Subskrybuj
Rynek Leonarda (ob. Plac Niepodległości) w Łodzi, 1931 r. fot. Archiwum Państwowe w Łodzi
Rynek Leonarda (ob. Plac Niepodległości) w Łodzi, 1931 r. fot. Archiwum Państwowe w Łodzi
Eseista, publicysta, redaktor w Wydawnictwie Czarne, publikował m.in. w „Dwutygodniku”, „Polityce” i „Piśmie”. Autor książki o afektach i złudzeniach w późnym kapitalizmie Moja osoba. Eseje i przygody (2020). Intensywnie pracuje nad książką o Łodzi i okolicach

Łodzimiasto

Wszystkie wielkie industrialne miasta były do siebie podobne i każde było nieszczęśliwe w podobny sposób.

Była Łódź i było miasto. Od urodzenia żyłem w obu tych miejscach – jednocześnie, na przemian, rozmaicie – bo przenikały się one wzajemnie. Bezbłędnie jednak wyczuwałem różnicę, choć nikt z bliskich nie zdradził mi nigdy, dlaczego istnieje i Łódź, i miasto. Musiałem sam mierzyć się z tą anomalią, niewytłumaczalne i dziwne zamieniać w przygodę.

Łódź to Stawy Jana, węże i kotki wytatuowane na ciałach młodych, zbytkujących u brzegu kryminalistów, lodowaty muł rozpuszczający się pod stopami niczym wiosenny śnieg, zapach kanapek z żółtym serem, klubowych i piwa oraz ulatujący w niebo zgiełk szczęśliwej ciżby, którą tu, na południowe, najdalsze peryferie, „nad wodę”, wyganiał skwar lata, nuda lata, letnia duchota, nie do zniesienia w kamienicach i na osiedlach. Miastem zaś było Kąpielisko Fala – kompleks basenów przy dworcu Łódź Kaliska. Prawdziwym kultem otaczano ten z nich, największy, w którym raz na godzinę (bądź pół) generowano sztuczne, hojne fale, dzięki czemu ci, co akurat chcieli, mogli oddać się kilkunastominutowej fantazji, że oto są na Hawajach albo w Kalifornii – i buja nimi pacyficzny lazur – choć dokoła trwał PRL i rok, powiedzmy, 1987.

Parterowy dom dziadka Najdera na Widzewie to również Łódź. Podobnie jak klatka z nutriami u jego sąsiada. Bloki to było miasto. Niesamowite ogromne urządzenia – każdy wieżowiec brałem za kanciastego robota – które same wwożą i zwożą lokatorów, ogrzewają ich, szykują ciepłą kąpiel, spłukują nieczystości i chronią od mrozu, deszczu i opadu radioaktywnego, jaki wytworzy nieuchronna wojna między Ameryką a Polską.

Błędem jednak byłoby założyć, iż różnica pomiędzy „miastem” a „Łodzią” to była w moim przypadku różnica między „bliskie, emocjonalne, dawne” a „obojętne, stechnicyzowane, nowoczesne”. Rzecz i nie w tym, że w „Łodzi” czułem się dobrze, natomiast w „mieście” – źle. To nie topograficzna wariacja na temat doktora Jekylla i pana Hyde’a ani peerelowska wersja Miasta i miasta Chiny Miéville’a. Wciąż nie wiem, co przesądzało o tym, że jakiś obiekt, miejsce bądź wydarzenie cykliczne przypisywałem „Łodzi”, inne z kolei – „miastu”.

Miasto, owszem, to rozżarzone jupitery na stadionie ŁKS-u i Widzewa, i samo to słowo JU-PI-TE-RY, ale Łódź to nie tylko rynsztok na ościennej Wójtowskiej czy wysadzana kocimi łbami Krasickiego, lecz także przecież ruchome schody w Domu Towarowym Uniwersal, kolejka górska w lunaparku, pąsowotyłe pawiany w ZOO. Miastem była moja godzinna jazda autobusem do liceum z Chojen na Bałuty, miastem – przytyrana tysiąclatka, w której owo liceum się mieściło, miastem – pobliskie boisko Startu, gdzie rozgrywaliśmy międzyklasowy wewnętrzny mundial, ale już park naprzeciwko szkoły, bo w parku paliliśmy składkowe goldeny, to była Łódź.

