tylko powstrzymać czytelniczki i czytelników przed ich wyciąganiem i mierzeniem sobie, gdzie teraz w swoich związkach są. Czy to związek kompletny, czy jednak pusty? Czy to romantyczne początki, czy wciąż zakochanie? Można to zrobić na dobrej psychoterapii par, jeżeli chcemy z jakiegoś powodu się temu przyjrzeć, jednak nie da się tego załatwić w pięć minut czy podczas jednej sesji.

Dwoma najważniejszymi wyznacznikami dobrego związku są chyba zaangażowanie, czyli pewnego rodzaju wzajemność w świadczeniu sobie dobra, oraz empatia – umiejętność wczucia się w położenie partnera, jego emocje, uczucia i to, co w danej chwili przeżywa. Tutaj pojawia się kwestia sprawiedliwości. Bywa, że mamy poczucie, iż w naszym związku brakuje równomierności czy wzajemności, i to zaczyna uwierać. Jak można sobie z tym poradzić?

Zdać sobie sprawę, że zawsze nas to dopadnie, i przestać z tym walczyć.

Amerykański psycholog społeczny Leon Festinger stworzył teorię porównań społecznych, która dobrze pokazuje, że ludzie mają wrodzoną skłonność do oceniania samych siebie, a jednym ze sposobów, który do tego wykorzystują, jest porównywanie się do innych. Zawsze będziemy to robić – czy to w pracy, wśród znajomych czy w związku. Jednocześnie badania pokazują, że w bliskich związkach przeszacowujemy własne działania na rzecz relacji, a nie doszacowujemy działań partnera / partnerki. W jednym z badań poproszono pary, by procentowo oceniły swoje zaangażowanie w różne obowiązki domowe. Upraszczając, wyszło, że wielu z nich oceniło własną aktywność na więcej niż 100%, a to przecież niemożliwe. Za to nie doceniało czy nie pamiętało aktywności partnera, partnerki.

Da się jakoś pracować nad tą optyką?

Dziękujmy drugiej stronie za to, co robi. Zauważajmy to i wypowiadajmy na głos. „Dziękuję ci, że uczysz mnie być lepszym ojcem”, „Dziękuję, że uporządkowałaś rzeczy w garażu, teraz mamy więcej miejsca” itd. Jeżeli nie mówimy, to nie zapamiętujemy działań drugiej osoby i później trudniej wydobyć z głowy to, że ona „coś robiła”.

Pamiętajmy też o dwóch kluczowych dla szczęśliwego związku zasadach: sprawiedliwie nie znaczy po równo, a tam, gdzie rządzi racja, nie ma relacji. Czy ja potrzebuję partnera, partnerki żeby udowodnić, iż jestem mądrzejszy, że lepiej wiedziałem, zrobiłem? Nie. W związku chodzi o to, żebyśmy dobrze się ze sobą czuli.

Na dłuższą metę zwykle pragniemy, by nasz partner odwzajemniał poniesione przez nas wysiłki. Niekoniecznie natychmiast i nie w tej samej postaci. Jeżeli ktoś od dłuższego czasu czuje, że w związku brakuje wzajemności, to ma o tym nie rozmawiać, dusić odczucia i założyć, że przeszacowuje swoje zaangażowanie, a nie docenia wkładu partnera?

Pani pytanie zawiera w sobie odpowiedź. Szalenie ważna jest rozmowa, a my po jakimś czasie przestajemy w związkach rozmawiać i od tego zaczynają się problemy.

Weźmy relację z dzieckiem: rozmawiamy z nim godzinami na najbardziej błahe tematy: Co było na deser? Jak było na leżakowaniu? Co tam widzisz? I sami opowiadamy mu mnóstwo rzeczy. Między innymi na tym polega zaangażowane rodzicielstwo. Podobnie powinno być w relacji miłosnej.

