Subskrybuj
Cveta Dimitrova fot. Kacper Godlewski
Cveta Dimitrova fot. Kacper Godlewski
Psychoterapeutka, filozofka. Współtworzy ośrodek „Znaczenia. Psychoterapia”. Wraz z Tomaszem Stawiszyńskim prowadzi podcast Nasze wewnętrzne konflikty w Radiu TOK FM

Miłość, mrok, życie

Najmocniej w książce Amosa Oza oddziaływały na mnie obrazy Południa. Przypominały o bułgarskich podwórkach mojego dzieciństwa.

Opowieść o  miłości i  mroku to pozycja, która jest dla mnie ważna nie dlatego, że mnie w jakiś sposób zmieniła. Owszem, była odkryciem, acz innego rodzaju. Jej autor podkreśla, że wszystko, co napisał, jest autobiografią, ale nie wyznaniem. To istotna różnica. Choć wydaje się, że w Opowieści… dotyka najbardziej intymnych aspektów swojego życia, to nie tylko on, lecz także otaczający go świat i inni ludzie wysuwają się na pierwszy plan (może o to właśnie chodzi w opozycji autobiografia–wyznanie?).

Oz rekonstruuje swoje dzieciństwo, opowiada pojedyncze zdarzenia, które budują historię – jego własną, narodu, epoki. Proces odzyskiwania wspomnień jest dla niego czymś na kształt wznoszenia pomostu pomiędzy przeszłością, teraźniejszością i przyszłością. Odzyskiwaniem tego, co utracone, a jednocześnie ekspresją tęsknoty za tym, czego nigdy nie było.

To doświadczenie jest mi wyjątkowo bliskie i może dlatego ta książka wywarła na mnie takie wrażenie. Choć przeczytałam ją, będąc już dorosłą osobą, nie pamiętałam z niej zbyt wielu szczegółów. Licząca ponad 600 stron, przepełniona opowiastkami, nazwami, opisami dzielnic i miast, ugina się pod naporem własnego bogactwa. Jednocześnie nie nuży, lecz zasysa, chce się za nią podążać.

Nie tylko za historią życia autora, ale za wieloma innymi pomieszczonymi tam opowieściami, w których można się przejrzeć. W moim przypadku – za własną ciekawością i szczególnego rodzaju melancholią związaną z utraconym światem mojego języka, mojego dzieciństwa, mojej „pierwszej”, bułgarskiej, tożsamości. Tęsknota za zanurzeniem się w melodii języka, którą czuło się od samego początku, powstała prędko po tym, jak mając pięć lat, opuściłam Bułgarię i musiałam nauczyć się nowego, bo w innym języku opisanego, świata. Być może ta tęsknota za brakiem zapośredniczeń jest mrzonką, iluzją, podobnie jak dla Oza Europa, która już nie istniała, a jednak uczucie pozostaje dotkliwie prawdziwe.

Zanim zaczęłam spisywać swoje myśli, próbowałam sobie przypomnieć te szczegóły. Podążałam za zagiętymi przy pierwszej lekturze rogami, żeby odzyskać wspomnienie o sobie wtedy, co zwracało moją uwagę – i żeby dowiedzieć się, czy zwróci ją tak samo dziś. Okazało się, że najmocniej oddziaływały na mnie obrazy skąpane światłem Południa. Zdanie: „Podlewałem gerania w puszkach”, w jednej chwili uobecniło cały świat wspomnień. „Na Północy” nigdy nie widziałam kwiatów sadzonych w puszkach po oliwkach. Na bułgarskich podwórkach mojego dzieciństwa było to powszechne. Zrozumienie tego obrazu jest niekomunikowalne, to inny kod, pozajęzykowy. Sprawia, że chłopiec z kart tej książki stał mi się niezwykle bliski, pomimo wielu dzielących nas przecież przepaści: kultury, doświadczenia, historii.