W końcu nadszedł ten dzień i detektor różnicy zamilkł. Portale i przejściówki, dzięki którym kursowałem stąd tam i stamtąd tu, wyłączono z użycia. „Łódź” i „miasto” zlały się w jedno, były tym samym, uformowały w homogeniczne terytorium, a ja nie doświadczałem już tych wszystkich wezbrań serca, które wyznaczały granicę pomiędzy miastem a Łodzią. Czy stało się to jeszcze na studiach, czy po, gdy, bezrobotny, zgubiony, bez grosza przy duszy, wędrowałem wszędzie pieszo i w rezultacie zobojętniałem z czasem na to, czy przemierzam Łódź czy miasto? Czy może jednak wtedy gdy stary ład upadł, a upadając, zgniótł i Łódź, i miasto? Gdy bezceremonialny nowy porządek obrócił i miasto, i Łódź w muzeum industrializmu, w dinopark fabryk, w którym można było podziwiać ogromne truchła stworzeń królujących tu przed nami? Nie wiem. Tak czy siak – Łódź zniknęła. Miasto zamieniło się w przeszkodę i zogromniało. Wokół mnie była już tylko rozległa przestrzeń do pokonania.

***

Wiele lat później w Starym i nowym, memuarach Lucjana Rudnickiego, zapomnianego dzisiaj pisarza, komunisty, zesłańca, natknąłem się na to piękne i tajemnicze słowo – „Łodzimiasto”. Właśnie tak zapisywane, razem. To, co ja widziałem i odczuwałem jako osobne żywioły, tutaj zostało genialnie ze sobą pogodzone. Z pewnością ciężko było uznać „Łodzimiasto” za błyskotliwy, świadomy neologizm. Był to raczej wynalazek komunikacyjny, językowa potrzeba chwili. W „Łodzimieście” wybrzmiewała bowiem chęć albo chęć i konieczność, by za pomocą pojedynczego słowa unaocznić ogrom i niezwykłość tego konkretnego miasta. By oddać mnóstwo sprzecznych uczuć – lęk, podziw, fascynację, kpinę, jakie targały ziomkami autora z okolic Sulejowa, którzy albo mieli tam swoich bliskich, albo bliskich mieli opuścić na zawsze, by zacząć nowe życie tam – w Bawełnopolis, Kominogrodzie, Łodzimieście.

„Łodzimiasto” było prądem, które wskrzesiło moje, jak sądziłem, martwe czarne serce. Znowu to poczułem – na powrót stałem się tamtym dzieckiem, chłopcem, licealistą, który w ejtisach i najtisach podróżował między wymiarami i dysponował własną jednoegzemplarzową mapą Łodzi i miasta, Łodzimiasta.

Tyle że teraz, plus minus, na początku trzeciej dekady XXI w., miałem już inne obowiązki i intencje. Czytałem Rudnickiego – i oczywiście nie tylko jego – żeby pojąć fenomen miasta ze szczególnym uwzględnieniem rodzinnej Łodzi. Moje zainteresowania i będące owego zainteresowania efektem badania, lektury, wywiady, kwerendy w archiwach, wielokilometrowe riserczerskie marsze, w trakcie których zachowywałem się na przemian jak archeolog, dziennikarz brukowca, łowca, uznawałem za rodzaj pokuty, bo Łódź nie istniała dla mnie przez długi czas, czas ten od biedy mogę nazwać „wiekiem męskim”, a precyzyjniej – przestała istnieć. Lecz odmieniło się. Dostąpiłem, po baudelairowsku ujmując, „religijnego upojenia wielkim miastem” (tłum. R. Engelking).