Siadajmy wspólnie do stołu, jedzmy posiłek i rozmawiajmy choćby o błahostkach, ale na nich też buduje się mocna więź. Tak jak przy dziecku niech to nie będzie puste odpytywanie, tylko wewnętrzna chęć dowiedzenia się czegoś o tym, co partner przeżywa. Gdy czujemy, że w naszych związkach gubimy wzajemność, to nie musimy od razu iść na psychoterapię, ale spróbujmy szczerze porozmawiać. Powiedzieć partnerowi czy partnerce, co czujemy i dlaczego. Przecież już tak robiliśmy, w romantycznych początkach.

Brzmi łatwo, jednak w praktyce mamy z tym chyba ogromny problem. Boimy się odrzucenia lub niezrozumienia, ataków i oskarżeń.

Dużo zależy od tego, jak powiemy. „Seks z tobą jest jak z emerytem” nie jest najlepszym pomysłem, ale już „Mam poczucie, że ostatnio unikasz seksu, i jest mi z tym źle” brzmi uczciwiej. „Przykro mi, bo czuję, że ostatnio zaniedbujesz nasz związek, zapominając o naszym wspólnym czasie” jest lepsze niż: „Chyba masz autyzm i nerwicę bo jesteś wyprany z empatii”. Bezpieczną formułą jest mówienie, jak ja czuję się z tym, co ty robisz.

Ale mówmy sobie też o dobrych rzeczach, o tym, że wszystko jest w porządku, o wdzięczności i podziwie. Gdy powiem kobiecie, że ma piękne ciemne oczy, to nie tylko jej zrobi się miło. To zmienia również mnie, bo dostrzegam drugą osobę, poświęcam jej uwagę i czas, otwieram się na nią.

Nasze pokolenia wyrastały w kulturze, w której rodzice nie rozmawiali z nami o tym, co czują, co my czujemy. Nikt nie uczył nas rozmawiać o bliskich związkach, nawet między rodzicem a dzieckiem, a co dopiero o związkach miłosnych. To się na szczęście zmienia, ale przed nami jeszcze dużo pracy.

Pod tym względem rośnie przepaść między kobietami a mężczyznami. Kobiety są prędzej czy później pozytywnie trenowane w rozmowie o emocjach, potrzebach i uczuciach, tym, co ich zachowanie robi innym, wspólnocie. Chłopcy są uczeni zadaniowości, skuteczności i tego, by emocji nie okazywać.

Wspomniała Pani wcześniej o empatii. Gdy ludzie mówią o przyczynach rozpadu bliskich związków, często relacjonują je jako pustynię uczuciową. Ona zaczyna się od utraty istniejących kiedyś, prawdziwych rozmów. Czasami bardzo głębokich – jak nam jest ze sobą w łóżku, a czasami płytkich – co cię spotkało dzisiaj w pracy. „Zawieź dzieci do szkoły”, „O której odbierasz auto od mechanika?” – to nie rozmowa, to wymiana komunikatów jak z automatem biletowym. Gdy nasza interakcja ogranicza się do nich, to zaczynamy na siebie patrzeć jak na znak drogowy. Jeśli latami nie rozmawialiśmy szczerze o tym, co dzisiaj w pracy, to jak mamy dyskutować o tym, jak jest nam ze sobą w łóżku? Ważne jednak, by w dyskusjach dopuszczać myśl, że mogę nie mieć racji, i też nie szukać obiektywnej racji za wszelką cenę.

Pamiętam, że moja babcia często powtarzała powiedzenie: „Od miłości do nienawiści jeden krok”. Trzeci album Leonarda Cohena nosi zaś tytuł Songs of Love and Hate. Niektóre osoby relacjonują, że po jakimś czasie trwania związku czują, iż partner, partnerka zaczął ich wkurzać, mają ochotę go udusić, nie cierpią go. Dlaczego tak się dzieje?

To, że kocham, nie oznacza, iż zawsze mam tylko pozytywne emocje. Może pojawić się myśl: „Nie znoszę go”. Takie emocje i uczucia są naturalne, nie muszą oznaczać końca miłości.

