Przecież opowiadasz historie, poradzisz sobie. To były pierwsze słowa, jakie skierował do mnie mój przyszły szef Jacek Brzeziński, proponując mi kilka lat temu pracę pisarki w firmie Different Tales, zajmującej się wydawaniem i produkcją gier komputerowych. To tak tzw. indyk, czyli studio indie games – autorskich niezależnych gier dla wymagających odbiorców.
Kiedy piszę „gra komputerowa”, od razu mam przed oczyma rodzinną niedzielę z czasów mojego dorastania, braci ciotecznych w dresach i T-shirtach Fruit of the Loom przed pecetem, gdzie trwa maraton Mortal Combat, podczas gdy ja zwijam się w fotelu z książką Musierowicz.
Nie byłam graczką. Na całe moje doświadczenie składało się zaledwie sporadyczne pykanie w Mario Bros. skaczących po grzybkach i może jeszcze kilka dni w ciągu jednych czy drugich wakacji, kiedy bardzo znudzona, opalając się na plaży, brałam do ręki magazyn „Secret Service” od jakiegoś znajomego.
Kiedy więc po latach, jako dorosła dyletantka w temacie, siedziałam naprzeciwko weteranów branży gier wideo: Jacka Brzezińskiego i Artura Ganszyńca, którzy zachęcali mnie, żebym dołączyła do ich teamu i pracowała nad nowym projektem, byłam co najmniej niepewna.
Właściwie to powinnam była napisać, że poznałam „weteranów gamedevu”. Game developmentto bowiem pierwsze pojęcie, jakie musiałam przetworzyć jako nowicjuszka. Mieści wszystkich, którzy pracują przy tworzeniu,…