Subskrybuj
fot. fot. Aitor Diago / Moment / Getty / Tomasz Jastrzębowski / Reporter/ Katarzyna Matejek / Gość Niedzielny / Forum / Daniel Hofer / Laif / Forum
Eseistka i kulturoznawczyni, badaczka związków sztuki, roślin i pracy opiekuńczej. Laureatka stypendium artystycznego m.st. Warszawy w dziedzinie literatury. Mama dwojga dzieci

Botaniczna Marie Kondo

Wyobraź to sobie. Robisz zdjęcie. Sprawdzasz nazwę. A potem zwracasz się do rośliny i pytasz: „Cześć, jak się masz?”, i z ciekawością wysłuchujesz jej odpowiedzi. Nie dlatego, że jest piękna. Tylko dlatego, że naprawdę chcesz wiedzieć, co u niej

Jest w tym coś z dziecięcej ciekawości, a coś z kiepskiego podrywu. Idziesz ulicą, słuchasz audiobooka i nagle kątem oka zauważasz ten zarys, kusząco wyraźny na szarym tle roztopów. Zatrzymujesz się, podchodzisz i zaczynasz się przyglądać. Z początku ukradkiem, niepewnie, bo nie chcesz wyjść przed ludźmi na dziwną. Wkrótce zapominasz o wstydzie, podchodzisz bliżej i zaczynasz się bezwstydnie gapić na jej kształty, poczerwieniałą skórę. Czasem idealnie gładką, czasem nieco pomarszczoną. W głowie kołacze ci się, że już kiedyś ją spotkałaś, że przedstawiono ci ją i poznałaś jej imię, za nic jednak nie możesz sobie przypomnieć, kim jest. Wyciągasz więc telefon i niemal na oślep klikasz w znajomą ikonkę. Robisz zbliżenie. Potem jeszcze jedno. I czekasz kilka sekund, aż aplikacja wypluje zdjęcia potencjalnych kandydatek. Zielone, bujne, nijak niepodobne do ogołoconego pnącza, które zwisa ci przed nosem. Po prostu na żywo, bez filtra, wygląda inaczej. Ale przynajmniej wiesz już, kim jest, przynajmniej poznałaś jej imię i zaspokoiłaś ciekawość, więc możesz iść dalej. Nie pytając o samopoczucie ani nie oglądając się za siebie. Bo o czym niby miałybyście rozmawiać? Przecież w gruncie rzeczy wcale się nie znacie. Może potem, jak znajdziesz chwilę, przeczytasz coś na jej temat w Wikipedii. A może zapomnisz. Wiadomo, ile teraz wszystkie mamy na głowie. Przynajmniej kiedy następnym razem na nią wpadniesz, nie pomylisz jej znów z głogiem, zatem nie będzie ci głupio. Chociaż z drugiej strony co za różnica? W końcu „to, co zwiemy różą, pod inną nazwą równie by pachniało”. Oj, powąchałabyś teraz takie róże w rozkwicie. Albo głogi, jeśli też kwitną. Albo berberysy. Byleby kusiły intensywnym zapachem i przyzywały kolorem. Byleby dały ci pogładzić palcami miękkie jedwabiste płatki.

Kolonialna taksonomia

Choć Pl@ntNet, iNaturalist czy Flora Incognita to aplikacje do rozpoznawania roślin, a nie Tinder czy Pokemon Go, to kuszą nas podobną fantazją o świecie. Obietnicą, że za pomocą kilku kliknięć i dostępu do wszechwładnego algorytmu oraz bazy odgórnie narzuconych kategorii możemy innych poznać oraz posiąść. Wpleść ich na stałe w nasze życie. Albo poszerzyć o ich imiona nasze imponujące kolekcje.