Znowu odwołam się do relacji rodzic–dziecko. Gdy patrzę na swoją pociechę, to nie zawsze z zachwytem i największą miłością. Czasami mogę chcieć to dziecko zabić (a ono mnie), oczywiście w przenośni. Nie planuję zbrodni, lecz chwilowo chcę, by ono na chwilę zniknęło, zapadło się pod ziemię.

Podobnie jest w związkach miłosnych. Kocham, ale w danym momencie mogę nie lubić, czuć niechęć. Takie mieszane uczucia w określonych momentach nie muszą być złe. Mogę wkurzyć się na partnera, bo zrobił czy powiedział coś, co mnie uraziło, sprawiło przykrość, co nam w jakimś sensie zaszkodziło czy było nie po mojej myśli.

Oczywiście, jeśli momenty dużej niechęci się powtarzają i przewyższają dobre chwile, to może być też sygnał głębszego kryzysu w relacji. Jak już tylko nienawidzę, to związku nie ma.

Miłość i nienawiść są w jakimś sensie podobne?

Spójrzmy na nasze ciało. Ono identycznie kocha i się boi. Mam na myśli reakcje fizjologiczne. Reakcja na coś ekscytującego i bardzo miłego jest podobna do tej wynikającej ze strachu. Zobaczmy, jak to opisują w harlequinach. On spojrzał na nią, ugięły się pod nim nogi, zaczął się pocić, przyspieszył mu oddech, zaczęły trząść się ręce i wydusił z siebie: „O rany boskie, jaka jesteś piękna”. W strachu jest dokładnie to samo: uginają się pode mną nogi, trzęsą ręce. Ciało mówi nam, że miłość i nienawiść, ekscytacja i strach są niezwykle blisko siebie, a my czasem mylnie je odczytujemy. Ale one nie muszą być wykluczające się, te uczucia mogą się przenikać.

Są badania psychologiczne pokazujące, że w chwilach strachu łatwiej się zakochujemy. Jan Nowak- -Jeziorański poznał swoją żonę w lokalu konspiracyjnym. Gdyby weszło tam gestapo, to byłaby śmierć na miejscu. Mamy też wspomnienia Edelmana, który mówił, że w getcie kwitła miłość. W śmiertelnym zagrożeniu, w jądrze ciemności ludzie się zakochiwali, brali śluby. Początkowo psychoterapeuci z nurtu psychoanalitycznego myśleli, że chodziło o lęk przed śmiercią, że ci ludzie chcieli przejść przez Bramę Piotrową z kimś pod rękę. Nie, oni się naprawdę kochali, naprawdę uprawiali seks – tego chcieli i w ogromnej mierze strach temu sprzyjał.

Uczuciową ambiwalencję czy nagłą zmianę odkrywamy też w sobie, gdy np. zostaliśmy porzuceni. Z wielkiej miłości nagle zaczynam nienawidzić. Ukochana / ukochany staje się moim największym wrogiem.

Zastanawiam się, jak style przywiązania, czyli rodzaje bliskiej więzi, które wykształciliśmy w dzieciństwie z najważniejszym opiekunem, wpływają w dorosłym życiu na związki miłosne. Czy muszą być determinujące?

Gdy poznawałem teorię stylów przywiązania, to początkowo jej nie lubiłem. Uznawałem, że to zbyt psychoanalityczne podejście, zakładające nieuświadomione przyjmowanie czegoś z rodzinnego domu. Nie da się jednak ukryć, że style przywiązania istnieją i wpływają na nasze relacje, i nabrałem pokory do tej koncepcji. Czy je determinują? Pewnie tak, ale jeśli robią to w sposób szkodliwy czy krzywdzący, możemy nad nimi pracować.

Mówiąc w dużym uproszczeniu, łatwiej nam, gdy nasz partner ma ten sam styl co my, i najlepiej, kiedy jest to styl bezpieczny, czyli gdy czuję się pewnie w relacji, nie mam poczucia zagrożenia, gdy partnera akurat przy mnie nie ma, wiem, że nadal mnie kocha, że mnie nie skrzywdzi i nie chce dla mnie źle. Nie muszę być niezdrowo zazdrosny, nie muszę bić każdego mężczyzny, który spojrzy na mojego partnera czy moją partnerkę, nie muszę kontrolować jego / jej telefonu. Piękną, szeroką definicją stylu bezpiecznego jest Hymn o miłości św. Pawła.