Zaczęła mi się więc jawić Łódź jako gigantyczne, wygasłe laboratorium, w którym niegdyś opracowywano nową formułę miasta, społeczeństwa, produkcji, architektury. Miasto spektakularnych metamorfoz i upadków. Miasto rewolucji, kobiet i pracy. Miasto strajków. Miasto po wielokroć plądrowane, wyludniane i zabite. Napływowe miasto. Miasto, któremu regularnie, od zawsze, wyrządzano krzywdę, bo z niskich pobudek, udających pobudki wysokie i troskę, piętnowano Łódź i mieszkańców Łodzi, zamykano Łódź w cyrku stereotypu, przerabiano Łódź na makabryczną tabloidową sensację – „miasto złe”, „miasto meneli”, miasto dzieci w beczkach, miasto Pavulonu, miasto „największego patola”, centrum syfu.

Łódź była też wyrzutem sumienia wobec moich najbliższych, tych, co umarli, a ja, kiedy jeszcze żyli, nigdy nie zadałem sobie trudu, żeby poznać ich Łódź – ich Łodzie, do których przybyli nierzadko z dalekich stron, żeby pracować, kochać, płodzić dzieci, rozstawać się, zmieniać adresy i na ostatek spocząć w glebie Chojen, Zarzewia, Bałut Zachodnich.

Najzwięźlejszą historię Łodzi, choć to akurat nie Łódź miał tutaj na myśli autor, spisał Tom Dyckhoff w swojej znakomitej książce Epoka spektaklu. Perypetie architektury i miasta w XXI wieku – „Naturalnie miasta jako ośrodki wytwarzania i konsumpcji (…) istnieją od tysiącleci. Ale rewolucja przemysłowa i brytyjski wynalazek miasta industrialnego, z jego ogromnym nagromadzeniem fabryk i robotników, zmieniły jego charakter. Zachodnie miasta stały się przede wszystkim miejscami produkcji przemysłowej, gdzie bezprecedensowa liczba mieszkańców była lokowana w bezprecedensowym zagęszczeniu, by dostarczyć rąk do pracy w ogromnych fabrykach. Do momentu, gdy produkcja umarła” (tłum. A. Rasmus-Zgorzelska).

W zależności od kierunku spojrzenia Łódź była pierwszym miastem Zachodu i ostatnim miastem Zachodu, przemysłową metropolią na europejskich rubieżach. Parafrazując wyświechtaną maksymę Tołstoja i poniekąd odwracając wymowę tejże, można orzec, że wszystkie wielkie industrialne miasta były do siebie podobne i każde było nieszczęśliwe w podobny sposób.

Charles Dickens w Samotni tak pisał o wiktoriańskim Londynie: „Ulice tak pełne błota, jak gdyby wody dopiero co ustąpiły z powierzchni ziemi (…). Dym z kominów opada jak drobna czarna mżawka przemieszana z kłakami sadzy nie mniejszymi niż dorodne płatki śniegu w żałobie – można by sobie wyobrazić – po zgonie słońca” (tłum. T.J. Dehnel). Z kolei w Ciężkich czasach grozę i urok Coketown, miasta zmyślonego, aczkolwiek wzniesionego w wyobraźni na podstawie miast ówczesnych i realnych, oddawał nie mniej dosadnie – „Miasto z czerwonej cegły, a raczej z cegły, która mogłaby być czerwona, gdyby dym i popiół pozwoliły na to. (…) Było to miasto maszyn i wysokich kominów, z których nieskończone węże dymów kłębiły się ciągle i nieustannie, a nigdy rozplątać się nie mogły. (…) Ulice i uliczki zamieszkane były przez ludzi jednakowego kalibru, którzy o jednej i tej samej godzinie stąpali jednym i tym samym krokiem po jednym i tym samym bruku do jednej i tej samej roboty (…)” (tłum. A. Korzeniowski). Fryderyk Engels, którego Manchester lat 40. XIX w. dosłownie przeraził, w swoim studium Położenie klasy robotniczej w Anglii posłużył się metodą bez mała naturalistycznego opisu, żeby oddać horror fabrycznych, biednych dzielnic. „W głębi płynie lub raczej posuwa się Irk, wąska, czarna jak smoła, cuchnąca rzeka, pełna brudów i odpadków, które wypłukuje na prawy niższy brzeg: przy suchej pogodzie na brzegu tym pozostaje długi szereg najobrzydliwszych, czarnozielonych zamulonych kałuż, z głębi których ustawicznie unoszą się pęcherzyki miazmatycznych gazów, wytwarzając odór, który nawet wysoko na moście, czterdzieści czy pięćdziesiąt stóp ponad powierzchnią wody, jest jeszcze nie do zniesienia” (tłum. A. Długosz).