Samo w sobie jest to oczywiście bardzo przyjemne, o czym wiedział już Karol Linneusz, kiedy w XVIII w. łaził tam i z powrotem po łąkach wokół szwedzkiej Uppsali, chcąc zarejestrować i skategoryzować wszystkie napotkane gatunki, według wymyślonych przez niego na podstawie ówczesnej wiedzy rozróżnień. Klasyfikacji, których używamy do dziś w odniesieniu do całej, globalnej flory, mimo że Linneusz stworzył je, nie ruszając się poza Szwecję, Holandię i Finlandię. I pracował pod patronatem George’a Clifforda, dyrektora Holenderskiej Kompanii Wschodnioindyjskiej – czyli za pieniądze wielkiej kolonialnej korporacji, czerpiącej zyski z handlu niewolnikami i cudzymi zasobami naturalnymi. Linneusz wiele jej zawdzięczał, ponieważ posadę na uniwersytecie i profesurę z botaniki otrzymał dopiero po ogłoszeniu swojej systematyki. Wcześniej był po prostu amatorem i hobbystą. A botaniką zajął się wiek przed publikacją O powstawaniu gatunków Darwina, na długo zanim dyskurs naukowy dał się przekonać do koncepcji ewolucji, o genetyce nie wspominając.

Dlaczego więc nomenklatura Linneusza tak bardzo zakorzeniła się w zachodniej botanice i ekologii? Bo ułatwiła wszystkim życie, choć trudno w to z dzisiejszej perspektywy uwierzyć.

Jak jednak tłumaczyła w zeszłym roku na łamach „New Yorkera” Kathryn Schulz w artykule How Carl Linnaeus Set Out to Label All of Life, z perspektywy ówczesnej nauki dwuczłonowe łacińskie nazwy, którymi Linneusz obdarzył wszystko, co żyje – a przynajmniej wszystko, co znał – nie były wcale hermetyczne, lecz eleganckie i zwięzłe. Podobnie jak kryjąca się za nimi logika grupowania przyrody według jednego stałego systemu, która niezwykle uprościła język nauki, dotąd raczej opisowy niż analityczny. Mięta pieprzowa z Mentha floribus capitatis foliis lanceolatis serratis subpetiolatis (czyli w wolnym tłumaczeniu „mięty o kwiatach główkowatych i liściach lancelowatych, ząbkowanych, z krótkim ogonkiem”) zmieniła się w znacznie poręczniejszą Mentha piperita. Nic dziwnego, że zdecydowano się przeklasyfikować tak wszystkie gatunki. Także te, które Europejczycy „odkryli” w toku wcześniejszych i późniejszych wypraw kolonialnych, wieków imperialnych aneksji.

Nadając łacińskie nazwy gatunkom kluczowym dla lokalnych kultur, wyparto rdzenną wiedzę ekologiczną i medyczną poza obszar nauki i uznania.

Gdzie tkwią do dziś, dopiero od niedawna odzyskiwane i rehabilitowane przez takie badaczki jak pochodząca z plemienia Potawatomi ekolożka Robin Wall Kimmerer, która po latach uczenia studentów o Hierochloë odorata, turówce wonnej, w Polsce zwanej żubrówką, postanowiła zacząć nazywać ją wiingaashk, „słodko pachnącymi włosami Matki Ziemi”, świętą trawą jej przodkiń.

Nie po to tylko, żeby wskrzesić o nich pamięć i uszanować ich wiedzę, ale i po to, żeby uświadomić studentkom ekologii i innym młodym ludziom, że nawet w dobie antropogenicznych zmian klimatu – i galopujących doniesień o kolejnych skażeniach wód, masowych wycinkach i globalnym wymieraniu gatunków – oparta na szacunku „pozytywna współzależność” oraz „ekologiczna równowaga” między człowiekiem a przyrodą są możliwe. Wiara w nie wymaga jednak innego języka, innej logiki, innej opowieści o świecie niż ta, którą zaproponował Linneusz. Nieprzypadkowo przezwany przez Schulz „Marie Kondo biologii, nieustannie sortującą i systematyzującą” to, czego na dłużej uporządkować się nie da.

Wątpliwe pożytki?

Niestety, to właśnie duch Linneusza oraz karmiąca się binarnymi opozycjami sztuczna inteligencja napędzają współczesne aplikacje do rozpoznawania roślin. Inaczej generowane przez nie dane nie byłyby przydatne dla nauki, polityki i biznesu, które potrzebują jak najszerszych i jednocześnie wystandaryzowanych, skalowalnych zbiorów informacji. Najlepiej darmowych, pobranych za automatyczną zgodą użytkowniczek. I podanych w formie, która usprawni dalszą agregację, co pozwoli zaprzęgnąć nasze zdjęcia, kliki i metadane do cudzych celów.