Warto sobie uświadomić, że to nie jest tak, iż rodzice świadomie nas krzywdzą. Często przekazują nam coś, co sami przejęli od swoich rodziców. Pewna nerwowość, przyciąganie, a zaraz później odpychanie, niedostatek uwagi itp. – to wszystko nie musi być tragedią w późniejszym życiu, choć oczywiście może odciskać ślad. Czasami warto uświadomić sobie style przywiązania i schematy wyniesione z domu na dobrej psychoterapii. Nie tylko dla partnera czy dla związku, ale dla samego siebie. Zwłaszcza wtedy, gdy czujemy, że utrudniają nam życie. Nie możemy zmienić genów, lecz style przywiązania tak.

Czy to prawda, że często dobieramy się właśnie w sposób, który komplikuje relację? Na przykład osoba o lękowym stylu przywiązania lgnie do kogoś o unikającym i tym sposobem fundują sobie błędne koło przyciągania-odpychania, uczuciową sinusoidę?

Jestem psychologiem społecznym szanującym badania, a nie wizje pojedynczych (czasem mądrych) osób, więc rozważania dotyczące nieuświadomionych rzeczy są dla mnie kłopotliwe, bo niemierzalne. Z badań bardzo mało wiemy o nieświadomości, o podświadomości, o tym, co jest suboptymalne. Takie teorie mogą mieć moc filozoficzno- -psychoterapeutyczną, jednak nie da się ich zbadać.

Co w takim razie decyduje o tym, jak łączymy się w pary, co nas najbardziej w sobie pociąga?

Na ten temat istnieją dwie przeciwstawne koncepcje, które wcale się nie wykluczają. Mowa o podobieństwie i komplementarności, czyli uzupełnianiu się, a potocznie mówiąc, przyciąganiu się przeciwieństw.

Zacznijmy od podobieństwa. Zachęcam wszystkich do pewnego eksperymentu. Proszę wpisać w wyszukiwarkę „fotografia ślubna”. Proszę nie przeglądać sponsorowanych treści, tylko przescrollować dalej i otworzyć 10 niesponsorowanych linków do zdjęć wybranych ślubnych par. Zaręczam, że zauważymy, iż ludzie są do siebie niezwykle podobni. Bardzo rzadko mamy do czynienia z dużą różnicą wieku, znaczącą różnicą w atrakcyjności, wadze ciała itd. Zwykle dobieramy się na zasadzie podobieństwa. Klasyczne już badania, np. Roberta Zajonca, pokazują, że bardzo upodabniamy się też do siebie w czasie trwania związku. Czyli to podobieństwo nie dość, że nas wiąże, to jeszcze później się pogłębia.

Lecz komplementarność, czyli różnienie się w rozmaitych sprawach, też nas pociąga. Gdy jestem bardzo spokojny, a ona ekstrawertyczna, to bywa pociągające, oferuje mi coś zupełnie innego, czego nie znam.

Co w takim razie jest ważniejsze w dobieraniu się w pary, podobieństwo czy różnica?

Najprawdopodobniej jest tak, że w rzeczach kluczowych musimy być podobni.

Kluczowych, czyli? Wspólne wartości?

Tak, i przekonania, jak np. co jest celem życia, czy chcemy mieć dzieci czy nie, czy i w co wierzymy, co jest dla nas ważne. Jeżeli dla mnie kluczowe są pieniądze, a dla Pani wiara religijna, to raczej nie stworzymy długotrwałego i szczęśliwego związku. Nie dość, że to samo musi być dla nas ważne, to musi stać jeszcze na podobnym miejscu w hierarchii wartości. Jednak tych najważniejszych zmiennych jest niewiele. W innych, mniej istotnych sprawach, jak np. hobby, podejście do pracy czy porządku, możemy się pięknie różnić.