Można powiedzieć, „jakbym czytał o Łodzi” – fabrykanckiej i międzywojennej. Kominy, dym, odór, cuchnące rzeczki-ścieki, hałas, tłum poruszający się od-do, kierat pracożycia. Zarazem te najbardziej charakterystyczne elementy Łodzi jako miasta industrialnego okazały się Łodzi przekleństwem, bo widziano tylko je, ich tylko używano do własnej opowieści o Łodzi. „Łódź” dla osób spoza niej to był zestaw Lego; choć bardziej Duplo niż Technic. Na dodatek od końca XIX w. pisanie o Łodzi stało się właściwie osobnym, plennym gatunkiem – literaci, dziennikarze, społecznicy i poeci chętnie przybywali tutaj, żeby się teatralnie litować nad złymi warunkami socjalnymi łodzian albo wyliczać metropolitalne grzechy. Powielali w ten sposób w nieskończoność narrację o „złym mieście”, brzydkim i niebezpiecznym, rzadko zarazem dociekając, przed jaką więc niedolą uciekali ci, dla których „złe miasto” stało się azylem i nadzieją.

Uczciwie należy jednak też dodać, że wielu z nich nie miało po prostu narzędzi i języka, by podołać wyzwaniu, jakim był opis wielkiego, industrialnego miasta. Miasta, które od ich pierwszych kroków między Dworcem Fabrycznym a Grand Hotelem, od pierwszego widoku z okien nadciągającego od Warszawy bądź Koluszek pociągu, od pierwszego haustu łódzkiego powietrza, przytłaczało, dezorientowało, wystawiało na próbę wrażliwość obserwującego i jego pakiet podręcznych metafor, wiodło na skraj przeciążenia sensorycznego – wpychało do piekła nowoczesności, w którym zamiast wiecznego ognia trwał wieczny huk rolwag, ruch mas, smród rynsztoków, wibracja dziesiątek fabryk. Łódź była „miastem szoku”. Jak precyzowali to pojęcie autorzy książki Z bawełny i dymu. Łódź – miasto przemysłowe i dyskursy asynchronicznej nowoczesności 1897–1994, „shock city odnosi się do tego, jak trudne były warunki życia w takim mieście oraz do reakcji, jakie wywoływało u obserwatorów i podróżnych (…)”.

Łódź powstała z niczego i pośrodku niczego, jak Las Vegas, tyle że zamiast kasyn, neonów i hazardu miała fabryki, kominy i pracę. Nie żeby to była od razu prawda… ale mniej więcej tak radzono sobie z definiowaniem tego kosmicznego zjawiska o nazwie „Łódź”. Zamiast historii, szlachetnych długowiecznych rodów i kultury wysokiej ziała pustka – wypełniano ją zatem na bieżąco analogiami lub pomstowaniem. Łódź była więc „polipem” i „molochem”, a niektóre spośród jej dzielnic przywodziły na myśl londyńską Whitechapel; miejsce ohydnego występku. Gdy pomnażała majątki fabrykantów, pisano, że rozwija się w iście amerykańskim tempie. Był to komplement – Łódź była Nowym Jorkiem albo Chicago. Jednak w połowie lat 30. Ksawery Pruszyński zobaczył w Łodzi już San Francisco wypełnione, jak tamto, prawdziwe, „żółtymi ludźmi”, czyli wyrobnikami-nędzarzami, łódzkimi kulisami. Nowe millenium to z kolei Łódź będąca Detroit, miasto upadłe, wymierające. Spokojnie – sięgano nie tylko po kontekst amerykański. Łódź mierzono skalą Paryża i Berlina, Łódź była Manchesterem, do Łodzi zewsząd ciągnęły tysiące, setki tysięcy, dekada za dekadą, niczym do Kanaanu.

Była Łódź i było miasto. Jest – i będzie – Łodzimiasto.

Artykuł pojawił się w numerze: Nowa sztuka miłości