Czasem w imię wspólnego dobra. Tak jest w przypadku badań zespołu dr Jany Wäldchen z Instytutu Biochemii im. Maxa Plancka, która używa danych zebranych przez użytkowniczki darmowej niemieckiej aplikacji Flora Incognita do tworzenia nowoczesnych modeli zmian klimatu, aby śledzić transformację lokalnych środowisk w czasie rzeczywistym i łatwiej przeciwdziałać negatywnym skutkom antropocenu. Jednak inne projekty korzystające z crowdsourcingowych baz aplikacji do rozpoznawania roślin mogą budzić więcej zastrzeżeń. Przykładowo, brytyjski National Pipeline Mapping System (NPMS; Krajowy Program Monitorowania Roślin), w toku którego od 2015 r. wolontariuszki dokumentują florę Wysp na zamówienie środowiskowej organizacji pozarządowej UK Centre for Ecology and Hydrology (UKCEH). Od 2022 r. UKCEH rozszerzyło NPMS o pilotażowy program zautomatyzowanego nadzoru występowania gatunków inwazyjnych – takich jak panoszący się po Wielkiej Brytanii rdestowiec japoński – w celu szybszego tych gatunków wyplenienia [o podobnych projektach mówiła w nr 826 „Znaku” Nuria Selva Fernandez – przyp. red.].

To niewątpliwie ułatwi pracę ekolożkom, ale jednocześnie sprowadza rośliny do roli międzynarodowych przestępczyń, monitorowanych i ściganych przez organy władzy za wykroczenia przeciwko lokalnemu ekosystemowi.

Choć to my je tu przywlekłyśmy, kultywując je i zapewniając im wspaniałe warunki do rozrostu, a one nie mają jak się przed naszym nadzorem bronić. Poza parkami narodowymi i innymi rezerwatami przyrody roślinom nie przysługuje prawo ani do życia, ani do prywatności.

Ale to i tak nic w porównaniu z inicjatywą start-upu Deep Learning Analytics, który w 2019 r. wykorzystał bazę iNaturalist do stworzenia produktu na zamówienie Departamentu Obrony Stanów Zjednoczonych. Powstała aplikacja BioThreat ID pozwala siłom specjalnym identyfikować jadalną i trującą roślinność oraz grzyby na wrogich terytoriach i wykorzystywać je podczas operacji wojskowych. Dzięki danym z wolnego dostępu, zgromadzonym w dobrej wierze przez mieszkanki tych terytoriów, zanim odcięto im prąd, spalono ich pola uprawne i zbombardowano domy. To nie przypadek, że ostatnie zdjęcia zarejestrowane na iNaturalist z Doniecka czy Bachmutu pochodzą sprzed rosyjskiej inwazji. Potem nie było już czego dokumentować. Ani komu.

Jest to podwójnie okropne, kiedy pomyśli się, że u swych korzeni darmowe aplikacje do rozpoznawania roślin miały służyć za narzędzie citizen science, czyli nauki współtworzonej przez oddolne sieci obywatelek, wolontariuszy i amatorek.

Ich obserwacje, wsparte, wchłonięte i dystrybuowane przez sztuczną inteligencję w toku uczenia maszynowego, miały stanowić nie tylko gigantyczny, darmowy materiał badawczy dla profesjonalnych biologów, ale i narzędzie demokratyzacji wiedzy ekologicznej na niespotykaną wcześniej skalę. Oprócz poznania chodziło więc też o troskę. Opiekę. Bliskość. Zaangażowanie. Połączenie sił. Wymianę. Wspólne działanie – wszystkie ręce na pokład wobec widma katastrofy klimatycznej. Jak tłumaczył w 2011 r. botanik John Kress z amerykańskiego Narodowego Muzeum Historii Naturalnej przy okazji premiery pierwszej aplikacji do rozpoznawania roślin Leafsnap, którą współtworzył w ramach konsorcjum Uniwersytetu Columbia, Uniwersytetu Marylandu i Smithsonian Institution: „Ucząc się o przyrodzie, robimy pierwszy krok w stronę jej ochrony”.