Tutaj warto jeszcze wspomnieć o efekcie Romea i Julii, czyli o tzw. zakazanym owocu. Kiedyś z moją magistrantką panią Karoliną Poniatowską zbadaliśmy presję społeczną. Początek lat 2000., Warszawa, wtedy dużo mniej inkluzywna niż teraz. Badaliśmy pary, kobiety i mężczyzn, które były w romantycznych początkach znajomości. Sprawdzaliśmy, kiedy wezmą ślub. Okazało się, że śluby brały te pary, na których ciążyła ogromna presja społeczna, otoczenia i rodziny, która mówiła, że nie powinni się spotykać. To były Polki o białym kolorze skóry, które spotykały się z czarnoskórymi piłkarzami. Czy czynnikiem decydującym na pewno były strach i zewnętrzne przeciwności? Nie wiemy tego na pewno, ale wyniki na to wskazywały.

W Polsce jest już ponad 7 mln singli, a w 2021 r. rozwiodło się 61 tys. par. Jednocześnie mam wśród znajomych osoby – to są zwłaszcza kobiety – które mimo długotrwałego poczucia, że w ich związku od dawna brakuje namiętności, intymności, szacunku, rozmów i wspólnych aktywności dających radość, wciąż w nich tkwią. Mówią: „Od dawna jesteśmy tylko współlokatorami. Ale nasz związek trwa 10 lat. Mam teraz przekreślić cały ten czas?”.

Byłbym ostrożny w biciu na alarm, że rosnąca liczba rozwodów to dowód na kryzys małżeństwa. W bliskich związkach najważniejsze jest szczęście. To, że ludzie się rozwodzą, może oznaczać powrót do niego. Kiedyś zostawali w złych związkach, bo np. bali się oceny otoczenia. Tkwili w nieszczęściu czy nienawiści do grobowej deski.

Robert Cialdini dobrze pokazał regułę zaangażowania i konsekwencji, która działa również w długotrwałych relacjach. Jeśli przez długi czas inwestujemy w coś czas, energię i zasoby, to uznajemy, że to musi mieć sens. Nawet jeśli ludzie z zewnątrz mówią nam: „Ten związek cię niszczy, nie powinieneś w nim być”, trudno nam to przyjąć i się z tym pogodzić, bo dużo zainwestowaliśmy i nie chcemy się wycofać, bo to by oznaczało przyznanie, że źle zainwestowaliśmy.

W dodatku istnieje ogromna presja społeczna na romantyczne związki, dotyczy ona zwłaszcza kobiet. Z jej powodu często uznają, że lepiej być z kimkolwiek niż samą. Tak się wychowuje dziewczynki. Zobaczmy, jak określamy wolne kobiety, które skończyły np. 35 lat – teraz coraz częściej singielkami, ale w wielu środowiskach to wciąż „stare panny”. A jak się mówi o wolnym mężczyźnie? Wolny duch, wolny strzelec, artysta.

Z tymi rozstaniami to na dwoje babka wróżyła. Nie ma złotej reguły. Teoretycznie rozwieść się zawsze zdążymy, lecz jeżeli jedna z osób nie chce pracować nad związkiem, nie chce go naprawiać, od lat nic się nie zmienia lub czujemy się w nim samotni, to może trzeba wyprowadzić sztandar, a ostatni niech zgasi światło. Mit romantycznej miłości bywa szkodliwy. Poczucie więzi, bycia w relacji nie musi pochodzić od romantycznego partnera. Nie chcę zniechęcać do romantycznej miłości, bo ona ma gigantyczną wartość. Ale nie tylko ona ją daje. Rzecz w tym, abyśmy dostrzegli, że inne relacje nie muszą być mniej ważne, też mogą dać nam poczucie szczęścia, spełnienia i przynależności.


Wojciech Kulesza Dr hab., prof. Uniwersytetu SWPS, psycholog społeczny. Zajmuje się psychologią miłości, zjawiskiem mimikry i nierealistycznym optymizmem

Artykuł pojawił się w numerze: Nowa sztuka miłości