Subskrybuj
Justyna Bargielska Ilustracja: Aleksandra Stanglewicz
Justyna Bargielska Ilustracja: Aleksandra Stanglewicz
Poetka, prozaiczka. Dwukrotnie otrzymała Nagrodę Literacką Gdynia – za tom Dwa fiaty (2009) oraz książkę prozatorską Obsoletki (2010). Ostatnio opublikowała Pij ze mną kompot (2021)

Jak rozkwitnąć

Regułą miłości, którą wyniosłam dla siebie z książki Lucy Maud Montgomery, jest przeświadczenie, że nie warto czekać na czyjeś oświadczyny. Jeśli chcesz kogoś poślubić, oświadcz się pierwsza.

Od mojego pierwszego epizodu miłosnego – nazywam to epizodem, tak jak mówi się o epizodach maniakalnych lub epizodach depresyjnych, bo widzę w tych wydarzeniach dość podobną dynamikę – minie w lipcu tego roku 36 lat. W ciągu tych 36 lat podobnych epizodów miałam niezliczoną ilość i nabyłam w ich przebiegu szereg miłosnych umiejętności praktycznych, teoretyczna wiedza jednak, z jaką przystępowałam jako dziesięciolatka do mojej pierwszej prawdziwej miłości, nadal w przeważającej części bazuje na Błękitnym zamku Lucy Maud Montgomery.

W moim wydaniu (Nasza Księgarnia, 1985) nie ma ani słowa o tłumaczu, jest tylko informacja, że tekst przygotowano na podstawie edycji z 1926 r. Ktokolwiek jednak spolszczył Błękitny zamek jako pierwszy, wyświadczył – w mojej ocenie – przysługę tekstowi, spolszczając również, w sposób dość swobodny, imiona dwojga głównych bohaterów. O ile jeszcze pewnie jako dziecko przełknęłabym Valancy Jane zamiast Joanny, o tyle raczej na pewno jej ukochany Barney nie znalazłby drogi do mojego prywatnego błękitnego zamku, tak jak to zrobił bez trudu charyzmatyczny i chmurny Edward w polskiej wersji powieści.

Zatem: Joanna i Edward. Joanna jest dobiegającą trzydziestki, brzydką, zakompleksioną, stłamszoną przez rodzinę starą panną. Edward mieszka samotnie na wyspie, ma głośny samochód i reputację Sinobrodego. Joannę coś kłuje w okolicy serca, idzie więc do lekarza. Lekarz diagnozuje u niej śmiertelną chorobę: ma przed sobą najwyżej rok, a i to jeśli nie będzie sobie pozwalać na silne wzruszenia. Na Joannę działa to, jak się nietrudno domyślić, wyzwalająco: w teatralnym stylu opuszcza dom rodzinny, aby po szeregu nieco nadszarpujących jej reputację perypetii oświadczyć się Edwardowi, w którym oczywiście zdążyła się do szaleństwa zakochać. Mimo niejakiego zdziwienia Edward żeni się z Joanną, zastrzegając, że z jego strony to tylko przyjaźń. Ale ostatecznie nie jest potworem, żeby umierającej dziewczynie nie udzielić trochę szczęścia. Zamieszkują na wyspie Edwarda i są szczęśliwi jak byki. Do czasu: gdy podczas spaceru rzemyk z trzewika Joanny utyka w torowisku i w ostatniej chwili Edwardowi udaje się ją uratować przed pędzącym pociągiem, sytuacja robi się niezręczna, bo w myśl diagnozy Joanna powinna paść na tych torach trupem. Joanna ucieka od męża straszliwie zawstydzona, że naciągnęła gościa na śmiertelną chorobę, tymczasem mąż orientuje się, że się we własnej żonie dość nieszczęśliwie – wszak właśnie odeszła – zakochał. Kilka stron soczystej dramy i wszystko kończy się więcej niż szczęśliwie: po drodze Edward okazuje się nie tylko dziedzicem potężnej fortuny, ale i autorem ukochanych przez Joannę książek przyrodniczych. Takie oto fortunne kombo. A jaka jest zeń nauka dla czytelnika? Jest tych nauk co najmniej kilka.

Po pierwsze, kobiety znacznie zyskują na pięknie, zrozumiawszy swoją śmiertelność i dostrzegłszy, że perspektywa końca jest bliższa, niż się wydawało.