Kapitalizacja przyrody

Chcąc zachęcić jak najwięcej osób do aktywnego udziału w zbiorze danych, kolejne aplikacje zaczęły się więc prześcigać w tzw. gamifikacji. Upodabniając coraz bardziej bycie w przyrodzie do wciągającej gry komputerowej, w której na kolejnych etapach zdobywamy punkty, odznaki i nagrody za poprawnie wykonane zadania oraz „łapanie” jak największej ilości gatunków. Co nie wynika raczej z sekretnej miłości twórczyń aplikacji do Pokemonów. Po prostu w ten sposób naukowczynie – jak wspomniana już Jana Wäldchen, która pracuje na stałe przy Flora Incognita – sterują uwagą użytkowniczek, żeby te produkowały jak najbardziej jakościowe dane. Takie, jakie z jednej strony jak najpełniej nasycą algorytmy uczenia maszynowego, pozwalając mu się stale rozwijać i udoskonalać, a z drugiej strony będą zmniejszać skutki nieświadomych uprzedzeń i nawyków wolontariuszy.

Bo jak udowodnił w 2021 r. w piśmie „Ecography” zespół badawczy pod kierownictwem Miguela D. Mahechy, w którego skład wchodziła Wäldchen, dane o środowisku zebrane w ramach nauki obywatelskiej są zawsze niepełne. Pochodzą głównie z obszarów gęsto zaludnionych, a nie wiejskich, a do tego pomijają wiele gatunków, które przez swoją budowę lub pospolitość nie rzucają się użytkowniczkom aplikacji w oczy.

Albo w ogóle są dla nich niedostrzegalne, gdyż przez większość roku rozwijają pod ziemią, jak chociażby grzyby mikoryzowe, które w skrytości gleby wiją się na kilometry pod naszymi stopami, splatając całe środowiska w szeroką sieć rozbudowanych, wzajemnych, aktywnych powiązań. Tak gigantycznych i sprawnych, że naukowcy lubią określać je jako Wood Wide Web.

Paradoks polega na tym, że w swoim obecnym kształcie, aplikacje do rozpoznawania roślin, choć korzystają z Internetu i AI, pozostają na to Wood Wide Web ślepe. Bo zamiast ukazywać międzygatunkowe powiązania, uczą się o pojedynczych gatunkach na wyrywki. Obraz skomplikowanych, środowiskowych powiązań – przestrzennych, gatunkowych i czasowych – wyłania się dopiero później. W laboratoriach i na uniwersyteckich komputerach, skąd trafiają z powrotem tylko do części osób, które pomogły je wytworzyć. Nie każdy korzysta z iNaturalist jako z sieci społecznościowej, nie każdy rozumie meandry naukowego języka. I nie każdy po zamknięciu Flora Incognicta idzie doczytać o spotkanych gatunkach w Wikipedii czy w atlasie botanicznym. Nic dziwnego, skoro interfejs i logika tych apek nie wspierają wymiany, wspólnych działań, połączeń i przepływów, tylko oddzielne, pojedyncze transfery danych od indywidualnych cyfrowych jednostek. Samotnych poszukiwaczek amatorek, których żarłoczna ciekawość świata ma być zaspokojona systemem fiszek i szufladek spod znaku Karola Linneusza i Marie Kondo.

A szkoda, bo w ten sposób omija nas to, co w przyrodzie najbardziej fascynujące, kruche i żywe. Piękniejsze nawet niż pierwsze krokusy czy wszystkie najbardziej egzotyczne kwiaty świata. Całe to nie-tylko-ludzkie społeczeństwo, które rośliny i grzyby aktywnie i uparcie tworzą, czują, przeżywają. Na które odpowiadają i reagują, nieustannie się transformując, rozsiewając, przeplatając z innymi. Tuż pod naszym nosem.

W domach, ogrodach, parkach i na plażach, o których z przyzwyczajenia myślimy jako o „naszych”, choć wcale tylko do nas nie należą.