Oz pisze o dorastaniu, wstydliwych myślach, zapatrzeniu w świat dorosłych, pragnieniu wolności, samotności, zmaganiach… Już jako dojrzały pisarz odtwarza życie swoich rodziców i przodków, usiłuje zrozumieć charakter ojca, jego racjonalność i porządek nieprzystające do sentymentalizmu i wrażliwości matki. „Nieprzystawalność” to w ogóle ważna dlań kategoria, bo mamy tu także opowieść o syjonistach, którzy nigdy nie odnaleźli się w Izraelu – na smaganej słońcem palestyńskiej ziemi – i wciąż ciągnęli za sobą mroczny cień Europy Wschodniej. To tej właśnie melancholii Oz przypisuje samobójczą śmierć swojej matki Fani Mussman. W ogóle cała książka to także próba zrozumienia gestu matki, która pewnej zimy 1952 r., gdy chłopiec miał 12 lat, odebrała sobie życie. Stało się to kilka lat po tym, kiedy cały jej świat, złożony z wszystkich, który nie zdążyli uciec w porę, uległ unicestwieniu.

Opis depresji matki jest tłem dla złości i rozpaczy opuszczonego dziecka, które zastanawia się, czy nie było warte miłości na tyle, by mama przy nim pozostała. Jest też odzyskiwaniem prawa do uczuć po latach przemilczeń i ciszy, która po tym tragicznym wydarzeniu zapanowała między nim a ojcem. Jest punktem granicznym, który młodego Amosa Klausnera skłonił później do zmiany nazwiska i próby budowania swojego życia i siebie na nowo, w kibucu. Ale historia osobista jest też, jak wspomniałam, próbą zrozumienia epoki, w której życie i śmierć ciągle się ze sobą splatają. I jeszcze czymś więcej.

Rodzina autora wspomina gęstą atmosferę poprzedzającą wybuch II wojny światowej: upojenie Polaków polskością, Ukraińców ukraińskością, w  ogóle upojenie sobą wszystkich po kolei narodów w regionie. Tylko dla Żydów brakuje miejsca. I właśnie w opowieści Oza, w języku, to miejsce zostaje odzyskane. Zanim chłopiec doświadczy uniesień związanych z dojrzewającą w nim seksualnością, zanim opowie o spotkaniach z Ben Gurionem i jego osobliwej wykładni myśli Spinozy, odmaluje najpierw cały kosmos przywieziony przez przodków na palestyńskie ziemie wraz z tęsknotami, czasem zabójczymi.

Ta książka mieni się raz mrokiem, raz światłem. Od opisów gorąca pustyni, przez obrazy owoców sprzedawanych na jerozolimskich targach, od tlących się na horyzoncie białych domów na wybrzeżach Tel Awiwu – zaobserwowanych z pokładu statku niedługo po tym, jak opuścił port w Trieście – do zgiełku i kolorów, które ożywiają, pobudzają pragnienia, wyzwalają trudną do kontrolowania pożądliwość.

Ostatnie zdanie nawiązuje do zabawnego opisu zmagań babki narratora z nową rzeczywistością Izraela. Niedługo po przeprowadzce babka popada w  obsesję higieny, tropi i tępi wszelkie zarazki i bakterie, jakby nie potrafiła dostosować się do buzującego namiętnościami świata wypełnionego zapachami, obcością, różnorodnością. Dla niej zaś – wyłącznie mikrobami. Piszę to z przymrużeniem oka, ale jest to niewątpliwie najbardziej czuły opis tego, co dziś nazywamy zaburzeniami obsesyjno-kompulsyjnymi, z jakim kiedykolwiek miałam do czynienia.

No i jeszcze książki, niezwykle ważne w życiu małego Amosa, czasem jego jedyne schronienie i  nośnik nadziei. Są łącznikiem z rzeczywistością, podobnie jak dla ciotki „jedyna wyprawa, z której człowiek nie zawsze wraca z pustymi rękami, to podróż do wnętrza. W duszy przecież nie ma granic ani cła i można dotrzeć choćby do najdalszych gwiazd”.

I o tym właśnie jest ta opowieść – o docieraniu do najdalszych gwiazd, a zarazem poszukiwaniu domu i odnajdywaniu go w języku, odzyskiwaniu tego, co nienazwane. O pracy wyobraźni. O miłości i mroku. Słowem – o życiu.


Amos Oz Opowieść o miłości i mroku tłum. Leszek Kwiatkowski, Wydawnictwo Rebis, Poznań 2016, wyd. II, s. 654

Artykuł pojawił się w numerze: Nowa sztuka miłości