Jest w powieści scena, w której Joanna, już po otrzymaniu listu z druzgocącą diagnozą, wyładowuje swoje emocje na podarowanym jej dawno przez jedną z nielubianych ciotek krzaku róży. Ten krzak nigdy dotąd nie zakwitł, można podejrzewać, że Joanna widzi w nim siebie, swoje 29-letnie jałowe życie, w którym brązowo-tabaczkowa suknia z tafty wyznacza maksimum „strojenia się”, czyli wyrażania siebie ubiorem: barwne jedwabne suknie są zarezerwowane dla kobiet uznanych za piękne. Ogołaca krzak z liści do gołego pnia, przeklina go tak, jak w ewangelicznej opowieści Jezus przeklął nieowocujące drzewo figowe. Kilka rozdziałów później Joanna, która już wie, czym jest miłość, oraz wyobraża sobie, że ma ponadprzeciętne pojęcie o śmierci, odwiedzając swój dawny dom, widzi krzew pokryty „wielkimi, purpurowymi, aksamitnymi kwiatami”. Zarumieniona, w zielonej sukience, sama przypomina różę, która, żeby rozkwitnąć, musiała stawić czoła nieuniknionemu i w tej absurdalnej sytuacji zdecydować się na pełne, aktywne, stuprocentowe życie.

Po drugie, przyroda jest ogromnie istotna w przeżywaniu miłości. Zanim jeszcze wyzwoli Joannę z okowów codzienności zapowiedź rychłego zgonu, dużą pociechę dają jej przyrodnicze książki niejakiego Edwarda Fostera, z których całe urywki potrafi recytować z pamięci. Foster opisuje lokalną przyrodę, nieco ją romantyzując, w sposób bardziej alegoryczny niż relacjonujący, czym doskonale trafia w emocjonalne potrzeby uwięzionej w panieńskim pokoiku Joanny, pokoiku, którego okna nie wolno pod żadnym pozorem otwierać, ozdobionego jedynie dwiema równie przygnębiającymi rycinami: zmokniętym pieskiem na progu zamkniętych drzwi i schodzącą po schodach wymuskaną i zadowoloną z siebie królową Ludwiką. Można się obawiać, że miłość Joanny do natury jest nieco „przeczytana” i czeka ją nieuchronne rozczarowanie „lasami, ptakami i robakami”, ale nie: kiedy zamieszkuje z mężem na jego dzikiej wysepce, to, co przeczytane w książkach, okazuje się tym, co od tej pory dane jej będzie przeżywać. Rzeczywistość spełnia obietnice dane przez literaturę. Swoją drogą, ogromnie żałuję, że Błękitny zamek nie ma swojej wersji nieco śmielszej obyczajowo: Joanna i Edward ogromnie dużo czasu spędzają w plenerze i możemy się tylko domyślać, że znaczną część swojego szczęśliwego pożycia małżeńskiego realizowali poza sypialnią. Cóż, nie będę ukrywać: czytałabym.

Trzecią zaś regułą miłości, którą wyniosłam dla siebie z tej książki, jest przeświadczenie, że nie warto czekać na czyjeś oświadczyny. Jeśli chcesz kogoś poślubić, oświadcz się pierwsza.

Teraz jest to dla mnie rzecz oczywista, co więcej, chyba nie wyobrażam sobie sytuacji odwrotnej, ale 36 lat temu, gdy przechodziłam swój pierwszy epizod miłosny, taki obrót spraw był dla mnie poniekąd zaskakujący. Poniekąd, bo przecież ileż zbędnych klisz dotyczących miłości jesteśmy w stanie pochłonąć w pierwszej dekadzie życia? Na szczęście nie aż tyle, żeby mogło to znacząco wpłynąć na nasz przyszły miłosny modus operandi. W moim przypadku Błękitny zamek pojawił się w idealnym momencie, między panerotycznym dzieciństwem a skierowaną na indywidualny obiekt (i kolejne indywidualne obiekty) nastoletniością, i szczęśliwie ustanowił główne założenia mojego podejścia do miłości, których to założeń trzymam się wiernie do dziś.

Artykuł pojawił się w numerze: Nowa sztuka miłości