Łatwo byłoby zwalić winę na tę naszą wybiórczą ślepotę na technologię. Ogłosić, że to wszystko przez digitalizację, sztuczną inteligencję, algorytmy i inne ekstensje oraz wtyczki, za pośrednictwem których doświadczamy dziś świata. Tylko że to samo uczenie maszynowe, które napędza apki do rozpoznawania roślin, pomaga w Jordanii zmniejszyć użycie pestycydów o niemal połowę. Jak to możliwe? Dzięki smart-sondzie Palmear, wymyślonej przez lokalnego, bezrobotnego inżyniera Zeida Sinokrota, który chciał uratować rodzinną plantację daktylowców przed inwazją chrząszcza z gatunku Rhynchophorus ferrugineus. Szkodnika, który w skali globu odpowiada za miliard dolarów strat rocznie, bo nie wybrzydza i lęgnie się w drewnie ponad czterdziestu gatunkach palm, a do tego przez większość życia pozostaje maleńką larwą, przez co trudno się zorientować, że zaatakował, zanim będzie za późno na interwencję. A silne środki chemiczne, którymi można próbować go zabić, przedostają się do owoców drzewa, więc rujnują plony na cały sezon, co przekłada się na duży stres dla rolników, bo tracą swoje główne źródło utrzymania. Świadomy tego problemu Sinokrot opracował aplikację z sensorem, który nasłuchuje odgłosów przeżuwania drewna przez maleńkie larwy, pozwalając sztucznej inteligencji wychwycić obecność Rhynchophorus ferrugineus w daktylowcach, zanim będzie za późno. Jak donosi Al Jazeera, na plantacjach i w przydomowych ogrodach, gdzie zaczęto na stałe używać Palmear, stosowanie pestycydów spadło ponad 40-krotnie, co ewidentnie wspiera nie tylko gospodarkę, ale i cały ekosystem Jordanii.

Jak z kumpelą

Skoro i środowisku, i współczesnej technologii blisko jest dziś do struktury sieci czy roju, to nieprzystawalność ludzkich systemów rozpoznawania roślin do faktycznych cyklów życia i wymiany w przyrodzie wynika z naszych o tych cyklach opowieści. Linearnych. Grzecznych. Uporządkowanych. Przyciętych jak trawnik od linijki.

Głupio się przyznać, jednak sama zrozumiałam to dopiero podczas pandemii. Bo wcześniej nic o roślinach nie wiedziałam.

A przynajmniej tak mi się wydawało. Jasne, że jak każda Polka śledziłam kalendarz sezonów na bób czy truskawki i co jesień wypychałam kieszenie kasztanami, ale nie hodowałam żadnych roślin doniczkowych, rzadko chodziłam do lasu, miałam tróję z biologii i zdecydowanie nie umiałam odróżnić osiki od lipy. Czego, w gruncie rzeczy, się wstydziłam, więc tym głośniej zapewniałam wszystkich, że rośliny to nie mój temat, nie moja bajka.

Ale im dłużej siedziałam zamknięta w domu, a potem im częściej spacerowałam z kilkumiesięcznym synem w wózku po opustoszałych ulicach, tym mocniej rzucały mi się w oczy forsycje, mniszki, stokrotki i trawy – nagle bujne, prężne, na swoim, bo wyzwolone z ludzkiej dyscypliny. Wreszcie niezależne od kosiarek i decyzji zarządów zieleni. Zielone i ekspansywne, wobec lockdownowej nudy i kolejnych doniesień o pączkujących statystykach śmierci raziły swoją żywotnością. Uwodziły mnie, pociągały, wydawały się niemal magiczne i nagle okropnie ważne. Zresztą nie tylko dla mnie, bo w Warszawie, w której mieszkam, w toku pandemii oficjalna stołeczna aplikacja Warszawa 19115 do kontaktu obywatelek z urzędem miasta przyjęła najwięcej wolnych wniosków do zarządu zieleni miejskiej, około dwukrotnie więcej niż zazwyczaj. Najwyraźniej wszystkim poprzestawiały się priorytety. Albo po prostu cierpiałyśmy na zbiorowy syndrom odstawienia, co tłumaczyłoby, dlaczego w toku pandemii na całym świecie zarejestrowano rekordową sprzedaż roślin doniczkowych.

Choć sama nie miałam dość pary, żeby założyć domowy ogród, zapełniałam ciągle telefon zdjęciami mijanych gałęzi, poletek oraz krzaków, a potem szukałam ich nazw w Google’u za pomocą haseł w stylu „żółte kwiaty krzew kwiecień Polska”. I tak do skutku. Aż znalazłam i zapamiętałam. Aż dowiedziałam się o nich czegoś więcej. Jak o nowo wprowadzonych sąsiadkach, choć oczywiście wiele z nich było tu na długo przede mną. A potem dostałam od koleżanki linka do Pl@ntNeta, który nie tylko ułatwił mi zdobywanie samowiedzy, ale i dodał mi otuchy. Jak starsza i bardziej doświadczona kumpela, która chętnie dzieli się wiedzą, nie robiąc przy tym głupich komentarzy. Żałowałam tylko, że jest tak małomówna. I za nic nie daje się ciągnąć za język o więcej plotek. Tych musiałam dalej szukać sama. Na własną rękę. Po Internecie i upatrzonych na Allegro atlasach.

Od tego czasu minęło kilka lat. Teraz korzystam z aplikacji do rozpoznawania roślin już niemal bezrefleksyjnie, nawykowo. Jak z dawno przywdzianej protezy, która na zawsze zmieniła mój sposób bycia w świecie, bo nauczyła mnie zauważać rośliny. Wyodrębniać poszczególne gatunki z dotychczas przezroczystego zielonego tła rzeczywistości i rejestrować ich przemiany i cykle życia – dostrzegać, że zmieniają się w czasie, reagują na otoczenie, współpracują z innymi stworzeniami. Ale jeśli chcę się dowiedzieć, dlaczego tak robią – dlaczego rosną właśnie tak, a nie inaczej, tu, a nie gdzie indziej, w takim, a nie innym towarzystwie i otoczeniu – muszę kopać głębiej. Na własną rękę. Wciąż nieco po omacku.

Dlatego chciałabym, żeby aplikacje do rozpoznawania roślin zamiast naśladować Tindera, i Pokemon Go, zaczęły przypominać strukturą dawne almanachy, pełne ciekawostek i użytecznych informacji.

Albo jeszcze lepiej – skomplikowane zagadki detektywistyczne. Najlepiej takie, jakich nie da się rozwiązać w pojedynkę, tylko we współpracy z innymi użytkowniczkami. I które zamiast nazw zwyczajowych nauczyłyby nas zadawać roślinom ciekawe pytania. I słuchać ich odpowiedzi, brać je na poważnie. Jak echo chrobotu larw Rhynchophorus ferrugineus w drewnie daktylowca. Albo jak wspomnienia i wyznania naszych bliskich. Skoro nie jesteśmy wciąż gotowi przyznać wszystkim roślinom prawa do życia i prywatności, może chociaż uda nam się przyznać im prawo do własnych opowieści? Codziennych, powszechnie rozumianych, uznanych za godne wysłuchania. Aplikacje, które by to umożliwiły, naprawdę zmieniłyby świat.

Wyobraź to sobie. Idziesz ulicą, słuchasz audiobooka i nagle kątem oka zauważasz obły czerwony kształt, kusząco wyraźny na szarym tle roztopów. Zatrzymujesz się, podchodzisz i zaczynasz się przyglądać. Robisz zdjęcie. Sprawdzasz nazwę. A potem zwracasz się do rośliny i pytasz: „Cześć, jak się masz?”, i z ciekawością wysłuchujesz jej odpowiedzi. Nie dlatego, że jest piękna. Tylko dlatego, że naprawdę chcesz wiedzieć, co u niej. Bo ci zależy. Bo się o nią troszczysz. Bo czujesz wobec niej wdzięczność. Bo i ona troszczy się o ciebie. W końcu zamieszkujecie i współtworzycie jeden, wspólny świat.

Artykuł pojawił się w numerze: Sen o Japonii